Jak Barcelonę stać na Lewandowskiego? Przewodnik po finansach Blaugrany

Kibic proszący Lewego o transfer do Barcelony
PressFocus Na zdjęciu: Kibic proszący Lewego o transfer do Barcelony

“Skoro Barcelona ma tak wielkie problemy, jak może pozwolić sobie na Raphinhę i Roberta Lewandowskiego?” – można przeczytać wśród kibiców. W poniższym tekście przedstawimy w sposób skrótowy sytuację finansową klubu z podkreśleniem ogromnej roli Joana Laporty i Mateu Alemany’ego.

  • FC Barcelona w okresie pandemii powiadomiła o historycznie wielkich długach
  • Joan Laporta z nowym zarządem robią wszystko, by połączyć wychodzenie z wielkiego dołu, zdrowy rozsądek przy wydawaniu oraz konkurencyjność zespołu
  • Prezentujemy krótki przewodnik po skomplikowanych meandrach katalońskiego finansowania

Co się stało, że się zepsuło – od miliarda przychodów do historycznych długów

Pomiędzy 2008 a 2015 rokiem FC Barcelona była na szczycie. Triumfowała w Lidze Mistrzów, a jej stylem inspirowała się cała Europa. Klub, już wcześniej będący ogólnoświatową marką, zanotował niesamowity progres. Kolejnych kilka lat zmieniło jednak optykę.

Tuż przed wybuchem pandemii koronawirusa spekulowano, że Blaugrana jako pierwszy klub w historii pochwali się miliardem przychodów podczas jednego roku. Sytuacja rozwinęła się całkowicie inaczej.

Obecnie jak na dłoni widać katastrofalne zarządzanie instytucją podczas rządów Jose Marii Bartomeu. Sam prezes i jego świta podkreślali – gdy jeszcze mogli dostać pracę gdziekolwiek w okolicy Camp Nou – że największym problemem była pandemia. To wierutne kłamstwo. Z ogromnych długów (jeszcze miesiąc temu obecny wiceprezydent Barcelony podkreślał, że aby uratować klub potrzeba 500 milionów euro), “tylko” 135 milionów było wynikiem pandemii. Cała reszta spada – a przynajmniej powinna – na barki poprzedniego zarządu.

Odejście Neymara uruchomiło efekt domina

Gdy w 2017 roku Barcelona dostała za Neymara 222 miliony euro, postąpiła najgorzej, jak tylko się dało. Zaczęła obnosić się z pieniędzmi na rynku, w ciągu pół roku przeznaczając niemal 300 milionów euro na Philippe’a Coutinho oraz Ousmane’a Dembele. Mówimy tu jedynie o kwocie odstępnego. Prawdziwym zabójcą klubu stały się jednak pensje.

W hiszpańskich mediach popularne stały się żarty na temat prezesa Bartomeu. Ponoć wystarczyło pojedyncze puknięcie piłkarza w drzwi wspomnianego prezesa, by ten miał już w ręce gotowy czek. Zawodnicy wyczuli, że mogą wszystko i skrzętnie z tego korzystali.

Widząc, jak Robert Lewandowski zgodził się na apanaże w wysokości 9 milionów euro netto za rok, można złapać się za głowę, gdy przypomni sobie doniesienia o niedawno obowiązujących w Katalonii kontraktach. Sam Leo Messi w latach 2017-2021 miał zarobić 555 milionów euro. To bajońska kwota, ale sam Argentyńczyk zdecydowanie bronił się na boisku, a jego medialność pozwalała amortyzować znaczną część tej fortuny. Takie pensje wpłynęły jednak na całą drabinkę płacową. Stąd problemy, które ciągną się do dziś. Nowy zarząd, który pracuje od marca 2021 roku, szybko zakasał rękawy. Poprosił zawodników o obniżenie i odroczenie ogromnych pensji, by móc jedynie funkcjonować na co dzień.

Choć legendy pokroju Gerarda Pique, Sergio Busquetsa czy Jordiego Alby bez większych zawahań współpracowały, by pomóc sytuacji finansowej klubu, do dziś nie udało się w pełni znormalizować listy płac. Nic dziwnego, skoro w momencie podpisywania ostatnich umów Bartomeu oferował całkowicie nierynkowe propozycje. By zobaczyć długofalowe skutki takiego “zarządzania”, wystarczy rzucić okiem na sytuację Frenkiego de Jonga. To z pewnością zawodnik zdolny do odniesienia sukcesu pod wodzą Xaviego; sam również nie pali się do odejścia. Ale zaległe 20 milionów euro pensji skłaniają Dumę Katalonii do odcięcia holenderskiego balastu.

