Duch kadry Brzęczka się unosił, ale różnice są wyraźne

Węgry - Polska
Węgry - Polska PressFocus

Robert Lewandowski na kilka dni przed meczem z Węgrami ostrzegał, by cudów póki co się nie spodziewać, bo Paulo Sousa w ciągu dwóch treningów nie zdoła przybić stempla jakości na zespole. Wszystko, co najlepsze, miały dać indywidualne umiejętności, a nie taktyka. Teraz już wiemy, że albo oglądał już ten mecz wcześniej, albo po prostu zna się na piłce.

Znamy to z ligi

Gdy Peter Hyballa przejmował Wisłę Kraków i zaczął wprowadzać gegenpressing, widzieliśmy, bardzo szybko można było zauważyć obosieczność tej broni. Strata piłki na połowie rywala groziła błyskawiczną kontrą kilkukrotnie mocniej niż przy klasycznej taktyce. Dokładnie takie skojarzenie miałem w piątej minucie, gdy Jakub Moder dał sobie zabrać piłkę, a odpowiedzialny za Rolanda Sallaia Jan Bednarek znajdował się jakieś 35-40 m od bramki. Rywala, nie swojej. Założenia Sousy mówiące o bardzo wysokim ustawieniu linii obrony mają jakieś punkty wspólne z gegenpressingiem Hyballi, a to zmusza później do bycia jak socjalizm w powiedzeniu Stefana Kisielewskiego – rozwiązywać problemy, które samemu się stworzyło.

Za mało czasu, zbyt przeterminowany materiał

Oczywiście trzeba było być szalonym, by uważać, że nowy trener przyjdzie, a wszystkie jego pomysły przełożą się jedynie na pozytywy. Ktoś w rozmowie ze mną na Twitterze napisał w trakcie meczu, że “zatrudniając Sousę raczej wszyscy mieli świadomość, że nie będzie czasu na treningi i spodziewano się, że od razu mocno wejdzie w eliminacje”. Ja uważam, że bardziej na to liczono, niż się spodziewano. Nowy trener przychodzący do reprezentacji ma o tyle trudniej niż w klubie, że nawet materiał, jaki dostaje jest już przeterminowany. Sousa bazował na nagraniach meczów kadry sprzed czterech miesięcy. To w piłce epoka, a ocena formy zawodników wyłącznie na podstawie tego, co prezentują w swoich zespołach też nie mogła być w pełni trafiona. Znamy dziesiątki przykładów, w których postawa piłkarza nie znajduje przełożenia jeden do jednego po przyjeździe na kadrę. Dlatego poza przełożeniem indywidualnych umiejętności na wynik – o czym mówił Lewandowski – nie miałem większych oczekiwań.

Właśnie z braku bieżącego materiału i wystarczającego czasu wzięły się pomyłki Sousy z oceną potencjału na lewej obronie, prawym wahadle, czy środku defensywy. Daleki jestem od oddawania mu honorów za wszystkie zmiany, bo to nie trenerski nos, a ludzka logika nakazywała wprowadzenie Kamila Jóźwiaka (bezapelacyjnie piłkarza meczu). Każdy z nas robił to w myślach przed telewizorem. Wyżej ocenić trzeba wejście Krzysztofa Piątka, który mógł zastąpić Arkadiusza Milika, jednak Sousa znalazł miejsce na boisku dla wszystkich naszych napastników. Co poskutkowało z kolei golem numer trzy, gdy Węgrzy tak skupili się na dwóch z naszych snajperów, że całkiem zgubili Roberta Lewandowskiego.

