Telegram z Wysp: Kalendarzowe zamieszanie bez zamieszania pod bramkami

Alexandre Lacazette, Thomas Partey, Rob Holding
Alexandre Lacazette, Thomas Partey, Rob Holding PressFocus

Pierwsza niby-kolejka za nami. A właściwie to i 1/5 18. kolejki i dwa mecze z dwóch innych serii gier, pierwszej i szesnastej. Po czterech miesiącach piłkarze Manchesteru United i Burnley odrobili zaległości powstałe na samym początku sezonu, natomiast zawodnicy City i Aston Villi na tę możliwość poczekają jeszcze kilka dni. Pomieszanie z poplątaniem, angielska chińszczyzna.

Od kilku tygodni próba bezbłędnego wytypowania wszystkich spotkań, jakie zostaną rozegrane w danym tygodniu, graniczy z cudem. Fenomen losowości zestawienia meczów zaczyna przypominać koło rotacji Pepa Guardioli – nikt nie wie, kto tym razem zasiądzie na ławce i absolutnie nikt nie ma najmniejszego pojęcia, czy wszystkie zaplanowane potyczki odbędą się w pierwotnym terminie. Kibice raczej nie narzekają, oczywiście ci, którzy nie należą do społeczności Fantasy Premier League. Ciągłe zmiany i związane z tym zamieszanie w znaczący sposób utrudniają wybór otpymalnego składu.

Najlepszabardziej nieprzewidywalna liga na świecie

To, co w minimalnym stopniu odczuwają menedżerowie FPL, profejonalne sztaby szkoleniowe doprowadza do białej gorączki. Dwa tygodnie temu hitem stało się nieco humorystyczne nagranie, jakie na swoim Instagramie zamieścił Jose Mourinho. Opiekun Tottenhamu zwrócił w nim uwagę, że cztery godziny przed pierwszym gwizdkiem starcia z Fulham tak naprawdę nikt nie wiedział, czy piłkarze wybiegną na murawę. Swój post Portugalczyk opatrzył ironicznym podpisem „najlepsza liga na świecie.”

Decyzja zapadła nieco ponad 60 minut później – derby Londynu zostały przełożone. Na kiedy? Jak się później okazało, na 13 grudnia. Jednak ta roszada to efekt innej zmiany. Pierwotnie Spurs mieli zmierzyć się z Aston Villą, jednak wobec zwiększonej liczby przypadków zachorowań w szeregach Lwów, władze PL dokonały kolejnej modyfikacji i w ten sposób Koguty stanęły przed szansą odrobienia zaległości. Kalendarzowy deficyt został wypełniony, jednak w sposób, w jaki Tottenham „odpracował” swoją rolę pozostawia wiele do życzenia. Jeżeli weźmienmy pod uwagę wyłącznie rozgrywki ligowe, okaże się, że podopieczni The Special One w sześciu ostatnich pojedynkach zgromadzili zaledwie sześć punktów.

By lepiej zobrazować skalę marazmu, w jaki wpadli, wystarczy wspomnieć, ile oczek stracili/mogli dodatkowo zdobyć. Dwanaście. Nie będę ukrywał, zdarzyło mi się pomyśleć, że w tym sezonie może być inaczej i Tottenham włączy się do walki o najwyższe cele. Mourinho, Hojbjerg, Kane i Son postarali się o to, by kibic Kogutów uwierzył. W co? Niech każdy fan Lilywhites sam odpowie sobie na to pytanie.  

Fajerwerków brak

Spodziewaliśmy się gradu goli. A nawet jeżeli nie spodziewaliśmy się nadmiernej liczby trafień, to mieliśmy nadzieję na więcej bramek niż osiem? Ile? Tak, w sześciu spotkaniach bramkarze tylko ośmiokrotnie sięgali do siatki. Tylko siedem zespołów miało udział w tym skromnym dorobku, co oznacza, że pozostałe, których było aż pięć, nie znalazły drogi między słupki rywali. Strzelecka impotencja dotknęła Arsenal, Crystal Palace, Brighton, Burnley i Newcastle. Z kolei cały Manchester dopisał do statystyk tylko dwa gole! Wyjątkowo rozczarowująca była postawa The Citizens, którzy tylko raz zaskoczyli golkipera Mew. W tym przypadku ani się nie spodziewaliśmy, ani nie mieliśmy nadziei – tak po prostu musiało być. Na Etihad zaplanowano festiwal strzelecki, który, no cóż… W tym przypadku musiały zadziałać jakieś tajemnicze siły, które związały Obywatelom nogi, o czym na własnej skórze przekonał się Raheem Sterling.