Fundusz CVC, Javier Tebas i inne kłody pod nogami

Joanowi Laporcie można zarzucić, że jest populistą czy że nie spełnia swoich obietnic. Ale wszystkie jego ruchy udowadniają, że ma na myśli wyłącznie dobro klubu. I to nie tylko w perspektywie krótko-, ale i średnioterminowej. Leo Messiego nie sposób było zostawić na Camp Nou, więc największa legenda musiała poszukać szczęścia gdzie indziej.

Istotnym problemem Laporty stał się jednak Javier Tebas. Szef La Ligi ustalił niemal niemożliwe do działania w ich obrębie struktury płac. Tebas podkreśla, że działa na korzyść mniejszych zespołów, by te uniknęły długów. Fakty są jednak takie, że tylko Real Madryt nie ma problemów z rejestrowaniem swoich graczy. Ma to oczywiście związek z zaciskaniem pasa przez Królewskich, którzy wyczekiwali nadejścia Kyliana Mbappe. W efekcie La Liga wygląda na biedaka, który czeka, aż bogacze z Anglii zjedzą najwykwintniejsze dania i łaskawie podzielą się resztkami.

Tebas wymyślił, że zespołom pomoże podpisanie umowy z funduszem CVC. Z klubów pierwszoligowych jedynie FC Barcelona, Real Madryt i Athletic zgłosiły sprzeciw. Na mocy umowy drużyny oddałyby bowiem 10% swoich praw telewizyjnych na kolejne 50 lat. W zamian otrzymałyby natychmiastowy zastrzyk gotówki, który pomógłby im w płaceniu długów. Tak, płaceniu długów, a nie budowaniu bardziej konkurencyjnych kadr. Javier Tebas jest bardzo stanowczy w śledzeniu, na co mniejsze zespoły wydają swoje drobne centy.

Większe zresztą też. Konflikt na linii Tebas – Barcelona jest jawny, a po ujawnieniu propozycji współpracy z CVC tylko się zaognił. Duma Katalonii wpadła na pomysł, jak samemu wzbogacić się na idei szefa ligi.

Czym są słynne “dźwignie finansowe”?

Pod koniec maja Blaugrana zorganizowała zgromadzenie socios compromisarios. Pamiętajmy bowiem, że oficjalnie klub pozostaje w rękach swoich fanów. Ci zgodzili się na sprzedaż części klejnotów rodowych Dumy Katalonii. Klub miał wolną rękę w poszukiwaniu nabywcy na 25% praw telewizyjnych, 49,9% praw do Barca Licensing & Merchandising, a także części praw do Barca Studios.

Jak dotąd, Blaugrana sprzedała zaledwie 10% praw telewizyjnych. Firma Sixth Street zapłaciła 207,5 miliona euro za dziesiątą część przychodu ze wspomnianych praw przez kolejnych 25 lat. To pozwoliło jej złapać oddech w trwającym oknie transferowym, bo wreszcie mogła wydać wszystko, co zarobiła, a nie jedynie 1/3 (lub, według innych źródeł, ¼) tego, co zarobiła. Po aktywacji tej “dźwigni” klub poinformował o zakontraktowaniu Andreasa Christensena i Francka Kessiego. Następnie kupił Raphinhę i Roberta Lewandowskiego, a nawet przedłużył umowę z Ousmane’em Dembele. Praca Laporty i spółki nie jest jednak jeszcze zakończona.

Gdyby bowiem jutro zaczynał się sezon, żaden z wymienionych piłkarzy nie pojawiłby się na boisku. Barca nadal nie zarejestrowała bowiem zawodników do oficjalnych rozgrywek. To ma się zmienić po sprzedaży kolejnej części praw telewizyjnych. Nabywcą ponownie ma zostać Sixth Street, które za nowe 15% praw na 25 lat zapłaci 320 milionów euro. W Katalonii mówi się, że to nie tylko pozwoli na rejestrację już kupionych piłkarzy, ale uwolni kolejne 200 milionów na transfery. Oczywiście, że nie jest to sytuacja wymarzona z perspektywy Barcelony. Ale gołym okiem widać, że jest to rozwiązanie lepsze, niż to proponowane przez Tebasa. Zwłaszcza, że Blaugrana zagwarantowała sobie opcję odkupu praw, w przypadku znacznego wzrostu ich wartości.

Interludium – Alemany, ufam tobie

Jeszcze wrócimy do kwestii “dźwigni”, ale Mateu Alemany zasłużył na osobny akapit. Laporta nazwiskiem tego pana zyskiwał sympatię podczas wyborów. I dziś widać, dlaczego. Alemany dał się poznać jako dyrektor sportowy Valencii, który potrafił niemalże czynić cuda na rynku transferowym. I dokładnie tego typu czary uprawia na Camp Nou.

