Receptura na wygrywian kolejorzanu | Dwugłos Tetryków

Lech Poznań
PressFocus.pl Na zdjęciu: Lech Poznań

Nieoczekiwana zamiana miejsc na czele wyścigu mistrzowskiego. Kompromitacja Radomiaka, ale i coraz bardziej złożona sytuacja Wisły Kraków. Co łączy Syrenkę Warszawa z Paragonem na skrzydle, z ekipą Rakowa Częstochowa? Co łączy Adama Majewskiego z firmą “MAJSTER”? Na te i inne pytania dotyczące polskiej piłki odpowiedzieli nasi tetrycy, czyli Leszek Milewski oraz Jakub Olkiewicz. Zapraszamy na przegląd tygodnia!

  • Laboratoria polskiego futbolu: wygrywian kolejorzanu
  • Skacz, skacz jak Marek Papszun po boisku
  • Sędziowie chcą rozmawiać. Nareszcie
  • Wisła bliżej spadku

Leszek Milewski: Kuba, w ostatnich Tetrykach zdradziłem, że w kazamatach PZPN, w ukrytym tam laboratorium, obok kontrowersjanu wypowiedzianu opatentowanego przez Jana Tomaszewskiego, znajduje się także przegrywian Poznaniu. Nie zdradziłem natomiast, że istnieje także nieco zakurzona fiolka z wygrywianem kolejorzanu. Dodam, że nieco głębiej na tej półce najdują się świętowian nastarorynkianu i mistrzan skorżianu.

Jakub Olkiewicz: Alchemia w założeniu była dziedziną, która skupiała się na trzech celach: zamiana ołowiu w złoto przy pomocy kamienia filozoficznego, odkrycie panaceum, czyli leku na wszystkie możliwe dolegliwości oraz wytworzenie eliksiru nieśmiertelności. Mam wrażenie, że zrealizowanie tych celów i tak nie było tak karkołomnym zadaniem, jak przekonywanie samego siebie i wszystkich wokół, że mistrzowski wyścig nie jest jeszcze przegrany. Pamiętam słowa naszego kolegi, Pawła Paczula, w jednym z weszlackich programów – jego zdaniem wyścig mistrzowski miał się rozstrzygnąć właśnie w ostatni weekend, gdy Lech nie zdołałby pokonać Piasta w Gliwicach, a Raków ogoliłby Cracovię u siebie. Czytałem to i pomyślałem sobie, że jest w tym sporo racji. Kto miałby tego Lecha powstrzymać, jeśli nie Damian Kądzior, do którego Kolejorz zalecał się latem. Kto, jeśli nie Waldemar Fornalik, zawsze gotowy do płatania figli największym w Polsce, niezależnie od tego, kto akurat faktycznie jest w Polsce największy.

Spodziewałem się najpierw, że Raków ogrywając Cracovię wytworzy na Lechu taką presję, że poznaniacy zwyczajnie się spalą jeszcze w szatni. Wszyscy znamy takie drużyny – na treningu Barcelona, w meczach towarzyskich Real Madryt, w środku rundy jesiennej Syrenka Warszawa z Paragonem na skrzydełku. Ale gdy wjeżdża presja, wjeżdża stawka, wjeżdżają te magiczne słowa “oni mogą, my musimy” – nagle jest jak Lech w finale w Pucharze Polski. Więcej napiszę – gdy Raków już pogubił punkty, nadal byłem przekonany, że teraz to dopiero będzie jazda, jak Lech tej szansy nie wykorzysta. Nie ma sensu się oszukiwać, po bramce Kądziora, gdzie jeszcze on całą akcję napędził, pomyślałem sobie, że mógłbym pisać scenariusze do kolejnych sezonów serialu “Demony Lecha”, wszystko jest tu przewidywalne.

Ale epilog był inny. Ta końcówka, to wepchnięcie piłki do siatki niemalże siłą woli, jakąś niezłomną determinacją… No to był Lech pachnący dymem z rac odpalanych na Starym Rynku.

