“Beenhakker chciał mi dać kopa, bo spóźniłem się pięć minut. A nie dwa dni”. Kulisy słynnego 2:0 z Belgią

Leo Beenhakker
PressFocus Na zdjęciu: Leo Beenhakker

– Po odprawie Beenhakkera byliśmy w szoku – mówi Michał Żewłakow. – Miał jakąś dziwną zdolność przy porównywaniu nas do naszych rywali. Robił to piłkarz po piłkarzu i zawsze wychodziło, że to my jesteśmy lepsi – dodaje Mariusz Lewandowski. Przy okazji meczu z Belgią w Lidze Narodów, wraz z byłymi piłkarzami reprezentacji Polski wspominamy spotkanie z tym rywalem z 2007 roku, które dało Polsce historyczny, bo pierwszy, awans na mistrzostwa Europy.

  • Mecz z Belgią zawsze będzie dobrą okazją, by przypomnieć sobie inne starcie, które ma swoje miejsce w historii
  • Z dwójką czołowych reprezentantów z tamtych lat nie rozmawialiśmy o golach Euzebiusza Smolarka, które widział prawdopodobnie każdy czytający ten tekst, a bardziej o tym, co działo się za kulisami. Obaj namalowali też niesamowity obraz Leo Beenhakkera
  • Po meczu w hotelu była przygotowana kolacja. Ale holenderski selekcjoner wygonił z niej piłkarzy

To nie był przypadek

– Mieliśmy dobrą atmosferę, którą nakręciły wyniki. Mecz z Belgią dawał awans, ale nie jestem pewien, czy udałoby się go osiągnąć, gdyby nie wcześniejszy mecz z Portugalią. To on dodał nam pewności siebie, pozwolił wspiąć się na falę, na której dopłynęliśmy już do końca. Wtedy w Chorzowie chcieliśmy udowodnić, że żaden z dobrych wyników uzyskanych wcześniej nie był przypadkiem. Do tego była potrzebna kropka nad “i”, którą udało się postawić – mówi Mariusz Lewandowski odtwarzając wydarzenia z listopada 2007 w ciągu sekundy od zadanego pytania.

Reprezentację Polski z pierwszych eliminacji Leo Beenhakkera po latach można wspominać wyłącznie dobrze, ale do meczu z Belgią wcale nie przystępowaliśmy z pozycji tak mocnego faworyta, że nie trzeba było martwić się o wynik. Wprawdzie rok wcześniej po golu Radosława Matusiaka wygraliśmy w Brukseli, ale w tak długich eliminacjach, liczących aż 14 meczów, nie uniknęliśmy swoich kłopotów. Już za półmetkiem walki o Euro przegraliśmy z Armenią, nie strzeliliśmy bramki w Helsinkach, a z Kazachstanem udało się wygrać dopiero po przerwie wymuszonej przez zgaszone reflektory – do tego momentu Polska przegrywała w Warszawie. Belgia grała w eliminacjach bardzo słabo, już od dawna nie liczyła się w kontekście awansu, ale wciąż nie była to drużyna z piłkarskiego trzeciego świata. Jeśli ktoś miał obawy, szybko się ich wyzbył, bo niedługo po starcie drugiej połowy zrobiło się 2:0 dla Polski i wypełniony po brzegi Stadion Śląski (przyszło ponad 40 tys. kibiców, PZPN informował, że chętnych na bilety było ponad 200 tys.) mógł rozpocząć wsteczne odliczanie do 90 minuty.

– Tak się złożyło, że ten mecz dał pierwszy w historii polskiej piłki awans na Euro, ale to nie miało większego znaczenia. My po prostu chcieliśmy wejść na mistrzostwa. Nie kojarzę, byśmy mieli z tyłu głowy dodatkową motywację, że możemy być pierwsi. Choć dla mnie był to szczególny mecz ze względu na karierę. Czułem, jakby były to derby. Pamiętam, że tamta reprezentacja Belgii nie była jeszcze taką potęgą, jak obecna, ale już wtedy pukali do niej tacy zawodnicy jak Kompany, Vertonghen, Fellaini. – mówi Michał Żewłakow, którego pytamy też o siłę tamtej drużyny. Bez namysłu wskazuje na jej trenera. Ale o roli Beenhakkera będzie później.

Jak się masz spóźniać, to o dwa dni, a nie pięć minut

Lewandowski: – Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to pomeczowa feta. Zaczęła się na stadionie, przeniosła do szatni, do której wszedł wiceprezes Kręcina i pokazał, że daje radę na parkiecie. Zresztą nie tylko na parkiecie, jeśli wie pan, o czym mówię.

