Rangers FC
Rangers FC PressFocus

Miasto pełne nienawiści. Tu nawet znak krzyża to obelga

Nie brakuje opinii, że nie ma na świecie drugiego tak podzielonego miasta jak Glasgow. A dużą rolę odgrywa w tym wszystkim futbol. Religijno-polityczno-narodowy sos nie jest już tak gorący, jak kilka dekad temu. Na ulicach rzadko dochodzi do bijatyk fanów Celticu i Rangers. Morderstwa za złą przynależność klubową też przechodzą powoli do historii. W błędzie są jednak ci, którzy sądzą, że konflikt zwaśnionych stron wygaśnie na dobre.

Sekciarstwo (ang. sectarianism) to od wielu dekad słowo odmieniane przez wszystkie przypadki w Glasgow. I jeden z największych problemów tej części Szkocji. Według słownika PWN sekciarstwem określa się “zasklepianie się w obrębie wąskiej grupy, zwykle politycznej lub ideologicznej”. W przypadku Glasgow napiętą atmosferę wśród społeczności od lat podgrzewa piłka nożna. Po jednej stronie mamy Rangers. Z klubem tym identyfikują się unioniści: zwolennicy korony, Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej wchodzącej w skład jej królestwa. Zazwyczaj są oni protestantami. Celticowi kibicują w zdecydowanej większości katolicy, zwykle potomkowie Irlandczyków, którzy przybyli do Szkocji w XIX wieku, opowiadający się za zjednoczeniem Irlandii.

Katolicy niemile widziani

Znamienne jest to, że do 1989 roku Rangers mieli niepisaną zasadę o niezatrudnianiu w klubie katolików. Pierwszym piłkarzem, który złamał tę “tradycję” był Mo Johnston. W Celticu podobna zasada nie obowiązywała, ale identyfikowanie się protestanckich kibiców z biało-zielonym klubem było nie do pomyślenia. I vice versa. – Gdy dorastałem w latach 70. i chodziłem do katolickiej szkoły, nie było tam ani jednego chłopaka, który lubiłby Rangers. Teraz wygląda to trochę inaczej. Moi synowie są w podobnej szkole i religia czy pochodzenie nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Jakieś 5 procent uczniów sympatyzuje z Rangers – wspomina Neil McGarvey, znany redaktor strony Kerrydale Street.

Rywalizacja obu klubów jest szczególna i wychodzi daleko poza ramy sportowe. Kibice Wielkich Firm (ang. Old Firm) należą do społeczności, które różni praktycznie wszystko. Począwszy od religii (katolicyzm kontra protestantyzm), polityki (kwestia Irlandii północnej, konserwatyzm Rangers kontra lewicowość Celticu),  a skończywszy na identyfikacji narodowej (Brytyjczycy kontra potomkowie Irlandczyków). Podziały te doskonale widać na trybunach obu klubów. Na meczach Rangers zobaczyć można brytyjskie flagi, czyli coś, co jest praktycznie nie do pomyślenia na Celtic Park. Tam dostrzec można zwykle symbole związane z Irlandią. W przeszłości nie brakowało nawiązań do organizacji terrorystycznej IRA, która organizowała ataki na Wyspach Brytyjskich. Wielu fanów Celticu nigdy nie odcinało się od jej działań, twierdząc, że walczy o słuszną sprawę. Mało tego, na trybunach można było usłyszeć wiele przyśpiewek wychwalających IRA czy wyśmiewających brytyjską koronę.

Po drugiej stronie barykady też nie są święci. Irlandczyków określa się tam pejoratywnym słowem “fenian” i pyta się ich, kiedy w końcu opuszczą Glasgow i wrócą do swojego kraju. Irlandczycy przez lata doznawali przemocy werbalnej i fizycznej i cierpieli na wielu polach. Zwłaszcza, że w XIX wieku przybyli do Szkocji za chlebem i byli przez dekady ubożsi niż rodowici protestanci. Swoją drogą Celtic założony został przez katolickiego księdza, brata Walfrida, a celem, jaki mu przyświecał, było zbieranie pieniędzy dla ubogiej społeczności emigranckiej w Glasgow.

Gdy Celtic rósł w siłę i zdobywał pierwsze mistrzostwa kraju, jego kibice na każdym kroku podkreślali swoje irlandzkie korzenie. A to dodatkowo nakręcało rywala zza miedzy. Fani Rangers zaczęli wówczas sami się radykalizować i podkreślać swoje przywiązanie do brytyjskiej korony i religii protestanckiej. Zgadzały się na to klubowe władze, przez co zespół z Ibrox Park przez dekady składał się z wyznawców jednej religii o jednym, biały kolorze skóry.

Morderstwa w imię klubu

Chociaż mamy już XXI wiek, dawne animozje, przekazywane z pokolenia na pokolenie, nie wygasły. Pocieszające jest to, że zdecydowana część kibiców Celticu i Rangers z sekciarstwem nie ma nic wspólnego. Co prawda wyznają inne wartości, ale żyją w tym samym mieście w zgodzie. Czasem się ze sobą przyjaźnią, a nawet zakładają rodziny. Znane są bowiem przypadki, gdy mąż i część dzieci sympatyzuje z The Bhoys, z kolei żona jest fanką The Gers. Atmosfera wokół rywalizacji obu klubów nadal jest jednak napięta, a na mieście lepiej nie pokazywać się w koszulce jednego z klubów. Fanów przy okazji meczów pilnować musi setka policjantów. Nadal zdarzają się pobicia, a nawet morderstwa. Przestępczość w mieście w dniu bezpośrednich meczów obu klubów wzrasta nawet kilkukrotnie. Działania w tej sprawie od lat podejmują lokalni politycy do spółki z policją, przeznaczając miliony funtów rocznie na edukację i zwalczenie sekciarstwa w Glasgow.

