Legia zdobyła Moskwę, pilot śpiewał o Januszu Golu. “Zdarzyło mi się to raz w życiu”

Janusz Gol
PressFocus Na zdjęciu: Janusz Gol

Rosyjski komentator powiedział „i wsio” i do dziś jest to najsłynniejsze rosyjskie „wsio”, jakie poniosło się po polskich social mediach. Później była impreza w szatni i samolocie, a następnego dnia „Przegląd Sportowy” na okładce napisał krótko: Szacunek. – Takie coś zdarzyło mi się tylko raz w karierze – tak w rozmowie z Goal.pl wspomina mecz Spartak – Legia (2:3) sprzed 10 lat Janusz Gol, bohater ostatniej akcji.

  • Najnowsza historia meczów Legii ze Spartakiem budzi wyłącznie dobre skojarzenia. Zwłaszcza, gdy wspomni się mecz sprzed 10 lat
  • Bohaterem tamtego zwycięstwa 3:2 w Moskwie był Janusz Gol, z którym wspólnie powspominaliśmy wydarzenia z Łużników
  • W czwartek o godz. 18:45 Legia ponownie zagra ze Spartakiem. Znów nie jest faworytem, ale znów zwycięstwo zapewni jej awans do kolejnej rundy europejskich pucharów

Rzecz o pisaniu historii

„Takimi meczami pisze się historia futbolu. Wicemistrzowie Polski w niesamowitych okolicznościach wyeliminowali faworyzowanego Spartaka. Po 27. minutach podopieczni Macieja Skorży przegrywali w Moskwie 0:2. Wygrali po bramkach Michała Kucharczyka, Macieja Rybusa i Janusza Gola” – tak największy polski dziennik sportowy rozpoczął relację z jednego z najsłynniejszych meczów Legii w jej historii występów w europejskich pucharach. Legia nie była wtedy z góry skazywana na porażkę, po remisie w Warszawie 2:2 nadzieja na awans się tliła. Jednak przebieg tamtego spotkania stworzył osobną historię.

Okładka “Przeglądu Sportowego” z 26 sierpnia 2011

– Początek meczu nie był dla nas udany, ale gdy Ariel Borysiuk sfaulował jednego z Rosjan, nie miałem wrażenia, że ten mecz jest już stracony. Spojrzałem wtedy na kolegów i po nich widziałem to samo. Czasem jest widać, jak drużyna spuszcza głowy – w dosłownym znaczeniu – ale nie wtedy. Reakcja była, jakby nic się nie wydarzyło – opowiada dziś Janusz Gol, strzelec łącznie ośmiu bramek dla Legii, ale też tej jednej wtedy najważniejszej.

I dodaje: – Byliśmy bardzo mocni mentalnie. Zresztą dość szybko odrobiliśmy straty, bo jeszcze przed przerwą mieliśmy remis. Dostaliśmy wtedy dodatkowy bodziec, energię i skorzystaliśmy. Nie pamiętam dokładnie, jak wyglądała odprawa przed drugą połową, ale na pewno kluczem była konsekwentna gra oraz kontrowanie. Bo właśnie w ten sposób wywalczyliśmy awans.

Nawet pilot śpiewał

– Dzisiaj czuję podobną satysfakcję jak wówczas, gdy ograłem Barcelonę. Ta wygrana jest jednak ważniejsza, bo awansowaliśmy do fazy grupowej Ligi Europy UEFA. To najszczęśliwszy dzień w mojej trenerskiej pracy – takimi słowami z dziennikarzami obecnymi na konferencji prasowej przywitał się Maciej Skorża. Było to chwilę po brawach, jakie od nich otrzymał na wejściu. Podobne owacje zebrał niedawno Czesław Michniewicz po pokonaniu Leicester City (1:0), ale różnica jest taka, że tamta Legia Skorży nie przeżyła takiego kryzysu – choć też w lidze zawodziła – i nawet na koniec jesieni świętowała awans z grupy w Lidze Europy. Sama Legia uznaje tamto zwycięstwo w Moskwie za początek nowego etapu w historii klubu. „Od tamtego meczu rozpoczęła się wspaniała dekada Legii, okraszona wieloma tytułami mistrza Polski, zdobywaniem krajowego pucharu czy awansu do rozgrywek grupowych w europejskich pucharach” – czytamy na jej stronie internetowej.

