Szkocja – Polska. Chcieliśmy nie mieć powodu do paniki. A nie mamy do spokoju

Bartosz Salamon
PressFocus Na zdjęciu: Bartosz Salamon

Gdyby Czesław Michniewicz po czwartkowym obiedzie miał ułożyć sobie w głowie najczarniejszy scenariusz na mecz ze Szkocją, taki zakładający wszystko, co najgorsze i porównał do tego, co zdarzyło się na Hampden Park, doszedłby do wniosku, że wielkich różnic nie widzi. Wyszło spotkanie żywcem wyjęte z podręcznika “jak zamiast odpowiedzi tworzyć kolejne pytania”.

  • Na boisku nie było porażki, ale patrząc całościowo, trudno tak nie nazwać meczu ze Szkocją
  • Z kontuzjami z boiska zeszli Bartosz Salamon i Arkadiusz Milik. Ten pierwszy definitywnie wypadł z finału baraży
  • Michniewicz założył kilka rzeczy. Nie zrealizował żadnej

Trafiona przepowiednia

Nie mogę być tego pewny, a Czesław Michniewicz nigdy nie przyzna wprost, ale mam podstawy, by wierzyć, że trener żałuje meczu w Glasgow. Tego, że się odbył. Niedawno nagrywałem krótki film o tym, czego możemy spodziewać się po zmianie selekcjonera i o spotkaniu ze Szkocją mówiłem tak: “Nie do końca rozumiem sens tego meczu i co on może dać Czesławowi Michniewiczowi. Dopuszczam do siebie myśl, że jednym z tysiąca pięciuset powodów, dla których to Michniewicz dostał dobrze płatną i tak też prestiżową pracę w PZPNie, a ja jestem tylko anonimem, który o tym opowiada na YouTubie, jest to, że widzi znacznie więcej ode mnie. Natomiast wszystko składa się z alternatyw, całe życie się z nich składa. Mecz ze Szkocją to rezygnacja z opcji dodatkowych treningów odbytych w spokoju, a przecież każdy selekcjoner narzeka na brak czasu. Że nie ma do dyspozycji tylu jednostek, co w klubie. Że na kadrę przyjeżdża się tylko grać mecze. Mam wrażenie, że zyskany czas, na który mieliśmy opcję po tym, jak zbrodniarz wojenny z Kremla oszalał, można było wykorzystać lepiej. (…) A co może dać nam mecz ze Szkocją? Zapewne kilka odpowiedzi i ze dwa razy więcej pytań”. Niestety sprawdziło się co do joty.

Wynik w tym wszystkim jest najmniej ważny. Co za różnica, czy zremisowaliśmy 1:1 po karnym, którego prawdopodobnie być nie powinno, czy przegralibyśmy 0:1. Ważniejsze, że Michniewiczowi posypały się równolegle dwa plany. Ten meczowy, bo nawet jak nie wiemy, jaki miał być, trudno zakładać, że został zrealizowany. I ten – nazwijmy to w ten sposób – przygotowawczy do meczu ze Szwecją. Selekcjoner zakładał trzy podstawowe zmiany – Arkadiusza Recę miał w trakcie gry zastąpić Patryk Kun, Grzegorza Krychowiaka Krystian Bielik, a w drugiej połowie mieliśmy podziwiać atak Milik – Piątek. Naprawdę niebywałym zdarzeniem jest to, że nie udało się zrealizować żadnej z tych rzeczy. Ba, nie udało się nawet przeprowadzić sześciu zmian, co przecież Michniewicz wprost zapowiadał przed meczem.

W efekcie nie mamy pojęcia, czy za ogrywanego Recę (który udowodnił, że na pewno nie jest piłkarzem “zarówno w ofensywie, jak i w defensywie”) mamy kogoś gwarantującego większy spokój. Wydaje się, że na Szwedów znów wyjdzie ten sam lewy wahadłowy, bo na jakiej podstawie twierdzić, że ktoś nada się mocniej? Krychowiak też grał nierówno, ale musi wyjść we wtorek, bo Bielik nagle stał się niezbędny w obronie.

Jak w czarnych czasach

Szukałem porównania meczu ze Szkocją do innego rozegranego w przeszłości i wyszło mi, że najbardziej pasuje spotkanie z Austrią w Warszawie za Jerzego Brzęczka. Tam też był remis – choć 0:0 – i też miażdżąca przewaga przeciwników, którzy personalnie niekoniecznie wyglądali lepiej. Austriacy oddali trzy razy więcej strzałów na bramkę od nas, a teraz – jeśli na potrzebę tezy weźmiemy tylko celne uderzenia – Szkoci pobili nas nawet sześciokrotnie. Pocieszające jest to, że wciąż możemy karmić się nadziejami, że praca Michniewicza zacznie działać. Bo póki co nie działa nic.

Michniewicz przejmując reprezentację zaznaczył, że marzy mu się drużyna ładnie grająca do przodu, tymczasem trudno ofensywnie grać nie mając w ogóle piłki przy nodze. Można odnieść wrażenie, że cały pomysł rozbił się o pressing Szkotów. Na pomeczowej konferencji selekcjoner własnie pressingiem tłumaczył na przykład straty Recy, jednak naiwne będzie założenie, że Szwedzi z tego środka nie skorzystają, skoro ten sieje takie spustoszenie w naszych tyłach.

Marzyło mi się, żeby po Hampden móc ze spokojem powiedzieć: nie ma powodu do paniki. Ale że nic nie poszło zgodnie też i z moim planem, jestem zdecydowanie bliżej słów: nie ma powodu do spokoju.

Komentarze