Siedziałem i pytałem: co ja tutaj robię? O tym, czym naprawdę jest Liga Narodów

Polska - Walia
PressFocus Na zdjęciu: Polska - Walia

Liga Narodów to coś, za co jestem wdzięczny losowi. Do tego stopnia, że słysząc, iż rzekomo rozgrywane w niej mecze to synonim towarzyskiego grania, mam ochotę przypomnieć powiedzenie o umierającej gdzieś pandzie jako efekcie bezsensownej paplaniny.

  • Mecze towarzyskie były straszne. Liga Narodów ma z nimi niewiele wspólnego
  • Stworzenie tych rozgrywek sprawiło, że przerwy na reprezentację odzyskały sens – uważa w swoim felietonie Przemek Langier
  • Żeby poznać namacalną wartość Ligi Narodów, nie trzeba sięgać daleko. Kilka drużyn dzięki niej zagrało na wielkim turnieju

Po co oni grali?

Pamiętam taki mecz za Franciszka Smudy. Dla mnie, dwudziestoparoletniego chłopaka, był to niemal początek pracy przy reprezentacji. Teoretycznie w takich warunkach, po latach oglądania kadry w telewizji, plakatowania jej zdjęciami ściany nad łóżkiem, każdorazowe wybiegnięcie drużyny narodowej na boisko, któremu świadkowałem z trybun, powinno być dla mnie jednym z najlepszych dni w roku.

Tego dnia w Poznaniu graliśmy towarzysko z Węgrami. Czterdziestotysięczny stadion wypełnił się w jakichś 20 proc. Mecz był potwornie nudny, choć, kojarzę jak przez mgłę, wygrany 2:1. Siedziałem obok – jeśli pamięć mnie nie myli – Przemka Mamczaka, dziś dziennikarza Weszło, a najbardziej charakterystyczną migawką z tamtego wieczora było spojrzenie, jakie wzajemnie skierowaliśmy na siebie. Spojrzenie z wypisanym na twarzy pytaniem: co my tu robimy?

W mojej głowie ten mecz jest symbolem meczów towarzyskich. Dla kolejnych selekcjonerów na pewno mających jakąś wartość, choć jak w pełni wartościować granie bez żadnej stawki? Leszek Ojrzyński mówił mi niedawno, że na zimowym zgrupowaniu jego Korony w sparingach wszystko wyglądało tak, jakby jego piłkarze mieli zaraz pożreć ligę. Nie pożarli, bo w meczach o punkty głowa – taki paradoks – zaczęła plątać im nogi. Selekcjonerzy z meczów towarzyskich na pewno coś wyciągają, piłkarze, zwłaszcza ci mniej doświadczeni, raczej też, ale cała reszta świata generalnie miała je w nosie. Kto dziś jakkolwiek wartościuje towarzyski remis 2:2 z Niemcami sprzed dekady? Nie mówiąc już o całej masie gier z przeciwnikami typu Armenia, Albania, Gruzja, Mołdawia, Bośnia i Hercegowina, Łotwa czy abstrakcyjnym wyjeździe do RPA. Z mojej strony to nie jest wyraz braku szacunku do tych przeciwników, ale do meczów, które były, a które równie dobrze mogły się nie odbywać. Bo po co?

Kluby to jakość. Reprezentacje to emocje

Ostatnio na Twittera wrzuciłem wyznanie, zdając sobie sprawę, jak niepopularną treść przekazuje – uwielbiam przerwy reprezentacyjne, a międzynarodowe granie stawiam nad klubowym. Zebrałem parę serduszek, ale komentarze przekonały mnie, że jestem w zdecydowanej mniejszości. Bo to niepotrzebne, by jakieś hobbygranie dla januszy przeszkadzało w prawdziwym sporcie, jakim jest piłka klubowa. Bo reprezentacje są synonimem nudy. Może i są, zapewne z łatwością wymieniłbym więcej bajkowych meczów w Premier League i Lidze Mistrzów z ostatniego sezonu, niż reprezentacyjnych z ostatnich pięciu lat. Ale gdy myślę, co budzi we mnie najwięcej emocji, wskrzesza tego dzieciaka sprzed ćwierć wieku, który zakochał się w kopaniu świńskiego pęcherza, to walka, który kraj zbudował silniejszą drużynę z ludzi związanych ze sobą czymś więcej, niż źródłem wychodzącego przelewu. Piłka klubowa, może na skutek weekendów wypełnionych często dwucyfrową liczbą meczów, jakie oglądam, tych emocji we mnie nie powoduje wcale. Uwielbiam ją za jakość. Reprezentacje za przeżywanie.

Pod warunkiem, że jest stawka. Inaczej to faktycznie zawody dla koneserów.