Wydarzenie kolejki: zwycięstwo Sheffield United

Co należy uznać za większą niespodziankę: triumf Szabli czy porażkę Newcastle w starciu z ekipą Chrisa Wildera? W sezonie 2007/08 Derby County wygrało tylko jedno spotkanie. Z kim? Ze Srokami. Czy podobna sytuacja będzie miała miejsce w przypadku The Blades i na jednej wiktorii się skończy? Tego wykluczyć nie możemy, jednak o wiele bardziej przyjemnie myśli się o pozytywynych zmianach, jakich byliśmy świadkami na Bramall Lane. W tej chwili liczą się tylko trzy punkty, nieważne w jaki sposób zostały zdobyte. Zwycięzców się nie sądzi. Na barkach Billy’ego Sharpa, który podchodził do rzutu karnego, spoczywał ogromny ciężar. Kapitan Sheffield zaskoczył Karla Darlowa i zrzucił ze swojej szyi kamień młyński, który zawiesił sobie sam, ustawiając piłkę na jedenastym metrze.

Czy ten mały sukces będzie początkiem powrotu do świata żywych? Na razie Szable przypominają nieumarłych, których część umysłu jest jeszcze świadoma możliwości zmiany własnej sytuacji. Tylko czy istnieje antidotum pozwalające na odwrócenie destrukcyjnego procesu? Trzynaście lat temu zombie-Barany nie zdołały uchronić się przed tragicznym końcem.

Rozczarowanie kolejki: ofensywa Arsenalu

Każdy, kto spodziewał się łatwych trzech punktów dla gospodarzy, musiał zmierzyć się z potężnym rozczarowaniem. Na The Emirates nie tylko nie zobaczyliśmy zwycięstwa Kanonierów, ale także nie obejrzeliśmy ani jednego trafienia! Co więcej, to Crystal Palace było bliższe wygranej. Jeżeli chciałbym rozczarować kibiców The Gunners, którzy nie oglądali derbów, napisałbym, że najbardziej aktywnym zawodnikiem w drużynie Mikela Artety był… Rob Holding. Przynajmniej w teorii Arsenal kontrolował przebieg spotkania, o czym świadczy m.in statystyka czasu posiadania piłki (67% do 33%). Jednak jeżeli jednemu z piłkarzy The Gunners chcielibyśmy przyznać nagrodę “man of the match”, z pewnością nie byłby to ani Lacazette, ani Aubameyang. Wyróżnienie powinno trafić w ręce kogoś z duetu Leno-Xhaka. To tylko świadczy o tym, jak bliski porażki był 13-krotny mistrz kraju.

Bohater nieoczywisty: Lucas Digne

Kluczowa postać Evertonu? Niemal każdy, bez chwili zawahania się, udzieli takiej samej odpowiedzi – Dominic Calvert-Levin. To oczywiste, w końcu Anglik aż 11-krotnie wpisywał się na listę strzelców, a jego trafienia zapewniły mnóstwo punktów. W drugim szeregu, za plecami DCL-a, w cieniu postawnego snajpera, stoi skromny francuski obrońca. Podobno sukces ma wielu ojców (a porażka jest sierotą). Jeżeli to prawda, jednym z jego architektów jest Lucas Digne. Wychowanek Lille dopiero niedawno wrócił do składu po kontuzji kostki, jednak jego wpływ na resztę zespołu jest nieprzeceniony. Wielokrotny reprezentant Les Bleus to gwarancja spokoju w szykach defensywnych i kapitalnych dośrodkowań w pole karne rywali. Napastnicy The Toffees zatęsknili za precyzyjnymi wrzutkami lewonożnego piłkarza – na szczęście już w 6. minucie starcia z Wolverhampton 27-latek zakończył tę rozłąkę i posłał świetne podanie do Alexa Iwobiego. Życie bez Calverta-Levina istnieje. A bez Digne’a? Pewnie też, jednak nie maluje się w przesadnie ciepłych barwach.

Komentarze