Derby Old Firm mają swoje ciemne, ale też i jasne strony. Atmosfera w czasie meczów jest niespotykana. Były gracz Rangers, Brian Laudrup powiedział w 2015 roku, że rywalizacja ta nie umywa się do żadnej innej. A wie o czym mówi, bo uczestniczył choćby w derbach Mediolanu. Podobnego zdania jest legendarny gracz Celticu, Henrik Larsson. Chociaż miał okazję grać w Gran Derbi Realu Madryt z Barceloną, to atmosfery tego meczu nie da się porównać do tego, co doświadczył w Glasgow.

Starsi kibice mówią jednak, że dzisiejsze animozje są mimo wszystko niczym w porównaniu do tego, co działo się dekady temu. W 1980 roku po finale Pucharu Szkocji na Hampden Park kibice obu drużyn starli się ze sobą na murawie. Pijani mężczyźni obrzucali się szkłem i puszkami, okładając się przy tym pięściami. Aresztowano 200 osób. Ostatecznie doprowadziło to do zmian w prawie – alkohol na trybunach w całej Szkocji został wówczas zakazany. Zaczęto przywiązywać też większą uwagę do zabezpieczenia meczów większą liczbą policjantów. Wandalizm na stadionach pojawiał się jednak nadal.

Prowokator Artur Boruc

Żadnego piłkarza Celticu kibice Rangers nie nawidzili w ostatnich latach tak bardzo, jak Artura Boruca. Gdy polski bramkarz zauważał, że swoim zachowaniem doprowadza fanów rywali do szewskiej pasji, poczuł się jak na scenie teatru i bardzo mu to odpowiadało. Punktem zapalnym okazało się być to, że Boruc przed meczem wykonywał znak krzyża. Robił to często blisko trybuny z kibicami Rangers, którzy z tego powodu rzucali w niego obelgami. Protestanccy fani uważali, że Boruc podburzał ich celowo. “Przeżegnał się w bramce przed rozpoczęciem drugiej połowy, wtedy gdy miał za sobą nas, kibiców Rangers. A wcześniej, gdy za jego bramką siedzieli Celtowie, to znaku krzyża nie wykonał. To dobitnie pokazuje, że chciał nas sprowokować” – mówił w 2006 roku jeden z szefów kibiców Rangers John Macmillan cytowany przez Super Express. Sprawą zajęła się nawet policja, ale ostatecznie nie postawiła Polakowi żadnych zarzutów.

Boruc w każdym razie nie odpuszczał i przy okazji innego derbowego meczu zdjął klubowy trykot, a pod nim miał podobiznę papieża, Jana Pawła II. Był to kolejny prztyczek w nos dla fanów Rangers. Nie brakowało jednak opinii, że polski bramkarz traktował sprawy religijne dość instrumentalnie. Pewnego razu dziennikarze zapędzili go w kozi róg i spytali czy Boruc chodzi co niedzielę do kościoła. Ten odpowiedział twierdząco, ale nie potrafił wymienić parafii, do której należy.

Za swoje prowokacje Boruc jest przez wielu fanów Celticu do dziś uwielbiany. Nieprzypadkowo okrzyknięto go mianem “Hoaly Goalie” (święty bramkarz) i ułożono dla niego przyśpiewkę nawiązując do znaku krzyża. Nie brakuje jednak opinii, że Boruc, chcąc przypodobać się swoim fanów, dodatkowo zaognił konflikt między zwaśnionymi stronami Glasgow.

Teraz nożem na ulicy tak łatwo nie dostaniesz

Z dekady na dekadę miasto się jednak zmienia. Glasgow, które przed laty było typowo robotniczym ośrodkiem miejskim, wyładniało i nie jest już tak niebezpieczne. Nadal zdarzają się napaści i morderstwa, ale coraz rzadziej mają one podłoże kibicowskie. Programy wprowadzone przez lokalne władze, na czele z edukacją młodych ludzi, powoli zdają egzamin.

Jedno jest jednak pewne: to nigdy nie będą zwyczajne mecze, a napięcia między zwaśnionymi stronami nie wygasną. Problem irlandzki pozostaje niezagojoną raną, a do tego żywy jest także nowy spór dotyczący niepodległości Szkocji. Fani Rangers opowiadają się w zdecydowanej większości za pozostaniem wewnątrz Wielkiej Brytanii. Nieprzypadkowo na trybunach pojawiały się przecież transparenty “wierni poddani rodziny królewskiej” czy “Boże, chroń królową”.

Po tym, jak w 2012 roku Rangers zostali za długi zdegradowani do najniższej klasy rozgrywek w Szkocji, przez kilka lat nie oglądano w derbowych starć obu klubów. Te powróciły na dobre dopiero w 2016 roku. W tym sezonie może dojść w końcu do zmiany warty i po dekadzie przerwy mistrzostwo odzyskać mogą Rangers. Obecnie, po jednej trzeciej sezonu, mają 16 punktów przewagi (przy trzech meczach rozegranych więcej) nad Celtami. Bez względu na wynik ligowej rywalizacji, na wiosnę w Glasgow znów będzie gorąco i tylko jedna połowa miasta będzie zadowolona.

Z Glasgow dla goal.pl: Michał Wachowski

Komentarze