LM: Dokładnie to samo Kuba w trakcie pomyślałem – że to tylko kolejny etap dręczenia kibiców Lecha. Nagła, ale konsekwentna budowa osiemdziesiątego ósmego kręgu poznańskiego piekła. Gdzie futbolowi bogowie podpuszczają, bo zobaczcie, Raków stracił punkty, a wy prowadzicie w Gliwicach. Może wam się uda? Ale teraz popatrzcie jak rozwiniemy waszą tragedię: gola strzela Kądzior, którego mogliście mieć, ale nie chcieliście. W dodatku strzela po zaledwie jedenastu dotknięciach piłki w drugiej połowie. Czy to nie zabawne? Bo przecież Skorża musiał przez całą przerwę układać wam pieczołowity plan na dalszą część gry. Przecież musiał apelować o koncentrację, uważność i tym podobne. A tutaj jedenaście podań i remis. Cały plan wyrzucony do śmieci szybciej, niż niektórzy kaszlą.

Pisało się to pod scenariusz: zobaczcie, mieliście szansę jeszcze po przegranym Pucharze, a jednak jej nie wykorzystaliście. Bolałoby takie zakończenie jeszcze bardziej, niż wygranie wszystkich meczów do końca ramię w ramię z Rakowem. Tymczasem jednak Lech wygrał. Wygrał, tak ważny mecz, z tak dobrym rywalem, choć przecież w tym meczu aż tak nie żarło, przynajmniej nie zawsze. Bo przy 1:1 nie prowadził jakiejś kanonady pod bramką Placha, godną choćby pechowego wyjazdowego meczu w Gdańsku. Nie było nawałnicy. Nie. Poza Kamińskim cała linia pomocy grała źle. Na Ishaka, aż do gola, sypały się gromy, pomyje i co tam jeszcze może się sypać na kogoś, kto aktualnie zawzięcie walczy z łatką ulubieńca. Ale strzelili, wygrali i to może być jedno z najważniejszych zwycięstw Lecha ostatnich lat. Jak to dowiozą, ten mecz ma potencjał by mitycznieć, by stawać się awersem meczu z golem Kapidzicia.

JO: To jest o tyle ciekawe, że jeszcze absolutnie wszystko może się wysypać. Czasem czytając teksty czy tweety zagorzałych kibiców Barcelony, Realu Madryt, Liverpoolu czy Manchesteru City zastanawiałem się – czemu oni tak dramatyzują już w piętnastej czy dwudziestej kolejce. Czemu jakiś remis z Newcastle na trzy tygodnie przed końcem ligi staje się dla nich tak istotny, dlaczego aż tak przeżywają te ligowe 90 minut. Wiesz, pokutują przyzwyczajenia choćby z I ligi – ŁKS w tym roku wygrał chyba dwa spotkania, a jeszcze ma szansę na awans do Ekstraklasy. Tymczasem tam, na tym diabelnie mocnym zachodzie, ale i zupełnie zaskakująco – w czubie rodzimej ligi, nie ma miejsca na “to się odrobi”. “To się wyklepie”. Do tej pory nawet te nasze mistrzowskie wyścigi obfitowały w różne wpadki. A w tym sezonie? To jest wręcz niewyobrażalne, co będą czuli kibice Rakowa od 1. minuty kolejnego meczu. Co będą czuli lechici.

