Marek Koźmiński: brak Lewandowskiego mógłby wywołać chryję na poziomie międzynarodowym

Marek Koźmiński
Marek Koźmiński Grzegorz Wajda

– Lobbujemy, by FIFA swoimi kanałami dyplomatycznymi uzgodniła coś z rządem Niemiec. By znaleźć jakieś rozwiązanie. Przecież nie mamy oczekiwań, by Niemcy znieśli obostrzenia narodowe. My chcemy tylko znaleźć furtkę dla konkretnych przypadków, statystycznie pomijalnych. To nie są jakieś nierealne oczekiwania. Przecież transport międzynarodowy, czy przemieszczanie się dyplomatów, jest oparte na tworzeniu wyjątków. Bez nich cały świat by stanął – tak o walce o Roberta Lewandowskiego i Krzysztofa Piątka mówi w rozmowie z Goal.pl Marek Koźmiński, wiceprezes PZPN.

  • Marek Koźmiński jest dobrej myśli ws. gry Lewandowskiego na Wembley. – Wszyscy wiedzą, że brak gry Roberta z przyczyn systemowych byłby ogromną porażką futbolu. Rzeczą, którą komentowałby cały świat – uważa
  • Wiceprezes PZPN odniósł się także do zwolnienia Jerzego Brzęczka. – Jurek Brzęczek jest moim przyjacielem, bardzo go lubię i szanuję, ale byłoby niezmiernie ciężko, by status relacji, który był w drużynie, mógł przynieść coś dobrego. Tam coś się zacięło, nie zafunkcjonowało
  • Z Koźmińskim porozmawialiśmy też o Paulo Sousie i jego wizji polskiej kadry, Piotrze Zielińskim, a także jego starcie w wyborach na prezesa PZPN i rywalizacji z “duchem”

Nikt nie pomyślał o reprezentacjach

Robert Lewandowski zagra z Anglikami na Wembley?

Na tę chwilę nie wiemy. Przepisy w tej sprawie są znane i niestety są dla nas szkodliwe. Najgorsze, że są one niemieckie, więc nie mamy na nie wpływu. Do tego wszystkiego dochodzą regulacje FIFA mówiące, że piłkarz wpadający po powrocie z kadry w kwarantannę nie musi być zwalniany na mecz przez klub. Żyjemy w trudnych czasach, w których w podobnych sytuacjach kluby grają na neutralnym terenie, a o reprezentacjach nie za bardzo ktoś pomyślał. Musimy czekać na nowe regulacje w Niemczech, bo na interwencję FIFA z przekładaniem meczów lub przenoszeniem ich w inne miejsce jest już za późno. Natomiast nie jest powiedziane, że jeśli Niemcy podtrzymają kwarantannę dla wracających z Anglii, wszystko już jest stracone. Wszystko oczywiście zależy od decyzji władz, ale jest pewien margines na działania, na robienie wyjątków. Przecież piłkarze są najbardziej chronioną przed koronawirusem grupą zawodową. Funkcjonują w reżimie, nieustannie są testowani. Widzimy, jak to działa w praktyce – mimo że praca piłkarzy wiąże się z ciągłymi podróżami, liczba zakażeń jest wśród nich bardzo niska. A jeśli już dochodzi do jakiegoś, nie rozlewa się na innych. W Polsce mieliśmy przypadek Pogoni Szczecin, gdzie doszło do masowego zakażenia, ale wielu podobnych sytuacji nie znajdziemy. Ostatnio Thomas Mueller przechodził koronawirusa, a pozostali piłkarze Bayernu byli zdrowi i raczej tak to wygląda. Przy zakażeniu w piłce nożnej skala rażenia jest naprawdę mała.

Nie ma pan wrażenia, że świat zwariował za bardzo? Że piłkarzy, czyli tę najbardziej chronioną i najlepiej przebadaną grupę zawodową na świecie, wrzuca się do jednego worka ze „zwykłymi” ludźmi?

Chciałbym powiedzieć, że tak. Ale do takich spraw trzeba podchodzić z odpowiednią dozą odpowiedzialności. Jeśli są jakieś obostrzenia, trzeba się z nimi liczyć i je respektować, nawet gdy uznajemy, że są na wyrost i zbyt drastyczne. Zresztą to nie dotyczy tylko piłkarzy. Przecież do tej Anglii ktoś od nas musiał jechać przygotować zgrupowanie. Tego nie da się zrobić przez telefon. Ktoś tam pojechał, a później wpadł w kwarantannę. Nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się z tak trudną logistyką.

