Co jest największym problemem Dariusza Mioduskiego?

Dariusz Mioduski
PressFocus Na zdjęciu: Dariusz Mioduski

Michał Probierz zwykł mawiać, że dziennikarze mają najłatwiejszą pracę świata, bo zawsze oceniają efekt po, podczas gdy osoby pracujące w klubie muszą wszystko przewidzieć przed. Jeśli Dariusz Mioduski broniąc swoich wyborów będzie chciał zastosować tę retorykę, od razu ostrzegam – to nie przejdzie. Panie Dariuszu, naprawdę łatwo było przewidzieć, że pewne decyzje skończą się katastrofą. Każdy to czuł. Każdy z wyjątkiem pana.

  • Legia Warszawa kontynuuje swój marsz wyznaczany rytmem porażek
  • Słuchając Dariusza Mioduskiego łatwo dojść do wniosku, że największym winnym tego stanu rzeczy jest Czesław Michniewicz
  • Najgorsze decyzje podejmuje jednak sam prezes i wiele wskazuje na to, że w tej materii niewiele się zmieni

Piłka nie jest skomplikowana

Piłka nożna jest najbardziej losowym zespołowym sportem na świecie. Wynika to z bardzo prostej przyczyny – liczby akcji ofensywnych przeprowadzanych na mecz. Jeśli masz lepszych zawodników od rywala, przeprowadzisz ich więcej, jednak najczęściej zamkniesz się w w piętnastu, może dwudziestu. Szansa, że to wystarczy, by wygrać, jest całkiem spora, jednak z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że byłaby jeszcze większa, gdybyś miał czas przeprowadzić tych akcji czterdzieści. Albo sześćdziesiąt. Jak w koszykówce, siatkówce czy hokeju. Jednak ta losowość piłki kończy się w momencie, gdy mówimy o dłuższej perspektywie. Nie da się wiecznie przegrywać będąc lepszym. Lub ciągle wygrywać będąc słabszym. Legia przegrywa od pół roku, co oznacza, że nie ma pecha, a zbiera owoce tego, co sama zasiała.

Alternatywny świat

Odpowiadając wprost na pytanie zadane w tytule, największy problem Mioduskiego to brak oceny rzeczy takimi, jakie są. Prezes Legii widzi je tak, jak sobie je wyobraża. Zostawiając z boku kwestię tego, że we własnym wyobrażeniu jest najlepszym prezesem, jakiego mogłaby mieć Legia, wystarczy prześledzić właściwie wszystko, co mówi. Żadne media ani eksperci nie doradzali mu zatrudniania Romeo Jozaka czy Deana Klafuricia – jak sam próbuje teraz przekonywać – a to, co się w nich pisało po tych decyzjach można wręcz nazwać festiwalem sceptyczności. W świecie Mioduskiego dobrym pomysłem było podpisanie trzyletniego kontraktu z Ricardo Sa Pinto, czyli z człowiekiem, który w żadnym klubie nie wytrzymał dłużej niż ośmiu miesięcy. Podczas rozmowy z kibicami na Twitterze powiedział, że nie widzi powodów, by z klubu miał odejść Radosław Kucharski, mimo iż te kipią jak mleko wylewające się z garnka. Wyliczać można znacznie dłużej – bo przecież zastąpienie Czesława Michniewicza, nawet jeśli ten dał powody, by go ściąć, trenerem bez żadnego doświadczenia, to coś, co mogła wymyślić jedynie osoba mająca duży kłopot z oceną rzeczywistości.

Teraz Dariusz Mioduski forsuje teorię, że wszystko, co najgorsze, jest winą Czesława Michniewicza (tak przynajmniej wynikało z rozmowy z nim na Twitterze w pokoju #LegiaTalk). Biorąc pod uwagę wynik dotychczasowej rywalizacji faktów ze światem stworzonym w jego głowie i miażdżącą porażkę tego ostatniego, zapala się czerwona lampka sugerująca, że jest dokładnie na odwrót. A skierowanie armat w kierunku złego przygotowania fizycznego ma być wytrychem otwierającym drzwi do krainy, w której prezes jest bez winy.