Wychodzisz na boisko, jest 0:0, a tak naprawdę czujesz, jakbyś już gonił wynik. Każda minuta, gdy będzie utrzymywał się remis, będzie dla lidera i wicelidera drogą przez mękę. Każda niewykorzystana sytuacja będzie potęgowała uczucie, że to właśnie tu kończy się nasza mistrzowska przygoda i zaczyna nasza wicemistrzowska męka. Przyznaję bez bicia – nie jestem aż takim ekstraklasowym freakiem, by oglądać ligę od deski do deski. Ale ten finisz jest tak cholernie pasjonujący, że człowiek boi się uronić z tego choćby połówkę, choćby kwadrans. Jedyne, czego tak naprawdę w tym momencie żałuję, to że Pogoń tak lekko z tego wyścigu odpadła – bo to byłby kolejny smaczek, gdyby dwóch gigantów pogodził ktoś z drugiego szeregu. Natomiast i tak to, jak zapowiadają się te cztery ostatnie mecze z udziałem Rakowa i Lecha, to jest jakiś kosmos. I tak zupełnie na marginesie – chyba zaczynam żałować, że nie będą przy równych punktach liczyć się gole. Wyobrażasz sobie jeszcze na finiszu sezonu jakąś pogoń bramkową, z radyjkiem rozkręconym na maksa przy linii bocznej? Panowie, Raków strzelił, musimy teraz dwie! I tak przez 90 minut. Co my za czasów w ogóle dożyliśmy!

LM: Znalazłbym 92, a może nawet 93 powody, by takie rozwiązanie uznać za ekscytujące. Ostatnie słowo o Lechu: powiedziałeś, że to się może wciąż wyspać i prawda. Natomiast jeśli się wysypie, będzie to sezon imienia Kapidzicia. Bardziej nawet niż wtedy, gdy faktycznie zdarzył się Kapidzić. Lechowi zostały derby z Wartą i Zagłębie. Niby więc jest pięknie. Jest lider, jest coś, o czym mało kto w Poznaniu po finale Pucharu Polski marzył. Ale wciąż dyszy w kark przeszłość. Presja w tych dwóch, teoretycznie dość łatwych meczach, będzie ogromna.

Kuba, Lech Lechem, ale najważniejszego w ten weekend dokonał Jacek Zieliński, zatrzymując Raków. Natomiast jakkolwiek doceniam zasługi Jacka Zielińskiego, jakkolwiek doceniam jak grały Pasy, a nawet jakkolwiek przyznaję, że pogłoski o finansowej podpórce nie są czymś nie o uwierzenia, tak przede wszystkim Raków zrobił to sobie sam. Bo Cracovia nie zagrała nagle jakiegoś wielkiego meczu. Jeden celny strzał zamieniony na gola. Do tego konsekwentna gra i wystarczyło. Rakowowi brakło w tym meczu – sam nie wiem czego. Błysku gwiazd, choć mają najlepszego piłkarza ligi u siebie? Głębi ławki, bo wchodził w końcówce Arak, choć przecież Raków ma szeroką kadrę, najwyżej na ten mecz poharataną?

Dziwi na pewno słaba forma Rakowa u siebie. Pamiętam, jak po zeszłym sezonie w Częstochowie mówiło się, że gra w Bełchatowie zabrała Rakowowi kilka punktów. Marek Papszun, aby wycisnąć maksimum ze swojej taktyki, miał potrzebować murawy równej jak bilardowy stół. Na własnym stadionie to miało się zmienić, u siebie częstochowianie mieli co tydzień rozwijać skrzydła, a potem unosić się i z wysokości strzelać po kilka bramek. Tymczasem to się nie dzieje. W perspektywie zapowiedzi i oczekiwań – zaskakujące.

Na pewno natomiast ten mecz będzie mi się kojarzył z wpadnięciem Marka Papszuna na boisko. Przecież on w trakcie akcji wszedł dobre dwa metry za linię, tak rozgorączkowany był na Kovacevicia, że ten nie wrócił po kornerze do własnej bramki. Już mówiłem dziś w poranku, że najlepszy scenariusz byłby taki: Papszun protestuje na boisku, że Kovacević nie wrócił do bramki, podczas gdy Kovacević strzela gola. Oczywiście – potwierdzone w Canal+ – sędzia takiej bramki nie mógłby uznać przez obecność na boisku Papszuna. Wyobrażasz sobie, gdyby coś takiego było akcją na wagę mistrzostwa?