Robert Lewandowski
Robert Lewandowski (fot. Grzegorz Wajda)

Brak Lewandowskiego mógłby wywołać chryję

Maciej Sawicki w wywiadzie dla Onetu mówił, że PZPN cały czas jest na łączach z FIFA, UEFA, federacją angielską. Co tak naprawdę było negocjowane, skoro w teorii wszystko leży w rękach rządu niemieckiego?

FIFA teraz już wiele nie może zrobić, jak mówiłem nie ma już tutaj czasu na przekładanie meczów, ale zawsze jest jakieś pole do prowadzenia lobbingu. W interesie wszystkich jest to, by odpowiednie landy w Niemczech zrobiły dla naszych piłkarzy wyjątek i nawet przy przedłużeniu ogólnych obostrzeń, dopuściły Piątka czy Lewandowskiego do gry bez konieczności przejścia kwarantanny. Ich brak w meczu na Wembley mógłby wywołać wielką chryję na arenie międzynarodowej. Przepisy przepisami, ale czemu Polska ma być poszkodowana tracąc najlepszego piłkarza w kluczowym meczu? Z drugiej strony, jeśli okazałoby się, że Bayern puszcza Lewandowskiego do Anglii, a niemieckie przepisy pozostaną zabetonowane, opuści mecz z RB Lipsk, spotkanie Ligi Mistrzów i znacznie zmniejszy szansę swojego pościgu za rekordem Gerda Muellera. Europejska i światowa piłka poniosłaby ogromną stratę wizerunkową. Osobiście uważam, że można wymyślić tu dziesięć rzeczy, które byłyby zdrowym kompromisem. Przetestować go dwukrotnie, kazać mu siedzieć dzień w domu, później znów go przetestować. Jak ktoś będzie chciał, zawsze znajdzie możliwość.

Sawicki w tym samym wywiadzie powiedział, że jest pozytywnie nastawiony do gry Roberta na Wembley.

Ja też jestem. Podobnie trener i prezes. Wszyscy wiedzą, że brak gry Roberta z przyczyn systemowych byłby ogromną porażką futbolu. Rzeczą, którą komentowałby cały świat. FIFA zależy, by Lewandowski grał, bo nie o to chodzi w piłce, by najlepszy zawodnik świata miał oglądać mecze z domu. Niemcom, jako krajowi, też powinno zależeć na znalezieniu rozwiązania. Po sąsiedzku blokada Roberta byłaby rzeczą niefajną. Wszyscy wiedzą, że gdyby sytuacja była odwrotna, byłyby na nas naciski. Tak więc spokojnie, poczekajmy jeszcze chwilę.

Bojkot nie wchodzi w grę

RB Lipsk odmówił lotu do Anglii na mecz Ligi Mistrzów, gdy termin był znacznie bliższy, a spotkanie rozegrano na neutralnym terenie. Niemcy postawili UEFA przed faktem dokonanym, musieli zapłacić karę, ale dopięli swego. PZPN nie rozważa takiego kroku, gdyby jednak Robert nie mógł zagrać?

Nie. Tyle rozsądnych głów debatuje nad tym problemem, że nie myślmy o rozwiązaniach siłowych. Tu musi być kompromis. Sprawa dotyczy jednostki i nawet, gdyby doszło jakimś sposobem do jej zakażenia, ona nie spowoduje żadnych szkód. Bo jest izolowana.

Lobbujecie w tej sprawie?

Lobbujemy, by FIFA swoimi kanałami dyplomatycznymi uzgodniła coś z rządem Niemiec. By znaleźć jakieś rozwiązanie. Przecież nie mamy oczekiwań, by Niemcy znieśli obostrzenia narodowe. My chcemy tylko znaleźć furtkę dla konkretnych przypadków, statystycznie pomijalnych. To nie są jakieś nierealne oczekiwania. Przecież transport międzynarodowy, czy przemieszczanie się dyplomatów, jest oparte na tworzeniu wyjątków. Bez nich cały świat by stanął.