Liga Narodów jak mecze towarzyskie? Powiedzcie to Brzęczkowi

W komentarzach pod tweetem, o którym wspomniałem, byli też tacy, co pisali, że w Lidze Narodów stawki nie ma żadnej. Powiedzcie to Jerzemu Brzęczkowi, który w eliminacjach Euro zrobił bilans 8-1-1, ale to Liga Narodów zweryfikowała go negatywnie. To te rozgrywki sprawiły, że Robert Lewandowski milczał przez osiem sekund, a my – to w Amsterdamie, to w Reggio Emilia, to w Chorzowie, gdy przeciwnikami byli Włosi i Portugalia – regularnie dostawaliśmy sygnał, że kadra Brzęczka sufit ma zawieszony mniej więcej na poziomie, na jakim występuje Austria. Mając w składzie jednego z najlepszych piłkarzy w historii XXI wieku i kilku solidnych czeladników z kontraktami w mocnych klubach, było to trochę za mało – nie móc przebić tej bariery choćby raz na 10 gier. Wtedy Liga Narodów miała stawkę?

Istnieje pewna dziwna zależność – stawka w rozmowach kibiców traktujących Ligę Narodów jak towarzyskie granie, pojawia się, gdy reprezentacja przegrywa. Było tak choćby ostatnio we Wrocławiu po straconym golu. Gwizdy z trybun, mówienie o widmie spadku, wkurzenie, że ogrywają nas rezerwy Walii (przy okazji pamiętajmy, że Polska wyszła bez Szczęsnego, Casha, Bielika, Szymańskiego, Modera i Milika – całkiem możliwe, że na większość z nich Czesław Michniewicz by się zdecydował, gdyby mógł). Można zaprzeczać, ale reprezentacja zawsze budzi emocje, co pokazuje powyższy przykład. No chyba, że gra towarzysko. Po takich porażkach nie przypominam sobie dyskusji, że nadajemy się tylko do tarcia chrzanu, a jeśli były, nie trwały dłużej niż dzień.

Puchar to nic. Mamy inne cele

Rozumiem, skąd się bierze patrzenie na Ligę Narodów z pogardą – wygrane w niej trofeum niewiele znaczy. Nawet, gdyby zdobyła je Polska, doprowadzając nad Wisłą do chwilowej euforii, zaraz pojawiałyby się myśli “szkoda, że to nie mistrzostwa Europy”. Sam muszę bardzo głęboko się zastanowić, by przypomnieć sobie mecze i wyniki fazy finałowej poprzedniej edycji. Ba, ja nawet nie kojarzę, jak wygląda trofeum do wygrania. Ale patrząc z polskiej perspektywy mówienie o braku stawki jest zastanawiające. Przecież my nie gramy w Lidze Narodów o żadne puchary, a realizujemy konkretne zadanie. Znacznie wykraczające ponad towarzyskie ogrywanie zmienników.

To jest tak oczywisty fakt, że aż głupio go przypominać. Walia zakwalifikowała się na mundial ścieżką prowadzącą z eliminacji, ale awans do baraży miała już pewny wcześniej – właśnie dzięki Lidze Narodów. Mistrzostwa Europy to zupełnie inna historia, jeszcze bogatsza w tylne drzwi, którymi wpuszcza się dodatkowe zespoły. Wreszcie – rozstawienia w klasycznych eliminacjach. Wyjazdowy remis z Portugalią za Jerzego Brzęczka zapewnił nam pierwszy koszyk, dzięki czemu naszym najmocniejszym przeciwnikiem w drodze na Euro 2020 była Austria. Kolejnego mocnego nie było wcale, co przy wchodzących dwóch reprezentacjach oznaczało awans niemal z automatu. Jeśli teraz uda się skończyć fazę grupową Ligi Narodów w dziesiątce – w praktyce oznacza to czołową dwójkę w swojej grupie lub zostanie jednym z dwóch najlepszych zespołów z trzecich miejsc – historia z łatwiejszą ścieżką do Euro 2024 się powtórzy.

Jeśli spadniemy do Dywizji B, z automatu wrzucimy się w ranking 17-32. To oznacza, że by mieć szansę na powrót do pierwszego koszyka, nie mówiąc o ogromnym ryzyku spadku do trzeciego, w kolejnej edycji Polska musiałaby wygrać swoją grupę na zapleczu elity. Niezła stawka, jak na mecze w bezstawkowym Pucharze Pasztetowej.

Sens przywrócony

Dlatego w meczach z Belgią, Holandią i Walią przeszłość i pamiętny – brr! – mecz z Węgrami w Poznaniu wspominam bez strachu, że coś takiego wróci. Bez nudy, z mocniejszym biciem serca. Czuję sens międzynarodowego grania i wyczekiwania na powrót ligowego futbolu. Gdyby nie stworzono Ligi Narodów, byłbym pierwszy na barykadach z krzykiem o wywalenie z kalendarza towarzyskich przerw na reprezentację. Te obecne, wbrew temu, co pisaliście mi w komentarzach na Twitterze, takie nie są.

Komentarze