“Nie mogłem się pozbierać po jego śmierci. Ale zrozumiałem, że nie ma czasu do stracenia”

Arkadiusz Kaml Wójcik i Tomasz Niemirowski
Na zdjęciu: Arkadiusz Kaml Wójcik i Tomasz Niemirowski

– Śmierć osoby, która bardzo pomogła mojemu synowi, uświadomiła mi, że nie ma czasu do stracenia. Dlatego zamiast tylko myśleć o fundacji mającej dać wychowankom domów dziecka naprawdę wypasioną wędkę zamiast ryby, uruchamiamy ją – mówi w rozmowie z Goal.pl Kamil Wójcik, znany z Ekstraklasy polski sędzia międzynarodowy.

  • W tej historii jest wszystko: walka o życie syna, śmierć przyjaciela, oddawanie dobra, kariera w Ekstraklasie, a nawet gra w jednej drużynie z Robertem Lewandowskim
  • Czwórka sędziów, których nazwiska mogą kojarzyć kibice polskiej ligi – Kamil Wójcik, Tomasz Niemirowski oraz Marek i Karol Arysowie – postanowili ruszyć z fundacją “Arbiter”
  • Dzięki jej założeniu, wychowankowie z domów dziecka będą mieli ułatwioną drogę do zrobienia kariery sędziego
  • W naszym materiale przedstawiamy historie sędziów, którzy ze względu na rolę liniowych na co dzień są w cieniu. I to, jak do tego doszło, że powstała Fundacja Arbiter

Wydarzenia, które zmieniły całe życie

Historia Kamila była niedawno przypomniana w dokumencie Canal Plus “Sędziowie”. Jego cud rozpoczął się 10 kwietnia 2010 roku, choć zanim to nastąpiło, świat się zawalił.

– To był beznadziejny dzień. Najpierw w telewizji dowiedzieliśmy się o katastrofie samolotu w Smoleńsku, a za chwilę w szpitalu, że Bruno umiera – mówił mi jakiś czas temu Kamil, gdy realizowaliśmy reportaż o jego synu. Jako skrajny wcześniak doznał wylewu, w wyniku którego stracił 70 proc. mózgu.

To wydarzenia, które zmieniają człowieka na zawsze. Bardzo często otwierają w nim – to pewnie paradoks – pokłady dobra sterowanego przez empatię. Jeśli wierzyć w istnienie efektu motyla, to wtedy został wylany fundament pod coś, co wielu ludziom może w przyszłości wywrócić życie. Na jego lepszą stronę.

Robert Lewandowski? Grałem z nim w piłkę

W tym środowisku wszyscy się znają, ale niektórzy znają się naprawdę dobrze. Kamil ze swojego Ożarowa Mazowieckiego znał Tomka, a że obaj pięli się po szczeblach kariery i doszli aż do sędziowania na linii meczów Ekstraklasy, znajomość się zazębiała. Z Markiem dzielił pokój na zgrupowaniach, a że ten ma o pięć minut starszego brata bliźniaka, Karola, też sędziego z poziomu centralnego, ekipa bliskich znajomych liczyła cztery osoby.

Choć Tomka mogło w niej równie dobrze nie być i to jest miejsce, w którym w tej historii pojawia się nazwisko Robert Lewandowski. – Przed sędziowaniem sam próbowałem kopać piłkę w podwarszawskich klubach IV-ligowych: Ożarowiance, Błoniance, Mazurze Karczew, Ursusie – wspomina. I dalej: – Wciąż grając zdecydowałem się jednocześnie na kurs trenerski i sędziowski. To był czas, w którym mocno się zastanawiałem, w którą stronę pójść. Na kursie trenerskim poznałem jednego człowieka, który był bardzo dobrym menedżerem. Miał pasję – zbieranie drużyn, które później grały mecze na hali. Trafiłem do jednej z nich, a innych chłopaków dokooptował jeżdżąc po mazowieckich boiskach i namawiając ich. W ten sposób trafił do Znicza Pruszków, który w tamtym sezonie otarł się o awans do Ekstraklasy. Andrzejowi, wspomnianemu menedżerowi, ze Znicza udało się zgarnąć Radka Majewskiego, Bartosza Wiśniewskiego i… Roberta Lewandowskiego. Nie było zatem daleko, bym z tym ostatnim dojeżdżał na halę moim Cinquecento, choć ostatecznie zgarniałem tylko “Maję”.