Dziś Jurek rozegrałby pewne sprawy inaczej

Podziela pan zdanie Zbigniewa Bońka, że Jerzy Brzęczek doszedł do ściany i nie mógł już nic dać drużynie?

Powiem inaczej. Jurek Brzęczek jest moim przyjacielem, bardzo go lubię i szanuję, ale byłoby niezmiernie ciężko, by status relacji, który był w drużynie, mógł przynieść coś dobrego. Tam coś się zacięło, nie zafunkcjonowało. Jurek zrobił naprawdę dobrą pracę, zrealizował cele, ale w perspektywie roku wyglądało to już nie najlepiej.

W pana odczuciu Brzęczek popełnił błędy przede wszystkim na płaszczyźnie komunikacyjnej? Bardzo mocno to akcentował prezes Boniek.

Myślę, że problemem Jerzego Brzęczka było to, że w bardzo niedalekiej przeszłości z czołowymi piłkarzami kadry był na zupełnie innej stopie. Koleżeńskiej. Wiadomo, że jest wujkiem Kuby i jego relacje z Lewandowskim, Fabiańskim czy Glikiem były na „cześć”. To mogło na czymś zaważyć. Z perspektywy czasu Jurek pewnie niektóre sprawy rozegrałby inaczej. Jego kadencja na pewno nie była zła. Został niewspółmiernie mocno do wyników zgrillowany przez media. Miał do nich zupełnie inny stosunek niż Adam Nawałka. Brzęczek chciał mieć z nimi kontakt.

Chyba tylko na początku, bo szybko przestał.

Bo pewne sprawy szły w złym kierunku. W ciągu jego kadencji od dwóch pana kolegów po fachu usłyszałem, że „Brzękol coś zrobił”. To nic strasznego, ale o czymś świadczy. Jurek jest moim kolegą od 1988 roku, a ja nigdy publicznie nie powiedziałbym o nim „Brzękol”, tylko „Jurek” lub najchętniej „selekcjoner”. W przestrzeni publicznej tak wygląda okazywanie komuś szacunku. Co innego, gdybyśmy poszli pogadać przy piwie. Jego relacje z mediami zaczęły układać się nie najlepiej, ale nie powiedziałbym, że wyłącznie z jego winy. Do tego doszły kontakty z topowymi zawodnikami, dość wymownie skwitowane kilkusekundowym milczeniem Roberta Lewandowskiego. To były kwestie, które zdecydowały o dymisji. Czyli niezwiązane stricte z trenowaniem. Bo reprezentacji się nie trenuje, reprezentacją się zarządza. I z tym zarządzaniem nie wszystko było różowe.

Rozmawiał pan ostatnio z trenerem Brzęczkiem?

Tak, ale proszę mi wybaczyć, nie będę opowiadał, o czym. Bardzo go lubię, szanuję, uważam, że ma realną szansę zostać trenerem w zagranicznym, niemieckojęzycznym klubie.

Jerzy Brzęczek
Jerzy Brzęczek (fot. Grzegorz Wajda)

Trzy grupy piłkarzy

Niedawno dla Interii mówił pan, że jest temat dołączenia do sztabu Sousy polskiego trenera. Jak wygląda ta sprawa?

Naturalne jest, że przy udziale w dużym turnieju, kadra szkoleniowa się powiększa, bo jest dużo pracy. Na zgrupowaniu marcowym nie ma nawet kiedy trenować, są zaledwie cztery jednostki. Czyli przez kilka dni w kółko: przyjeżdżamy, trenujemy, lecimy, gramy. Sytuacja, o której mówiłem, dotyczy bardziej okresu przedturniejowego. Ale na razie bez nazwisk, bo takich na teraz nie ma. Na pewno musi być to osoba z bardzo dobrym kontaktem językowym.

Rozmawiałem z panem po mundialu w Rosji. Było dużo narzekania na dyspozycję fizyczną Polaków. Patrząc, jakich ludzi w sztabie ma Paulo Sousa i z kim w przeszłości współpracowali, wreszcie możemy mieć pewność, że przygotowanie będzie optymalne?

