Nie tylko Messi. Oto wygrani Copa America

Luis Diaz
Luis Diaz PressFocus

Leo Messi był najlepszym graczem Copa America i kropka. Argentyński weteran wreszcie dopiął swego i za dziesiątym podejściem wygrał duży turniej reprezentacyjny. Z tą świadomością pewnie lżej będzie się pracowało jemu i reszcie drużyny w kontekście przygotowań do mundialu w Katarze. Mundialu dla latynoskich kibiców smutnego, bo będącego reprezentacyjną metą dla całego pokolenia wybitnych zawodników z roczników 1987-88. Acz, ten tekst będzie zupełnie nie o tym…

  • Lionel Messi zagrał swój najlepszy turniej, bez dwóch zdań został MVP Copa America, ale podczas imprezy rozbłysło kilka innych gwiazd
  • Emiliano Martinez został bramkarskim odkryciem turnieju
  • Luiz Diaz z FC Porto popisywał się widowiskową grą, za którą trafił do najlepszej jedenastki turnieju

Na peryferiach piłkarskiego świata

Komentuję turnieje o Puchar Ameryki już od jakiegoś czasu. Ligę argentyńską, brazylijską, Copa Libertadores, a nawet mistrzostwa stanowe. W sumie w trzech telewizjach. Przez 14 lat uzbierałoby się tego z 1000 meczów. I za każdym razem jest to samo, kiedy spotkam się z odbiorcami latynoskiej piłki, zwykle mówią: futbol ofensywny, nastawiony na atakowanie, dryblingi, radosna twórczość, spontaniczność… Czyli nie oglądają tamtejszego futbolu.

Z Messim i Neymarem problem ten sam, najpierw pierwsze mecze turnieju, potem finał i wiadomo “kto jest dobry”. Akurat w tym przypadku, wyjątkowo złożyło się, że byli najlepsi, ale wcześniej? W 2019 roku Neymar nie zagrał, bo miał kontuzję, a Brazylia i tak wygrała. W 2016 nie zagrał, bo pojechał na igrzyska olimpijskie, a Brazylia nawet z grupy nie wyszła… Z Messim jest inaczej. W 2007 Argentyńczycy mieli świetną paczkę, gromili rywali aż do finału, kiedy to po nosie dostali od Brazylii. W 2011 odpadli po karnych już w ćwierćfinale turnieju granego u siebie. W czterech meczach zanotowali trzy remisy! W 2015 i 2016 było wicemistrzostwo przegrane po karnych, w 2019 półfinał i wreszcie wygrana w ostatni weekend po 28 latach posuchy.

Lionel Messi wspaniały, Di Maria super-joker, Rodrigo De Paul wojownik jakich mało, Martinez bramkarskim odkryciem, wreszcie Romero, który dopiero od 2021 gra dla Argentyny, wskoczył do jedenastki jakby był “szyty na miarę”. A już rewelacją okazał się 24-letni Gonzalo Montiel, nadal jeszcze grający w Argentynie, w River Plate.

Słowem jest kogo chwalić i jest na kim budować drużynę na mundial w Katarze. Trener Scaloni ma ponad rok czasu, a to zdaje się pracować na jego korzyść. Bo w Argentynie wahadło walnęło solidnie. Entuzjazm leje się po ulicach, kibice, działacze, a przede wszystkim piłkarze uwierzyli, że najgorsze za nimi, a kolejnym celem jest mistrzostwo świata. Naprawdę!

Oczywiście, że dla Otamendiego, Di Marii, Aguero i Messiego będzie to “ostatni taniec”. Ważne, że weterani wreszcie mają wokół siebie dobrych zawodników, nie bojących się kopnąć piłki w towarzystwie Messiego. Wreszcie jest DRUŻYNA! A do tego ta pokonana Brazylia wcale nie była zła. Poza drugą linią wszystko mieli na najwyższy połysk. Gdyby nie kiepski zestaw graczy w drugiej linii, to kto wie czy jednak Kanarki nie obroniłyby tytułu, do walki o który, długo nie mogły się zmobilizować.

Brazylia wróci silniejsza?

Narzekasz kochany na drugą linię, a tu zestaw nieobecnych w składzie następujący: Philippe Coutinho (29) – kryzys formy, Allan (30) – decyzja trenera, Arthur (25) – zniżka formy, Fernandinho (36) – koniec reprezentacyjnej przygody, Gerson (24) – powołanie do olimpijskiej, Otavio (26) – czeka na dostrzeżenie. Słowem wybór jest, niech dwóch z nich będzie za rok w formie, a Brazylia ma realne wzmocnienie!
Kłopot raczej mają na bokach obrony (nieoczekiwanie) bo Danilo znowu nie poszalał na dużym turnieju, Alex Sandro znowu doznał kontuzji, a młodzi zmiennicy rozczarowali (Emerson z Barcelony oraz Renan Lodi z Atletico). Zabrakło im drapieżności i polotu Daniela Alvesa oraz Marcelo. Ten pierwszy, w wieku 38 lat jedzie na igrzyska olimpijskie do Tokio, ten drugi w wieku 33 lat przeżywa powrót do Realu Carlo Ancelottiego, bo może to być dlań pożegnanie z klubem, w którym gra od 13 lat, zatem o przelewkach nie ma mowy. Nie to co z Danilo, Emersonem, Aleksem Sandro i Renanem Lodim.

Brazylii potrzeba odwagi, drapieżności, za to Argentynie równie szerokiej ławki co sąsiadom z północy. Ale najbardziej potrzeba im rywalizacji kontynentalnej. Skończyło się Chile zapoczątkowane przez Marcelo Bielsę, skończyła się pekermanowska Kolumbia, kończy się ewidentnie krótki wzlot Peru… i jest nudno za plecami gigantów. Z całego zaplecza kontynentalnego największe wrażenie robiły pewne i spokojne interwencje 38-letnie bramkarza Bravo z Chile, pewna twarda gra 35-letniego Godina, może Yotun z Peru, może młody, lewy obrońca Ekwadoru Estupinan. Ale bez urywania tego i owego, podczas Euro mieliśmy tej klasy grania bez liku. Jednego jednak nie mieliśmy na pewno – a mianowicie takich rajdów i szarż jakie zafundował 24-latek z FC Porto i reprezentacji Kolumbii, czyli Luis Diaz.
Napiszmy to sobie otwarcie: każdy kto ogląda Porto, wie, że bardzo cenią świetnych skrzydłowych. Na flankach mają techników kapitalnie dryblujących. Luis Diaz na 100% się do nich zalicza. Przyćmił Zapatę i Muriela z Atalanty, przyćmił Juana Cuadrado z Juventusu, zagrał tak dobrze, że w decydujących meczach kibice nie płakali po Jamesie i Falcao. Strzelał decydujące gole, grał widowiskowo, skutecznie, a to wszystko w najważniejszych meczach Kolumbii!

Nie ma się co dziwić, że wybrano go do jedenastki turnieju, do ataku, wespół z Messim i Neymarem. I niech to będzie miarą jego sukcesu.
Luis Diaz bowiem był drugim, po Messim, największym wygranym turnieju, chociaż i tak najbardziej widowiskowo grał Neymar, ale to już historia na zupełnie inny artykuł.

Bartłomiej Rabij

Komentarze