– Czy Lewandowski wyglądał wtedy na piłkarza, który za moment zacznie zadziwiać świat? – to pytanie musiało paść.

Tomek: – Na pewno miał nosa do bramek i tworzył super duet napastników z Bartkiem, ale to ten drugi robił na mnie większe wrażenie.

Kamil: – Czyli gdyby któryś miał wchodzić z ławki, to “Lewy”!

Tomek: – Grał w ataku z “Wiśnią”, ale to Bartek bardziej rzucał się w oczy. W życiu bym wtedy nie powiedział, że Robert zrobi taką karierę.

Robert jednak zrobił ogromną, a Tomek z trzech możliwych dróg wybrał sędziowanie. Wątpliwe, by żałował.

Tomasz Niemirowski

Skoro chce żyć, niech żyje!

W chwili, gdy rozmawiamy, na moment przerywa nam Bruno. Akurat wyłączył mu się film na YouTubie i trzeba mu pomóc. Dziś to 12-letni chłopiec po trzech wyrokach śmierci. Po wylewie powstało u niego wodogłowie, trzykrotnie przechodził załamanie, rodzice tyle też razy zdążyli się z nim żegnać. Morfina miała uśmierzyć ból noworodka w jego ostatniej chwili. Humanitarna śmierć, wystarczyło się na nią zgodzić. Na to, że lekarze nie podejmą już akcji reanimacyjnej. Według zapewnień miał nie widzieć i nie słyszeć. Co odważniejsi lekarze przekazywali rodzicom, że ich syn w medycznym rozumieniu nie ma mózgu.

– Widok był straszny. Marzyliśmy, że będziemy najlepszymi rodzicami na świecie, a mieliśmy zdecydować o śmierci swojego dziecka. Pogodziliśmy się z tym, oddaliśmy wszystko w ręce Boga. Przyszli dziadkowie, wszyscy się z nim pożegnaliśmy – wspomina Ania, mama Brunona.

14 kwietnia 2010 roku cały kraj żył katastrofą smoleńską, więc o tym, co wydarzyło się w szpitalu nie poinformowała żadna stacja telewizyjna. A mieliśmy do czynienia z cudem. Niespełna czterotygodniowy chłopiec po wylewie znalazł w sobie siłę, by w nocy wyrwać respirator, do którego był podłączony. W teorii to powinno zakończyć jego cierpienia, w praktyce podarowało mu życie. Lekarze postanowili nie podłączać go ponownie, na próbę. Trwało to dwa dni, okazało się, że Bruno potrafi oddychać sam. To wtedy Kamil na pytanie “co dalej, gdy parametry spadną”, które zadała pani profesor ze szpitala, odpowiedział: – Skoro chce żyć, niech żyje!

Fundacja Arbiter, czyli wypasiona wędka zamiast ryby

Bruno o siebie powalczył, co jest pewną symboliką dla całej akcji sędziowskiego kwartetu. Jego historię zresztą przypominamy nie bez powodu, bo kto wie – gdyby ona się nie wydarzyła, być może nie powstałaby też fundacja. – Od dłuższego czasu chodził mi po głowie pomysł promocji sędziowania wśród osób z domu dziecka, ale tak naprawdę niewiele z tym robiłem. Punktem zwrotnym była osoba Cezarego Grzelaka. To kibic znany w środowisku Legii Warszawa. Nie znaliśmy się wcześniej dobrze, ale po emisji serialu “Sędziowie” przekazał na licytację koszulkę Artura Boruca, która sprzedała się za ok. 5,5 tys. zł. Po jakimś czasie się dowiedziałem, że dwa tygodnie po zakończeniu licytacji zmarł na raka. Okazało się, że mimo swojej choroby, był bardzo zaangażowany we wszelkie zbiórki i pomoc dzieciom. Po jego śmierci przez długi czas nie mogłem zebrać myśli, aż w końcu zrozumiałem, że nie warto tracić w życiu czasu, gdy chce się zrobić coś dobrego, bo nie wiadomo, ile tego czasu zostało. Podzieliłem się pomysłem pomocy dzieciom z domów dziecka z Tomkiem, Markiem i Karolem. Od jednego z dyrektorów domu dziecka, którego zna ostatnia dwójka, dostaliśmy bardzo cenny feedback. Dzięki ich pomocy i zaangażowaniu, powstała idea fundacji “Arbiter”.