Osoby, które były wcześniej w kadrze, też miały duże nazwiska. Może nie pracowały w Barcelonie, ale miały ogromne doświadczenie. Moje zdanie po turnieju w Rosji nie opierało się na tym, że znałem cały cykl treningowy, a że generalnie wiem, jak działa ten mechanizm. Jestem absolutnie pewny, że lepiej być niedotrenowanym, niż przetrenowanym. Patrząc na liczbę jednostek treningowych i ich intensywność w 2016 i 2018 roku, różnica była znacząca. Wyniki mówiły same za siebie. Ja pamiętam z własnych przygotowań do dużych turniejów – w 1992 i 2002 roku – że jak przekroczysz pewną granicę w treningu, nigdy już nie odzyskasz odpowiedniego ciężaru nóg. Nie ma na to czasu. Lepiej jest z wątroby pociągnąć piąty czy szósty mecz na turnieju – oby udało się do takiego dojść – niż szykować formę na siódmy mecz, a odpaść po trzecim. Pamiętam z 2018 roku Łukasza Piszczka, chłopaka, który zawsze był koniem do biegania, a któremu nogi ewidentnie nie kręciły. Coś z przygotowaniami musiało być nie tak.

Co do nowego sztabu, nie mam wątpliwości, że podejdzie do piłkarzy indywidualnie. Będziemy mieć w kadrze trzy grupy zawodników: takich, co grają wszystko i wszędzie, tych czasem odpoczywających, ale też i piłkarzy zupełnie bez gry w klubie. Dlatego Kamil Grosicki z dziesięcioma meczami w sezonie na koncie będzie miał zupełnie inny trening niż Robert Lewandowski z pięćdziesięcioma.

Różnica między obecnym a byłym trenerem jest taka, że Brzęczek na swoje pierwsze zgrupowanie nie powołał mającego problemy Kamila Grosickiego, a Sousa wręcz przeciwnie.

Porównywanie nie ma sensu, bo okoliczności są inne. Teraz są trzy miesiące do Euro, a Grosik to chłopak, który da tej kadrze 30-60 minut. Trener musi coś z tego wyciągnąć. Mamy duży problem na boku i pewnie gdyby było czterech mocnych skrzydłowych, Kamil miałby trudno załapać się do kadry. Ale ich nie ma. Na moje oko będzie jokerem kadry. Organizmu nie oszuka, nie będzie gotowy na pełny mecz.

Sousa wie, gdzie jest problem

Kupił pana Paulo Sousa swoimi pierwszymi wypowiedziami?

Widać, że jest doświadczonym szkoleniowcem, natomiast ma też to szczęście, że mamy w Polsce piłkarzy, którzy są przystosowani do gry różnymi stylami, czyli pasują do jego koncepcji. Zwłaszcza w obronie, bo jak spojrzymy na nazwiska, spokojnie możemy grać trzema formacjami – trójką, czwórką lub nawet piątką przeciwko drużynom jak Hiszpania. Tych piłkarzy nie trzeba będzie tego uczyć, bo oni na co dzień tak grają w klubach. Paulo Sousa ma spore pole do taktycznej zabawy – w środku pola prawdopodobnie będziemy mieć trzech piłkarzy, a z przodu w zależności od potrzeb dwóch napastników, czasem półtora napastnika, innym razem dwa i pół napastnika. W zależności od przeciwnika i fazy meczu. Problemem są boki pomocy. Trzeba liczyć, że wyskoczy Płacheta, albo w odpowiedniej formie będzie Jóźwiak czy Szymański. Sam trener sygnalizował ostatnio, że ma znacznie więcej możliwości w fazie defensywnej. W niej tworzy, co chce. Na skrzydłach – co musi. Kiedyś, szczególnie za Nawałki w 2016 roku, mieliśmy kadrę bardzo czytelną. Dziś jest zupełnie inaczej. Natomiast jest jeszcze jedna kwestia. Słyszę od wielu dziennikarzy: po co Sousa wziął tego Kozłowskiego z Pogoni, skoro on ma dopiero 17 lat? Ja się zgadzam, że on właściwie nie ma prawa grać jeszcze w kadrze, ale dla niego dwa tygodnie treningów z reprezentacją będzie jak pół roku w klubie. To ogromny kop, zwłaszcza na poziomie mentalnym.

Mamy też „nowego” Piotra Zielińskiego, który robi najlepsze w karierze liczby. Kiedyś powiedział pan o nim: Zieliński jest „timido”, co po włosku znaczy nieśmiały. Brakuje w nim tylko jednego – boiskowego skurczybyka. Jak on to w sobie wypracuje, będzie zawodnikiem klasy światowej. To ja spytam – czy Zieliński w tym sezonie przestał być „timido”?