Wątpliwości z bramkarzami

Nie ukrywam z kolei, że mam pewien problem z Wojciechem Szczęsnym. Z jednej strony rynek zweryfikował go dużo lepiej od Łukasza Fabiańskiego i trudno z tym dyskutować – w Juventusie kolejny rok jest jednym z najlepszych zawodników tego klubu, z drugiej mam poczucie, że “Fabian” kadrze zawsze dawał więcej. W przeciwieństwie do Szczęsnego ma też na koncie udany turniej. Ale tutaj Sousa już wybrał na stałe i nie sądzę, że słaby mecz Wojtka cokolwiek zmieni. W Budapeszcie nie dało się ocenić go wysoko. Przy pierwszym golu trudno Szczęsnego winić jednoosobowo, bo i Bednarek, i Helik powinni zachować się lepiej, ale zrobił wszystko, by ich błędu nie naprawić. Trzeciego gola zapoczątkował fatalnym wybiciem piłki na 25 m, wprost pod nogi przeciwnika. Z tej akcji Węgrzy wywalczyli rzut rożny, po którego bardzo długim rozegraniu (znów w polu karnym Polaków hulał wiatr) zdobyli bramkę na 3:2.

Widać różnice

Wbrew temu, co widzieliśmy w pierwszej połowie, odświeżona kadra bardzo mocno różni się od tej, którą zostawił Jerzy Brzęczek. Jest nastawiona ofensywnie ze świadomością własnych braków. Miłą odmianą było nie słyszeć po meczu, że selekcjoner jest zadowolony, tylko konkrety: złe momenty wynikały z braku intensywności i to pierwsza rzecz, nad którą trzeba pracować, a Szymański i Reca swoje szanse na wahadłach przespali. Pozytywów było niewiele, ale pierwszy raz od dawna da się w głowie ułożyć wizję gry reprezentacji w oparciu o te lepsze momenty, a nie o modlitwę, by zniknął marazm. Nie mam pojęcia, dokąd zaprowadzi nas przygoda z Sousą, ale ja w meczu z Węgrami nie szukałem dobrej gry, bo to proces. Szukałem nadziei i chyba ją znalazłem.

Największy wygrany

Jest pewna regularność w tym, co robi Kamil Jóźwiak. Odkąd zaczął przyjeżdżać na reprezentację, właściwie po każdym zgrupowaniu mówimy o nim, jako o największym wygranym. U Sousy nic się nie zmieniło. Wprawdzie w marcu jeszcze kilka treningów i dwa mecze, ale rola, jaką odegrał w Budapeszcie, nie odejdzie w niepamięć. Strzelony gol, pół asysty (bo piłkę musnął po drodze Krychowiak), rozprowadzenie piłki przy akcji, po której Polska strzeliła trzecią bramkę oraz czerwona kartka dla przeciwnika po faulach na nim – to dużo więcej, niż Paulo Sousa mógł oczekiwać, gdy w 60. minucie wpuszczał Jóźwiaka na boisko. Przy goli Jóźwiaka efektowną asystę zaliczył Piotr Zieliński i to wydarzenie jest wspólnym mianownikiem dla debiutów Sousy i Brzęczka – w obu tych meczach pomocnik Napoli zanotował liczbę. U Brzęczka później zdecydowanie ich brakowało, u Portugalczyka sprawa jest otwarta. Będziemy uważnie obserwować.

Spełnione marzenie Bońka

Jesienią ubiegłego roku Zbigniew Boniek powiedział mi, że czasem wolałby przegrać 3:4, niż zremisować 0:0. Tu – mimo wysiłków obrony – przegrać się nie udało, ale chyba mniej więcej to miał na myśli. Pożegnania kadry bezjajecznej. Gdy rozstawał się z Jerzym Brzęczkiem, mówił z kolei, że nie może być tak, że najlepsze 45 minut, jakie zagrała jego kadra, to to pierwsze, w debiucie z Włochami. U Sousy ma pewność, że tak nie będzie. Gorzej, niż w premierowych trzech kwadransach już nie zagramy. A Boniek pierwszą inną jakość zobaczył nie po kolejnej zmianie selekcjonera, a zmianie stron, jeszcze w Budapeszcie.

Komentarze

Na temat “Duch kadry Brzęczka się unosił, ale różnice są wyraźne