Oczywiście Michniewicz pomógł zarobić w tym roku klubowi ponad sześć milionów euro, ale jego dymisja się broni. Nie można powiedzieć, że nie dostał czasu na wyjście z kryzysu, bo ten zaczął się jeszcze przed fazą grupową Ligi Europy, a ciągnął się w najlepsze przez następne tygodnie. Ale oskarżanie trenera, który bardzo pewnie wywalczył mistrzostwo Polski, a później wprowadził zespół do Ligi Europy i – póki mógł – punktował średnio 2,0 na mecz jest czymś, co uderza w obwiniającego, nie obwinianego.

O co chodzi z tą zmianą trenera?

Podobnie jak zatrudnienie Marka Gołębiewskiego, który może w przyszłości okaże się nawet najlepszym fachowcem w kraju, ale w chwili podpisania kontraktu był tylko trenerem III-ligowych rezerw. A Mioduski – zwalniając Michniewicza – wysłał sygnał, że potrzebuje kogoś, kto wyciągnie jego zespół z kryzysu na już. Michniewicz kończąc pracę odsunął kilku piłkarzy od zespołu, bo widział w nich kretów działających na niekorzyść grupy (i jego samego), co musiało nie spodobać się pompującego w nich pieniędzy prezesowi, Gołębiewski – co zrozumiałe, bo nie było powodu, by kontynuował nie swoją wojnę – każdemu dał czystą kartę. Efekt po kilku tygodniach jest taki, że Legia z 15. drużyny Ekstraklasy mającej trzy punkty przewagi nad ostatnim miejscem, stała się ekipą numer 16 wyprzedzającą Górnika Łęczna i Wartę Poznań tylko lepszym bilansem bramkowym. Z lidera swojej grupy Ligi Europy stała się jej outsiderem. Z ośmiu meczów, które rozegrała z rywalami grającymi na jej poziomie ligowym lub na kontynencie, przegrała siedem. Zwycięstwa nad II-ligowym Motorem i III-ligowym Świtem Skolwin rodziły się w bólach.

Wina Gołębiewskiego jest dokładnie taka sama, jaką na klatę musiałby wziąć pracownik kredytowego call center mianowany nagle dyrektorem banku, odpowiadając za jego wyniki finansowe. Piłka pisze wiele niesamowitych historii, ale pozytywne przeskoczenie o kilka poziomów wciąż jest skrajnością. Legia była w sytuacji, w której na skrajność nie mogła sobie pozwolić.

Co z tą wiosną?

Teraz Mioduski chce Marka Papszuna i zachowuje się tak, jakby ten Papszun mu się należał. Nie negocjuje z Rakowem, tylko miesza ludziom w głowach publicznymi wypowiedziami. Stosuje chwyty nawet nie będące blisko etyki, jednocześnie oskarżeniami o jej brak ciskając w kierunku innych – zwłaszcza Michniewicza. Zostawiając to, bo to temat na inny tekst, kolejny raz dostrzec można istnienie wewnętrznego świata prezesa Legii. Jest w stanie na trenera Rakowa poczekać choćby i pół roku, nie zwracając uwagi na to, co przez sześć miesięcy będzie się działo z jego klubem. Już teraz okazało się, że marka „Legia” to za mało, by z automatu kwalifikować się do gry w Europie, a coraz więcej wskazuje, że może nie być wystarczająco duża, by zapewnić ligowy byt (choć jestem daleko od uwierzenia, że Legia faktycznie może spaść z ligi). Czekanie w tym momencie jest proszeniem się o wyrok.

Sezon też nie jest do końca stracony – wciąż można go uratować wygraniem Pucharu Polski, ale patrząc na czekanie Mioduskiego na Papszuna i zapowiedź, że może przyjść nawet od lata, brakuje odpowiedzi na pytanie: ale co do lata?

Ale spokojnie. Jeśli Legia odda drugą połowę sezonu, poszuka się winnych w innych.

Komentarze