W mniejszym stopniu. On ma potencjał, by być w trójce najlepszych pomocników w Europie, ale na teraz na pewno w niej go nie ma. Może jest w dziesiątce, na pewno w piętnastce. Ma to coś, z czym się człowiek rodzi, dar Boży. W Napoli zaczął robić liczby i myślę, że nie ma w tym przypadku. Moim zdaniem bardzo dużo skorzystał na współpracy z Carlo Ancelottim, który był „ojcem” Andrei Pirlo i który stworzył tego piłkarza. Myślę, że dał też impuls Zielińskiemu. Drugi impuls, jako skurczybyka i drania boiskowego, dostał teraz od Gattuso. Jak złożymy do kupy, zobaczymy, że Zielek mentalnie jest innym, lepszym piłkarzem. Ale wciąż może wejść wyżej i trzeba od niego wymagać. W kadrze do dziś nie pokazał jakiegoś przywództwa. Wciąż czekamy, by wygrał nam mecz lub dwa. By można było powiedzieć, że to on poprowadził nas do zwycięstwa.

Paulo Sousa
Paulo Sousa (fot. Łączy Nas Piłka)

O problemach polskiej piłki

A odchodząc nieco od kadry, która jest szczytem naszej piłki, spytam, co jest naszym największym problemem?

Mamy ich dużo. Zacznę od braku pieniędzy w naszej piłce klubowej. Widzimy na przykładzie Dynama Kijów i Szachtara Donieck, jak na tle Europy konkurencyjne są kluby z tej części kontynentu, gdy mają potężne w naszych warunkach budżety. W Polsce na arenie piłkarskiej nie ścierają się wielkie biznesy. Nie ma starć Sołowowa z Solorzem, czy rodziną Kulczyków. Nie do końca dobrą sytuacją jest to, że kluby oparte są o samorządy. To nie są organy, które powinny się tym zajmować, choć robią to poniekąd ze społecznego nakazu. „To dobry klub, musimy o niego dbać”. Gdyby kluby opierały się na biznesach, ich poziom poszedłby w górę. Kolejną rzeczą jest infrastruktura treningowa, która jest lepsza niż była, ale im bardziej schodzimy w dół, tym jest gorsza. To się sprowadza do szkolenia, które jest tematem rzeką i zamykanie go w tym jednym słowem to coś, czego nie chciałbym robić.

Rozwinie pan?

W mniejszych miejscowościach są kluby, które bawią się z dziećmi. Zajmują się nimi osoby, które są trenerami, choć można ich też nazwać instruktorami, edukatorami. Oni traktują to jako swoje trzecie-czwarte miejsce pracy. Dlaczego? Bo są słabo wynagradzani. Jeśli klub ma do dyspozycji złotówkę, to przeznaczy na nich grosza, a 99 na – nazwijmy to umównie – profesjonalny futbol, drużynę seniorów. Trener mający pod sobą dzieci wpada na trening pięć minut przed rozpoczęciem, często zaraz po wybiegnięciu ze szkoły, która jest jego podstawowym źródłem utrzymania. Na treningu musi patrzeć na zegarek, bo śpieszy mu się w inne miejsce, gdzie znów może zarobić jakieś grosze na utrzymanie rodziny. To duży problem. Nikt nie chce płacić normalnych pieniędzy takim trenerom, więc ci łapią wiele srok za ogon. Nie dlatego, że nie szanują swojej pracy, tylko że zmusza ich do tego sytuacja. To coś, co trzeba zmieniać. Z myślą właśnie o szkoleniu, którego fundamentem są ludzie. Przecież to nie maszyna zajmuje się dziećmi. Jak zerknie pan na naszą kadrę, tam aż roi się od piłkarzy urodzonych pod strzechą. Nie ma chłopaka z Powiśla w Warszawie, czy z okolic krakowskiego Rynku Głównego. Chodzi o stworzenie piramidy, w której chłopak lub dziewczyna „skądś” ma możliwość pójść 20-30 km dalej, robić kolejne kroki na kolejnych etapach kształtowania swoich umiejętności. Przykładem jest tu Kamil Piątkowski z Rakowa, gdy z Krosna trafił na drugi koniec Polski do Zagłębia Lubin. Miał ogromny potencjał, ale nie mógł go tam obudzić. Może właśnie zabrakło mu tego kroku pośredniego, by błyszczeć jeszcze wcześniej?

