Stawka większa niż punkty. O co Polska gra na Wembley?

Paulo Sousa
Paulo Sousa Grzegorz Wajda

Nie wiem, na ile Paulo Sousa był przygotowany z czym zetknie się po przejęciu reprezentacji Polski, ale właśnie przekonuje się, jak smakuje zderzanie się ze ścianą oczekiwań. Sygnał ostrzegawczy w postaci krytyki za swoje wybory dostał już po Budapeszcie, a swoje dołożył mecz z Andorą. Jeśli teraz zdecydowanie przegra w Anglii – czego nie można wykluzyć – pewnie usłyszy: po co w ogóle było zmieniać trenera? A mówimy o meczu, który wciąż nie będzie w pełni definiował ani jego pomysłu, ani tego, co możemy osiągnąć. I nie ma to żadnego związku z brakiem Roberta Lewandowskiego.

Michał Probierz nie ma ostatnio najlepszej prasy, ale po ostatnich wydarzeniach przypomniały mi się jego słowa: “dziennikarze mają najłatwiejszą pracę na świecie, bo potrafią wygrać każdy mecz po jego zakończeniu. Doskonale wiedzą, kto nie powinien zagrać, kto miał być w jego miejscu i czy taktyka była odpowiednia”. Probierz za to, by wiedział przed meczem, pobiera odpowiednio wyższą od dziennikarzy pensję, ale na sens jego wypowiedzi to nie wpływa.

Czytaj także: El. MŚ: Mecz Polska – Anglia. Czy Polacy odczarują Wembley?

Wybory nieoczywiste mogą się sprawdzić

W 2006 roku Leo Beenhakker wymyślił na mecz z Portugalią wyjście bokami obrony w składzie Bronowicki – Golański i był prawdopodobnie jedyną osobą na świecie, która by się na to zdecydowała. Obaj zagrali wybitny mecz, prawdopodobnie najlepszy w karierze, Polska wygrała 2:1. Gdyby ten sam Bronowicki w jednej z akcji stracił piłkę pod presją Cristiano Ronaldo, a Portugalia nas przez to pokonała, pół Polski pytałoby: jak można było dokonać takiego wyboru? Jedna chwila zmieniłaby Beenhakkera z wizjonera w faceta, który nie widzi rzeczy oczywistych. Albo Adam Nawałka stawiający na Krzysztofa Mączyńskiego, którego gra częściej dawała nam korzyści niż straty. Dlatego – przynajmniej na razie – nie dołączę do grona krytyków Sousy za jego selekcyjne pomyłki. Nie wiem skąd wynika przekonanie, że mógł ich uniknąć. Nagle okazało się, że rzesza ludzi nie chciała żadnych zmian – najlepiej ani w składzie, ani w taktyce, bo to przecież ryzykowne, ale jednocześnie oczekiwała, że zmieni się wszystko i Polska Węgrów rozwalcuje. Wszyscy mówimy, że Sousa ma mało czasu, a jednocześnie narzekamy, gdy ten, który mu został, chce wykorzystać maksymalnie i forsuje swój pomysł od pierwszego meczu.

Czytam – z Węgrami nie można było zagrać trójką, bo przecież tego nie testowaliśmy wcześniej. To kiedy Sousa miał rozpocząć budowę zespołu według własnej wizji? Z Andorą szkoleniowo (w defensywie) mecz bez znaczenia, a skoro z Węgrami trójka z tyłu to samobójstwo, to z Anglią tym bardziej. Zatem według osób chcących rozwoju kadry, ale takiego, który dokona się sam i bez podjęcia ryzyka, pierwszym dobrym terminem na testy Sousy byłyby czerwcowe sparingi. Ale wtedy znów by się pojawiło: przecież to tylko dwa mecze, więc za mało, by na Euro ryzykować, grajmy więc tam w stary, sprawdzony sposób – taktyką ćwiczoną przez Jerzego Brzęczka. I nagle okaże się, że Sousa dwie trzecie swojej kadencji – idąc za nawoływaniem tłumu – zagra nie po Sousowemu.