O co dokładnie chodzi?

Kamil: – By dzieciom, których los nigdy nie rozpieszczał, zapewnić lepszy start w dorosłym życiu. I zachęcić do zejścia z wyboistej drogi. Tą zachęta jest opłacenie kursu sędziowskiego. Samo w sobie może nie powoduje to efektu wow, jednak daje to możliwość wyrwania się z trudnej sytuacji i spróbowania czegoś atrakcyjnego w przyszłości. Poza tym na start chętni dostaną od nas cały sprzęt sportowy potrzebny do sędziowania i treningu (adidasy, dres, korki, koszulki). Chcemy otoczyć ich też opieką ubezpieczeniową i szkoleniową. To ma spowodować u nich myśl, że sędziowanie to coś naprawdę wspaniałego. Nowi koledzy, nowe doznania, nowa perspektywa na lepsze życie w zupełnie innym środowisku, niż to poznane w domach dziecka. Nie chcemy dawać ryby, a wypasioną wędkę.

Tomek: – Jedyną rzeczą, jaką musi zrobić wychowanek domu dziecka, to zapisanie się na kurs i zdanie go. Generalnie wygląda to tak, że w 50-osobowej grupie kursantów, kurs kończy 45, ale po pierwszym sezonie sędziowania zostaje jakieś 20 osób. Nie jesteśmy naiwni i wiemy, że nie każdy z wychowanków po kursie będzie biegał z gwizdkiem, ale niech się to uda części osób, a innej zapewni doznania, z których będą korzystać później w życiu. Że dzięki pomocy będą mieli łatwiej w szukaniu swojej drogi.

Kurs sędziowski wraz ze strojem to koszt 1-2 tys. zł. Fundusz startowy uruchomili sami organizatorzy akcji, choć skoro celem fundacji jest zapewnienie pomocy jak największej liczbie osób, sędziowie szukają oczywiście wsparcia wśród przedstawicieli wielu firm, także spółek Skarbu Państwa. – Myślę, że na 90 proc. mogę powiedzieć, że będziemy mieli zapewnioną poduszkę finansową, czeka nas jeszcze tylko parę spotkań przed rozpoczęciem kursów – mówi Kamil.

I dodaje: – Wierzymy, że fundację będą wspierać nasi najlepsi sędziowie, tak jak to zrobił Michał Probierz, który jeszcze przed oficjalnym startem przekazał jej swój złoty medal za zdobycie Pucharu Polski z Cracovią.

Medal Michała Probierza

To początek, ale co dalej?

Kamil: – Gdybyś spytał mnie, gdzie chcę być z tym projektem za 10 lat, chcę, by to była fundacja, do której w pierwszej kolejności będą się do nas zgłaszały osoby w potrzebie z całego środowiska sędziowskiego w Polsce. Bo będą wiedziały, że tej pomocy im nie odmówimy.

Kamil wie, ile znaczy pomoc, bo sam jej doświadcza. Aktualnym celem zbiórki w uruchomionej przez bramkarza Zagłębia Lubin Kacpra Bieszczada akcji Murowane Pomaganie jest zapewnienie finansowego wsparcia w opiece nad jego synem. Pieniądze, które pomogą Brunonowi w rehabilitacji, można wpłacić tutaj.

***

Jeśli ktoś chce wesprzeć fundację Arbiter, poniżej zamieszczamy niezbędne dane.

Fundacja Arbiter

Nr. Konta PKO BP

03 1020 5561 0000 3702 3086 4793

[email protected]

Komentarze