Walka z duchem

Czuje się pan faworytem w wyścigu po fotel prezesa PZPN?

Przede wszystkim, to czuję, że jestem w dziwnej sytuacji. W lutym zeszłego roku czułem presję naszego środowiska, by ogłosić swój start w wyborach. Nie żebym tego żałował, ale przerodziło się to w never ending story. Moja kampania trwa, kandydat jest, tylko nie ma kontrkandydata. Każdy się mnie pyta o szanse. Powinienem zatem odpowiedzieć, że są stuprocentowe, przecież nie mam rywala. Oczywiście to z przymrużeniem oka, natomiast już całkiem na serio można się pytać, dlaczego tak się dzieje. Nie jest to dobre, bo jeśli ktoś się chowa za podwójną gardą, to musi mieć jakiś motyw.

Jaki?

To nie jest mój problem. Wiem tylko, że ja zostałem już dziesięć razy przemaglowany i mierzę się z tym wszystkim, nie uważając, że powinienem mieć jakąś taryfę ulgową. Natomiast nie mogę się zmierzyć z kontrkandydatem, bo go nie ma. To odbiera mi możliwość publicznego ogłoszenia mojej polityki, moich pomysłów. Ja chciałbym usiąść przy okrągłym stole, usłyszeć wasze pytania. Ale póki nie mam żadnego kontrkandydata, właściwie powinienem zacząć i skończyć na pierwszym. Dlatego wątek mojego startu i mówienia o moich pomysłach muszę tutaj uciąć. Sytuacja wygląda tak, że na początku czerwca zniknę z Polski na, mam nadzieję, miesiąc, bo będzie trwać Euro, a debata z moim kontrkandydatem to nie jest coś, co można przeprowadzić przez telefon. A kiedy to zrobić, skoro w połowie lipca oficjalnie trzeba złożyć listy poparcia? Ja bym tak nigdy nie postąpił, bo miałbym przekonanie, że takie zachowanie dostarcza wątpliwości wyborcom.

Marek Koźmiński i Zbigniew Boniek
Marek Koźmiński i Zbigniew Boniek (fot. Grzegorz Wajda)

Spodziewamy się, że kontrkandydatem będzie Cezary Kulesza. Zbigniew Boniek oficjalnie pana poprze?

O to należy spytać prezesa, ale to bez większego znaczenia. Skoro Koźmiński jest od dziewięciu lat w ekipie Zbigniewa Bońka, to musi mieć jego poparcie. Z drugiej strony jestem zupełnie inną postacią niż obecny prezes i pokazywanie, że Koźmiński jest sobowtórem Bońka, jest albo złośliwe, albo wynika z tego, że się nas nie zna. Mamy całkowicie inne postrzeganie niektórych rzeczy, choć mam poczucie, że całą ekipą zrobiliśmy w dziewięć lat sporo dobrego. Pewne rzeczy trzeba kontynuować, niektóre przerobić, inne wymyślić na nowo. Ja naprawdę mam swoje pomysły i chciałbym je zdradzić, ale rywalizując z człowiekiem, a nie z duchem. Jest pan którymś dziennikarzem, który chce mnie spytać o personalia czy program, ale wybaczcie, na teraz nic nie będę mówił.

Z Bońkiem różni pana na pewno podejście do Twittera. Prezes lubi wywołać tam zamieszanie, pana nie ma tam w ogóle.

To jedna z rzeczy, które różnią nas diametralnie. Ja nie jestem ekshibicjonistą, który tego potrzebuje. W ogóle mnie to nie kręci. Prezes to lubi, to jego forma komunikacji ze światem – w porządku. Ja cenię sobie prywatność. Nie zmienię tego, że nie mam Twittera, czy Facebooka.

Wiele osób uważa, że to przez Twitterowy wpis Zbigniewa Bońka o Andrzeju Dudzie do związku weszło CBA.

Tego nie wiem. Ja problemu z klikaniem nie mam, a to są rzeczy, które nie dotyczą mnie i nie chciałbym się wypowiadać.

Komentarze