Żewłakow: – Po meczu z Belgią przyjechaliśmy do hotelu. Słyszymy: panowie, jest kolacja, ale ja nie chcę nikogo dziś tu widzieć. Idźcie na miasto. Przeszliśmy taką drogę, że trzeba się odstresować. Chciałbym, by każdy miał świadomość, kim jest, i jak należy się zachowywać, ale to jest czas dla was. Mam tylko jedno wymaganie: następnego dnia widzimy się na obiedzie o godz. 14. I nie chcę, by ktoś się spóźnił.

– Spóźniłeś się? – pytam.

– Tak, o pięć minut. Z Arturem Borucem. Beenhakker podszedł i mówi: wiesz co? Kopa w dupę ci dam. Ale nie dlatego, żeś się spóźnił. Ale żeś się spóźnił pięć minut. Bo jak już się musisz spóźnić, to się spóźniaj o dwa dni. To był ojciec. To był człowiek, który miał wytłumaczenie dla każdej sytuacji. Ale jednocześnie przekonywał: przeżyłem tyle rzeczy, ale nie wiem wszystkiego. Pewnych rzeczy to ja się uczę od was.

Lewandowski: Tak, poszliśmy w miasto, choć nie było tak, że cała drużyna świętowała w tym samym miejscu. Rozdzieliliśmy się na grupki, chodziliśmy po klubach. Było dość grzecznie, bo zabraliśmy ze sobą żony i dziewczyny. Gdzie tylko weszliśmy, od razu wpadaliśmy w ramiona kibiców. To było strasznie fajne, bo naprawdę świętowaliśmy ze zwykłymi ludźmi, a nie w standardowy sposób tylko ze sobą.

Beenhakker? Jak ojciec. Przywrócił dziecięcą radość

Media żyły tym meczem dobre dwa tygodnie przed pierwszym gwizdkiem. Bilety kosztowały w granicach 100-160 zł, ale gdyby były dwukrotnie droższe, i tak by się rozeszły. PZPN prowadził sprzedaż przez serwis kupbilet.pl i dosłownie kilka chwil po jej uruchomieniu zostały tylko ochłapy. Które zresztą i tak szybko się rozeszły. To musiało docierać do piłkarzy i powodować presję.

– Ale mieliśmy dużo doświadczonych piłkarzy, którzy wiedzieli, jak rozbrajać napięcie – mówi Mariusz Lewandowski. – Jacek Krzynówek, ja, Jacek Bąk – wszyscy graliśmy w Lidze Mistrzów lub europejskich pucharach. Posiadanie takich ludzi jest bezcenne, bo w każdej drużynie – w naszej też – są piłkarze bardziej podatni na presję. Wierzę, że samą obecnością potrafiliśmy tym zawodnikom pomóc, że oni czerpali z naszego doświadczenia.

Michał Żewłakow pierwszoplanową rolę w tej kwestii przypisuje natomiast Leo Beenhakkerowi.

– Beenhakker ściągał presję z ludzi, a nie ją nakładał. Nigdy nie mówił, że musimy wygrać. Raczej: nie wymagam od ciebie, byś wygrał. Ale wyjdź i zrób 100 proc. Popełnij jak najmniej błędów. Tylko tego chcę od ciebie, a później zobaczymy, gdzie cię to doprowadzi. To mobilizuje piłkarza, nie stresuje. Pamiętam odprawę, podczas której Beenhakker kazał nam zamknąć oczy. Obok niego stała tablica, więc myśleliśmy, że coś tam napisze, narysuje. Ale nie, bo nagle mówi: niech każdy z was z osobna zamknie oczy i odtworzy obrazki z momentów, w których to wszystko się zaczęło. Gdy pierwszy raz kopaliście piłkę. Przypomnijcie sobie podwórko. Czy tam była taktyka? Czy tam była presja? Nie. Tam była radość. I teraz ja chcę, byście tę radość zanieśli na boisko. Do widzenia – wspomina. I dodaje: – Wszyscy byliśmy w szoku, bo nawet jeśli dziś to nie brzmi jakoś wyjątkowo, to było tak unikalne, tak zjawiskowe, że my naprawdę w podświadomości mieliśmy totalną chęć pokazania radości z piłki. Bardzo lubiłem sposób, w jaki Beenhakker z nami rozmawiał. A robił to zarówno, gdy mieliśmy problemy, jak i gdy byliśmy na topie.

Lewandowski dodaje: – Jego mocną cechą była psychologia. Zawsze umiał zmobilizować zespół. Był świetnym słuchaczem, podchodził indywidualnie do naszych problemów. Z każdej rozmowy wyciągał coś, co nam później pomagało. Poza tym miał jakąś dziwną zdolność przy porównywaniu nas do naszych rywali. Robił to piłkarz po piłkarzu i zawsze wychodziło, że to my jesteśmy lepsi.