Janusz Gol: – Pamiętam doskonale powrót do kraju. Wysiedliśmy z samolotu i po chwili wpadliśmy na tłum kibiców śpiewających na lotnisku piosenki na naszą cześć. To było jak przedłużenie świętowania, które rozpoczęło się już w szatni, a przeniosło później do samolotu. Przyśpiewka z moim nazwiskiem wciąż brzmi w uszach. Takie coś zdarzyło mi się tylko jeden raz w karierze.

Jaka to przyśpiewka i jaka jest jej historia?

– Schodząc do szatni po meczu, któryś z chłopaków zanucił „Janusz Gol ale ale” i poszło. Po chwili cała szatnia to śpiewała, a w samolocie podchwycił to nawet pilot. Pamiętam moment, w którym podawał wysokość, gdzie w tej chwili jesteśmy, ile jeszcze czasu potrwa lot do Warszawy, by nagle ponownie zaintonować przez mikrofon tę przyśpiewkę i po chwili cała maszyna znów śpiewała.

To była naprawdę mocna Legia. I właściwie bez słabych punktów. Wystarczy spojrzeć na jedenastkę, która wybiegła na Spartaka: Dusan Kuciak – Artur Jędrzejczyk, Michał Żewłakow, Inaki Astiz, Jakub Wawrzyniak – Michał Kucharczyk, Ariel Borysiuk, Janusz Gol, Ivica Vrdoljak, Maciej Rybus – Danijel Ljuboja.

Duża rola Ljuboji

Ten ostatni w decydującej akcji pokazał, czym jest inteligencja piłkarska. I udowodnił, że nie trzeba nawet dotknąć piłki, ba, nie trzeba być nawet w jej pobliżu, by pomóc swojej drużynie zdobyć bramkę. Tak przynajmniej trafienie na 3:2 wyglądało z perspektywy Janusza Gola. – Akcja rozwinęła się w dobry sposób. Najpierw był odbiór piłki, później rozprowadzenie jej do boku. Byłem w dobrym miejscu, by podłączyć się za akcją. Z Danielem Ljuboją wymieniliśmy się pozycjami, co było optymalnym rozwiązaniem, bo on zabrał ze sobą obrońców, a ja wbiegłem w jego strefę, która została w ten sposób wyczyszczona. Kuba Wawrzyniak dośrodkował, ja przyłożyłem głowę, a reszta jest historią – opowiada. I dodaje: – To mój najważniejszy gol w karierze.

– Oczywiście wspominając ten mecz nie mógłbym nie mówić o golu Maćka Rybusa. To nie było tak, że on zaskoczył Rosjan strzałem z prawej nogi, bo zaskoczył nas wszystkich. Nikt nie spodziewał się, że spróbuje, a tym bardziej, że piłka wyląduje w okienku. To było fantastyczne – mówi na koniec.

Gol twierdzi, że następny dzień był już normalny. Piłkarze spotkali się na treningu, za dwa dni mieli kolejne spotkanie w Ekstraklasie. Ktoś przyniósł ze sobą „Przegląd Sportowy”, ktoś zażartował z Rybusa, że już nigdy w karierze piłka mu tak nie zejdzie (i miał rację!), ale to wszystko. Inna sprawa, że Legię na ziemię sprowadziła szara rzeczywistość. Po wygranej z ŁKS-em na euforii wywiezionej z Moskwy, przyszły dwie porażki – u siebie z Podbeskidziem i na Konwiktorskiej z Polonią. Biorąc pod uwagę, że na koniec sezonu do mistrzostwa zabrakło czterech punktów, można przyznać, że europejskie puchary przyłożyły swoją rękę do następnego sezonu bez tytułu.

Skądś to znamy, prawda?

Komentarze