JO: Fenomenalni scenarzyści, którzy rozpisali fabułę na obecny sezon tutaj wyraźnie przysnęli. Przecież to byłaby taka akcja, po której kibice Rakowa mogliby zacząć protest okupacyjny pod siedzibą PZPN-u. Natomiast warto tutaj zauważyć w jak głębokiej dziurze znalazł się Raków, że rozprawiamy tutaj o golu Kovacevicia, podczas gdy Marek Papszun biega sobie swobodnie po boisku. Słyszeliśmy i widzieliśmy wielokrotnie to tonowanie nastrojów w Częstochowie, że przecież sędziowie pchają Lecha, że przecież jakie nakłady są w Lechu, jak to Raków jest dopiero na początku swojej drogi, podczas gdy Kolejorz to już w pełni rozpędzony pociąg. Ale możesz sobie w taki sposób czarować w mediach, próbować oszukać piłkarzy, że wcale nie spoczywa na nich presja. Potem jednak rozpoczyna się mecz i w każdym ruchu, każdym zachowaniu widać, jak głęboko te myśli o mistrzostwie się zakorzeniły.

Dla mnie to jest o tyle dziwne, że Raków wydawał się zespołem odpornym na te wszystkie kruczki. Lopez, o którym wielokrotnie mi mówiłeś, że mówi wyłącznie w języku lopezowym, że nie rozumieją go nawet inni Hiszpanie, co nie przeszkadza mu w dyrygowaniu całą szatnią, tutaj pod formą. Tudor. Wdowiak. Piłkarze, których momentami można by było nawet wrzucić do szufladki “zawodnicy wielkich meczów, big game players”. A tutaj bryndza w kluczowym momencie sezonu, gdy naprawdę, nie ma aż tak wielkiej filozofii w ograniu “Pasów” u siebie, zrobiły to w tym sezonie Wisła Kraków, Warta Poznań czy Górnik Zabrze. Może jednak jest jakiś cień prawdy w tym, że Raków jeszcze nie został w pełni sprawdzony w formie meczu pt. Musisz, Ale To Naprawdę Musisz? Nawet te finały Pucharu Polski, nawet te mecze, gdy już Raków dyktował tempo wyścigu – tam nadal była taka delikatna aura, że to rywale bardziej muszą, że to na nich spoczywa obowiązek gonienia, Raków uciekać wcale nie musi, po prostu może, bo go na to stać. A teraz? Teraz Raków musiał, ale to naprawdę musiał wygrać trzy mecze. Wtopił już w pierwszym.

LM: Kuba, z arcyważnych wydarzeń, znowu mówiło się – nie zgadniesz – o sędziach. Z jednej strony, pan Malec w Gdańsku – do spółki z VAR-em – nie zauważył potencjalnego asa kier dla Czorbadzijskiego. Nie zauważył karnego po faulu na Kłosie. W końcu był cyrk w doliczonym czasie gry, gdzie bramkę anulowano, potem jeszcze raz przyznano. Natomiast pan Malec, ostatecznie, wyszedł też rozmawiać. Liga+Extra, pan Malec przy linii tłumaczy drobiazgowo zamieszanie z bramką Zwolińskiego. Niestety, nie możemy pochwalić pana Malca za dyspozycję w tym meczu, ale to, że W KOŃCU sędzia wyszedł i powiedział, co i dlaczego, jest wydarzeniem. Wydarzeniem oczekiwanym, wydarzeniem ważnym. I moim zdaniem zapowiedzią tego, jak to będzie wyglądać w przyszłym sezonie. Moim zdaniem będzie rewolucja i nareszcie doczekamy się transparentności.