Gdzie naprawdę popełniono błąd

Źródło problemów Paulo Sousy leży znacznie głębiej, niż w nietrafionych wyborach. Zbigniew Boniek miał wszystkie narzędzia, by Portugalczykowi dać więcej czasu. We wrześniu reprezentacja zagrała kompromitująco słaby mecz w Amsterdamie i kolejny brzydko wygrany w Bośni. Nie zmieniło się nic – wciąż średniaków udawało się załatwić w piłkarskiej młócce, a z lepszymi sukcesem okazywał się jeden strzał na bramkę. Wtedy wydawało się to nierealne, ale prezes PZPN naprawdę rozważał zwolnienie Jerzego Brzęczka. Czemu tego nie zrobił, choć – jak pokazała przyszłość – miał sporo uwag do jego pracy, a wrzesień nie mógł byłemu selekcjonerowi pomóc – nie wiadomo. Później przyszedł październik i zamydlił oczy, by w listopadzie doprowadzić Lewandowskiego do ośmiu sekund milczenia.

Paulo Sousa sprawia wrażenie człowieka, który ma wizję, tylko nie ma czasu. Gdyby Boniek we wrześniu podziękował Brzęczkowi i zatrudnił Portugalczyka, który był już wtedy dostępny na rynku, ten zastałby sytuację wymarzoną: Liga Narodów po wygranej z Bośnią była już właściwie utrzymana, a w terminarzu czekało sześć meczów – w tym trzy z rywalami z topu – na przystosowanie kadry do tego, co chce grać nowy selekcjoner. Nie byłoby zatem w marcu taktycznych i personalnych błędów Sousy, a jeśli tak – można by było go winić. Bez żadnej fazy testów winić Sousę za pomyłki, które popełnić musiał chcąc odmienić reprezentację – to absurd.

Mecz z Anglią do teczki Sousy

Na konferencji prasowej, podczas której Zbigniew Boniek ogłosił nazwisko następcy Jerzego Brzęczka, prezes PZPN jasno określił jego cele. Były trzy: miejsce w czołowej dwójce grupy el. MŚ, awans z do 1/8 finału Euro 2020 oraz poprawa stylu na bardziej ofensywny. Już po pierwszym meczu Paulo Sousy mogliśmy powiedzieć, że naszych dwóch selekcjonerów dzieli dokładnie wszystko. Brzęczek przez dwa lata pracy dał się poznać jako specjalista od robienia wyniku idealnie wpisującego się w aktualny potencjał. Cel realizował mecz po meczu – najważniejsze było zwycięstwo tu i teraz, każde spotkanie to była osobna historia, jeśli dochodziło do powtarzalności, to przede wszystkim w marazmie. Doprowadziło to do sytuacji, że ze słabymi i przeciętnymi wygrywał, od lepszych z pokorą przyjmował porażki, bo rozwój kadry właściwie nie istniał. Ponieważ działo się tak przez całą jego kadencję i właściwie ani na moment nie mieliśmy zachwiania tego modelu, możemy przypuszczać, że kolejny rok pod jego wodzą był już zapisany w gwiazdach: wiedzieliśmy z kim wygramy, a z kim przegramy. Sousa na swój cel patrzy całościowo: nie można powiedzieć, że nie chciał wygrać w Budapeszcie, ale czymś nadrzędnym było rozpoczęcie procesu budowy “jego” reprezentacji. Portugalczyk wyszedł z założenia, że eliminacji nie da się przegrać w marcu (nawet przy porażce z Węgrami, miał w odwodzie jesienny rewanż z nimi w Polsce, był zatem margines na ewentualne gonienie rywali), za to da się stracić czas na ustawianie drużyny według sprawdzonych schematów, które przecież miał zmienić.

Jeśli popatrzymy na wyniki selekcjonerów, którzy realnie zmieniali w tym wieku nasz styl – Jerzego Engela, Leo Beenhakkera i Adama Nawałkę – każdy potrzebował więcej niż jednego zgrupowania, by przemycić swoją myśl. Engel i Nawałka ponad pół roku. Dlatego nawet, gdyby Sousa miał dostępnego na Wembley Roberta Lewandowskiego i składu nie wybierałby za niego los, ocena postępów jego kadry po środowym spotkaniu nie byłaby rzetelna. Ten mecz jest ostatnim, który trafić powinien do jego teczki podpisanej “materiały” i który powinien dać mu odpowiedzi, jakich szuka. Na alarm, bez względu na wynik, będzie jeszcze za wcześnie, ale jeśli w czerwcowych sparingach – zwłaszcza tym drugim – nie zobaczymy poprawy, czerwona lampka się zapali, a Sousę trudno będzie bronić. Póki co, coby się nie stało na Wembley, nie oddali nas przynajmniej od dwóch określonych przez Bońka celów (a nawet przybliży), a i trzeci – miejsce w czołowej dwójce grupy eliminacyjnej – wcale nie ucieknie. Mecz w Budapeszcie był jaki był, ale to nam wypracował handicap, nie Węgrom.

Komentarze