A słabe cechy?

Nie chcę mówić o cechach negatywnych Beenhakkera. Nie pamiętam ich, choć pewnie byłoby inaczej, gdyby wyrzucił mnie z kadry po meczu z Kazachstanem, gdzie dostałem wędkę jeszcze przed 30. minutą. A on mnie przywrócił do drużyny, jakby nic się nie wydarzyło. Dał mi kopa, a później zostałem kluczowym zawodnikiem tamtej drużyny. Zagrałem najwięcej meczów i najwięcej minut za jego kadencji – mówi były pomocnik Szachtara Donieck.

Żewłakow: – Nie było jakiejś wiodącej cechy, która nas u niego wkurzała. Natomiast z Holendrami tak jest, że czasem czują się nieomylni. Wyszło to zwłaszcza w końcówce jego pracy, która była okraszona jego walką ze związkiem – ze szkodą dla wszystkich. Generalnie on jednak potrafił łączyć. Nie było tak, że tylko wymagał. Tłumaczył i dawał czas na zrozumienie. Dzięki temu umiejętnie to egzekwował.

Były kapitan reprezentacji rozkręca się z każdą minutą, gdy opowiada o swoim trenerze z tamtych lat.

– On był siłą tej drużyny. Przyszedł do nas trener z zagranicy, który z miejsca stał się najbardziej znaną postacią w drużynie. Jego CV z Realem Madryt, reprezentacją Holandii czy Ajaksem musiało robić wrażenie. My jako piłkarze czuliśmy wielką moc wynikającą z tego, że taka osoba nas zaakceptowała i na każdym kroku podkreślała, jak w nas wierzy. To jeszcze nie były czasy Roberta Lewandowskiego, który udowodnił światu, że Polak zagranicą nie musi być od nikogo gorszy. W tamtym momencie mogliśmy mieć prawo do małego kompleksu. A Beenhakker tę grupę, w dodatku z wplecionymi piłkarzami z Ekstraklasy, tak dobrze przygotował mentalnie, że musiało się to przekładać na boisko. Widzieliśmy w nim wodza, który bez względu, co powie, my uwierzymy, że tam wejdziemy.

Nikt w to nie wierzył

– Wiesz, z czym jeszcze kojarzy mi się mecz z Belgią? – pyta Michał Żewłakow, czym de facto uprzedza moje pytanie, bo rozmawiając o tamtym spotkaniu nie da się nie spytać o decyzję Radosława Sobolewskiego. Krótko po ostatnim gwizdku gruchnęła informacja, że pomocnik Wisły Kraków zdecydował się zakończyć reprezentacyjną karierę.

– Radek nas zszokował. Nie potrafiłem sobie tego wytłumaczyć. Pamiętam, że z Belgią zagrał, a później powiedział: kończę z reprezentacją. Rozmawiałem z nim, nie dowierzałem. Mówiłem mu, że zrobił awans na kolejny wielki turniej, a teraz sam sobie tę wisienkę z tortu wyrzuca do kosza. Spytałem: nie możesz skończyć po turnieju. – Nie, podjąłem decyzję.

Mariusz Lewandowski: – Myśleliśmy, że Sobol żartuje, ale… nie żartował. Uszanowaliśmy jego decyzję, ale namawialiśmy, by tego nie robił. Jemu jednak zależało na odejściu w momencie, w którym było dobrze.

Michał Żewłakow: – W meczu z Serbią już nie zagrał. Z jednej strony była więc radość z awansu, z drugiej pojawiały się myśli: kurczę, tracimy tak ważny element. I nawet nie do końca wiemy, dlaczego. Miałem z nim bardzo fajna relację, więc czułem, że tracę dobrego kompana. Był zawsze kulturalny, zabawny, lubił grać w karty. Budował atmosferę. Ja nie potrafiłbym zrezygnować w taki sposób. Trener Beenhakker też z nim rozmawiał, natomiast powiedział, że czasami lepsza jest trudna decyzja, niż jej brak. Powiedział: Radek ma 30 lat, jest dorosłym facetem i wie, co robi. A my możemy to tylko zaakceptować.

Mecz z Belgią w 2007 roku był też początkiem końca ery Leo Beenhakkera. Po tym spotkaniu nie nastąpiło już nic dobrego za jego kadencji. Na Euro 2008 Polska ugrała zaledwie jeden punkt w grupie, a w kolejnych eliminacjach w grupie wyprzedziła jedynie San Marino. Pozostaje mieć nadzieję, że spotkanie z tym rywalem w czerwcu 2022 będzie wręcz przeciwnie – początkiem czegoś wyjątkowego.

Komentarze