JO: Nie powiem, że się nie ucieszyłem. Paweł Malec to człowiek z Łodzi. Człowiek, któremu losy Startu są nieobce. Człowiek, który tu, na tej ziemi, wyrósł i z tej ziemi zaniósł w wielki świat swoją sędziowską mądrość i uczciwość. Natomiast bez żartów, pomijając prywatną sympatię i lokalną lojalność, to jest mocny i fajny sygnał. Stoimy przed kamerami, na spokojnie wyjaśniamy, gdy trzeba przyznać się do błędu czy nawet nieco schylić głowę w pokorze – nie ma z tym żadnego problemu. To też o tyle fajne, że faktycznie duża część tłumaczeń brzmiała zwyczajnie przekonująco, nawet jeśli według niektórych – czytałem w komentarzach! – to jedynie globalny spisek by raz jeszcze udupić Polskę Wschodnią.

Niestety, globalny spisek prawdopodobnie zaspał, udupienie Polski Wschodniej trzeba było organizować jeszcze za kadencji Fabiana Piaseckiego w Mielcu, na przykład wywożąc go z powrotem do Wrocławia. Stal trochę zgodnie z naszymi przewidywaniami – przegrywa prawie wszystko, a jednocześnie z każdą porażką jest o krok bliżej utrzymania, bo przecież swoje wyczynia na dole Wisła Kraków. Dość płynnie i swobodnie przeszliśmy tym samym do unikalnej pary meczów. Wisła Kraków, która gra jak zawsze i remisuje jak zawsze oraz Zagłębie Lubin, które gra jak nigdy i wygrywa jak nigdy, nie przy pewnej pomocy ze strony absolutnie rozbitego Radomiaka. Leszku, co ty o tym wszystkim sądzisz, czy po porażce 1:6 z walczącym o utrzymanie Zagłębiem Lubin docenimy wreszcie mądrość Sławomira Stempniewskiego, który zwolnił człowieka odpowiedzialnego za ułożenie i formę tej kapeli? Kto wie, gdyby nie reakcja o czasie, to być może lubinianie wygraliby 12:1, albo i 24:1. Tymczasem pewne pożary rozniecone przez Banasika udało się troszkę dogasić pracą Mariusza Lewandowskiego i cyk – do kompletnego rozbicia nie doszło, choć przecież dojść mogło, gdyby wciąż pozwolić na dewastację Radomiaka przez byłego trenera.

LM: Dopiero zaczynamy zbierać żniwo porażki, zasiane w Radomiu przez Dariusza Banasika. Nie wiadomo jak wcześnie zaczęła się ta zgnilizna. Nie wiemy jak głęboko w radomską glebę korzenie zapuściło zło. Uważam, że jeśli Radomiak spadnie w przyszłym roku, winny powinien być Banasik. Doceniam, że już teraz zaczyna się ta narracja, słowami Mariusza Lewandowskiego, który po 1:6 z Zagłębiem przyznał, że winne było przygotowanie fizyczne – a więc nie jego działka, jest tam za krótko.

Ale też żeby zlitować się nad panem Mariuszem, w czasach kadry malowniczo nazywanym “Cycusiem”. Posypał głowę popiołem – może nie obficie, ale jednak. Przyznał, że to był mecz niedopuszczalny. Zaznaczył, że w szatni – nawiążę do meteorologicznych porównań z Wrocławia – może się zacząć PRZECIĄG, jeśli piłkarze się nie postarają. Jest to niezręczne z tym przygotowaniem fizycznym, przynajmniej jeśli to zostało rzucone ot tak. Wiadomo jak w polskiej piłce obecnie kojarzy się temat przygotowania fizycznego: nie idzie, no to zespół został źle przygotowany. Najprostsze, obok tego, że nie chciało im się walczyć. Ilu Polaków, tylu ekspertów od markerów zmęczeniowych i motywacji piłkarzy.