Hiszpan rozpoczął od sprzątania. Nie ma sensu w wytłuszczaniu kolejnych transakcji, w których dowodził. Krótko mówiąc, to on wpływał na piłkarzy w kwestii obniżki i odroczenia pensji. To on znalazł nowego pracodawcę Philippe Coutinho i Antoine’owi Griezmannowi, których apanaże stanowiły ogromne obciążenie dla finansów klubu. Zmusił Samuela Umtitiego do rozłożenia nieproporcjonalnej pensji na kilka dodatkowych lat, stopniowo usuwa zawodników nieprezentujących poziomu Barcelony, a do tego jest mistrzem negocjacji. Za jego kadencji nowe kontrakty podpisali Ansu Fati, Ronald Araujo, Pedri, a ostatnio i Ousmane Dembele. Rozmowy z Gavim również są ponoć ukończone, ale klub czeka na 18. urodziny pomocnika – które będą mieć miejsce 5 sierpnia – by ten mógł podpisać długoterminową umowę.

Jako wisienkę na torcie dodajmy sprowadzenie Raphinhi, choć lepsze warunki i piłkarzowi, i Leeds, oferowała Chelsea, a także kupno najskuteczniejszego napastnika ostatnich pięciu lat, pomimo rywalizacji z The Blues oraz Paris Saint-Germain.

Jeśli Duma Katalonii zdoła pod względem sportowym wrócić na szczyt, nazwisko Alemany powinno być wychwalane na równi z tym należącym do trenera i największych gwiazd.

Po interludium – jak doszło do transferów Raphinhi i Lewego?

Kwestia drogich transferów Barcelony budzi kontrowersje wśród obserwatorów, ale ich założenie jest dość proste. Klub przekonuje adwersarzy do rozbicia danej kwoty odstępnego na raty, po czym rozkłada sobie koszty na kilka sezonów, zamiast jednego. Przykładowo, dopiero niedawno Barca zapłaciła pierwszą z rat za Ferrana Torresa, a i nowe nabytki będą w pełni bordowo-granatowe dopiero za kilka sezonów. To ryzykowne zagranie, ale Joan Laporta zadecydował – w mojej opinii słusznie – że Duma Katalonii nie może pozwolić sobie na kilka kolejnych lat przeciętności. Tylko nadzieja na lepszą przyszłość zatrzymała w klubie Pedriego, Fatiego czy Araujo, a ewentualne sukcesy pozwolą niemal naturalnie naprawić sytuację finansową klubu. Nie potrafię wyobrazić sobie lepszego konsensusu pomiędzy leczeniem znajdującego się już praktycznie na łożu śmierci budżetu, a budowaniem konkurencyjnego zespołu. Ewidentnie widać też, że zarząd mocno opiera się na międzynarodowej marce klubu. Nie sposób bowiem inaczej wytłumaczyć faktu, iż każdy z wymienionych przeze mnie zawodników, czy to przedłużających, czy podpisujących umowę, mógł liczyć na znacznie większe zarobki gdzie indziej.

Na Camp Nou skończyło się finansowe El Dorado. Wróciła za to finansowa normalność. A wiele wskazuje na to, że wraz z nią powróci i boiskowa magia.

Co z kolejnymi “dźwigniami”?

Liczne skandale wypływające w ostatnich latach z Barcelony każą zachować ostrożność. Wszystko wskazuje jednak na to, że Laporta i spółka wszystko dogłębnie przeanalizowali. Nadal mają bowiem w zanadrzu możliwość sprzedaży części praw do Barca Studios, a także Barca Licensing & Merchandising. Na ten moment klub rozważa aktywowanie jeszcze jednej dźwigni, by jak najszybciej wzmocnić defensywę, której nowym klejnotem miałby zostać Jules Kounde. Blaugrana nie będzie jednak do tego zmuszona, a wszystko zależy od chłodnej kalkulacji. Przypominając sobie jednak ubiegły rok, gdy opcji nie było żadnych, Camp Nou opłakiwało odejście Leo Messiego, a klub rywalizował w Lidze Europy, progres jest ogromny.

Powyższy tekst ma na celu wskazanie najważniejszych mechanizmów stojących za odbudową klubu. Pamiętajmy, że na początku kadencji Laporta zaciągnął kredyt u Goldman Sachs w wysokości niespełna 600 milionów euro, by ratować klub przed bankructwem. Do tego Barcelona sprzedała prawa do nazwy stadionu ogromnej korporacji Spotify. Na mocy tej umowy ma zarabiać rocznie ponad 60 milionów euro. Nowy zarząd w ciągu ostatniego półtora roku dwoił się i troił, wykorzystując każdą okazję do poprawienia sytuacji klubu. I choć ostatnie ruchy na rynku transferowym są obarczone ryzykiem, nie sposób porównać miejsca, w którym obecnie jest FC Barcelona do tego, z którego startowała na początku poprzedniego sezonu.

Czytaj więcej: Barcelona przyłączona do uniwersum polskiej piłki | Dwugłos Tetryków.

Komentarze