Załóżmy jednak, że byłyby twarde dowody na uchybienia w przygotowaniu. Co wtedy? Ciekawi mnie, czy te dane, które mogłyby pomóc Mariuszowi Lewandowskiemu, ale przecież i panu Sławkowi, nie byłyby łatwiejsze, gdyby Radomiak wcześniej zainwestował, na przykład w system Catapult. Ale przecież i bez niego informacje są, nikt tam nie pracuje aż tak na nos. Skoro są, to jeśli powiedziało się A…

O Zagłębiu powiem, że bramki strzelali przepiękne. Zabawa. A cztery punkty, które zdobyło Zagłębie w dwóch ostatnich meczach – to sukces Stokowca, kto wie, czy nie na wagę utrzymania. Tak jak go ochoczo atakowaliśmy z pistoletu na wodę, tak tym razem trzeba docenić. Bo jak powiedziałeś, taka Wisła może pozazdrościć. Wisła grająca według zasady “raz się gra nieźle, ale nie robi trzech punktów, a innym razem się remisuje”. Szacunek natomiast dla stadionu Reymonta, że w obliczu kolejnego niewygranego meczu o trzy punkty, kibice byli z zespołem. Śpiewali, wspierali i tym podobne. Ta liga widziała inne zachowania w obliczu pędzących katastrof.

JO: W ogóle Wisła raczej trzyma ciśnienie. Słyszałeś może, by Jerzy Brzęczek narzekał na przygotowanie fizyczne zawodników? Naturalnie są te dyskusje dotyczące sędziów, ale i tutaj stać wiślaków na przykład na pochwałę arbitrów po derbach Krakowa, co uczynił sam Brzęczek. Na ten moment wydaje mi się, że wbrew pozorom i oczekiwaniom, spadek nie wywołałby w Krakowie lawiny nie do powstrzymania, nie odpaliłby wojny domowej, podczas której Biała Gwiazda utonęłaby we wzajemnych pretensjach i żalach. Może nawet trochę zbyt cukierkowo to wygląda, jak na klub mozolnie wychodzący z gigantycznych długów, który za moment może stracić jedno z głównych źródeł finansowania w polskiej piłce.

Jestem ciekawy, jak to zniosą właściciele Wisły. Bo w Lubinie to wiadomo kto dosypie i piłeczka będzie kręcić się dalej. Zresztą – tu jeszcze może dojść do sytuacji, którą wcześniej wykluczaliśmy. Spada Wisła, spada Zagłębie, a utrzymanie rzutem na taśmę ugrywa Bruk-Bet Termalica Nieciecza KS. Ile spośród osiedli mieszkaniowych które wybudowałeś, postawiłeś dziś na zwycięstwo niecieczan? Bo postawienie domu to jednak mało przy takim ciężarze gatunkowym meczu. Ja przyłapałem się na tym, że zaczynam na poważnie rozpatrywać utrzymanie niecieczan i to jest już tak ogromny sukces całego klubu, że zawodnicy powinni za to dostać premię. W tytule przelewu od państwa Witkowskich: “za sprawienie, że Olkiewicz na poważnie zaczął rozpatrywać utrzymanie”.

LM: Marcin Ryszka, dość zorientowany w temacie Wisły, także jej góry, powiedział w naszym programie, że w przypadku spadku Wisła planowałaby budżet na poziomie tegorocznego Miedzi Legnica. Czyli, dużo mniejszy, niż ma obecnie. Ale wciąż budżet zespołu, który pewnie wygrał ligę.

Kuba, powoli kończąc, chciałem pochwalić Adama Majewskiego. Może nie za wszystko, bo czasem w wypowiedziach mógłby ugryźć się w język. Jak w nazwaniu decyzji sędziowskich Malca żenadą, gdyż, jakkolwiek mecz był posędziowany słabo, tak Malec mylił się także na korzyść Stali, więc to było bardziej skomplikowane. Ale doceniam jak porównał sezon mielczan do… reklamy firmy budowlanej MAJSTER, którą mija codziennie jadąc do klubu. Pod nazwą firmy ma się znajdować “BUDOWA. REMONT. HOBBY”, które zdaniem Majewskiego można też odnieść do faz sezonu Stali Mielec. Ładne.

JO: Budowa. Remont. Hobby. Na tatuaż albo na ścianę w kuchni. Zaklepuję!

Jakub Olkiewicz i Leszek Milewski

Komentarze