Emmanuel Olisadebe na lotnisku
Emmanuel Olisadebe na lotnisku fot. PressFocus

Ukraińcy uziemili nasz samolot, a piłkarze zaczęli pić “szarlotkę”. Kijów padł

Nie było mgły, ani dramatycznych warunków, zresztą inne samoloty z lotniska w Kijowie po prostu odlatywały. Wszystkie poza jednym – tym z reprezentacją Polski. Kadra Jerzego Engela na Ukrainie miała gładko przegrać, a wygrała zdecydowanie, więc rywale znaleźli sposób na szybki rewanż poza boiskiem. Piłkarze nie mieli zamiaru się nudzić – wyjęli, co mieli w reklamówkach i przy przymkniętym oku sztabu zaczęli pić “szarlotkę”. W takich okolicznościach rodziła się nowa kadra, która po latach posuchy zaczęła dostaraczać nam radość.

Czytaj dalej…

  • W środę reprezentacja Polski zagra w Chorzowie towarzysko z Ukrainą. Z tej okazji serwis Goal.pl przypomina kulisy meczu z tym rywalem w 2000 roku
  • Biało-Czerwoni wygrali wówczas 3:1, co było ogromną sensacją. – Po tym meczu zachowałem się nieracjonalnie, krzyczałem, ściskałem ludzi, Jurkowi Engelowi w drodze do szatni wskoczyłem na plecy – opowiada nam Michał Listkiewicz
  • Spotkanie w Kijowie sprawiło, że świętowanie, które niejako z konieczności odbyło się w samolocie, smakowało wyjątkowo. Choć pewnie nie dla wszystkich, bo mecz z 2000 roku miał jednego przegranego, który – mimo dużego na tamte czasy nazwiska – niedługo później pożegnał się z kadrą

Atmosfera przed wylotem do Kijowa raczej była minorowa. Tak, lecieliśmy na pierwszy mecz eliminacji mistrzostw świata 2002 po wyjazdowym remisie z Rumunią (1:1), w którym debiutanckiego gola zdobyła nowa nadzieja kadry, Emmanuel Olisadebe. Ale jakie to było pocieszenie, gdy już nikt właściwie nie pamiętał, jak smakuje zwycięstwo, a dopiero co reprezentacji skończono liczyć minuty bez strzelonej bramki. O naszej słabości w swojej piosence wspominał nawet Kazik (“Polscy piłkarze nie strzelili od kilkuset minut gola. To stan na kwiecień 2000 i zakończona moja rola”), reszta kraju szydziła. Kto wie, gdyby nie kłopoty w ofensywie, może nawet nie byłoby pośpiesznie przyznanego obywatelstwa dla “Oliego”? – Oczywiście, że się obawiałem tego wyjazdu. W mediach panowała istna psychoza, przez wiele miesięcy liczono nam minuty bez bramki, później mecze bez zwycięstwa. Muszę przyznać, że dziwił mnie wtedy optymizm Jurka Engela, jego słowa “będzie dobrze” traktowałem na zasadzie myślenia życzeniowego. Po tym meczu zachowałem się nieracjonalnie, krzyczałem, ściskałem ludzi, Jurkowi w drodze do szatni wskoczyłem na plecy. Nie oczekiwałem zwycięstwa. Przed meczem spotkałem się z ambasadorem Polski na Ukrainie i zgodziliśmy się w jednym: jak będzie remis, to rewelacja. Trener był jedynym, który wierzył, mówił: remis będzie za mało – wspomina dziś tamten mecz z Ukrainą Michał Listkiewicz, ówczesny prezes PZPN.

Ciorny Poljak! Jop jego mać!

Jerzy Engel nie był naturalnym wyborem na selekcjonera. Janusz Wójcik przegrał eliminacje do Euro 2000, ale ludzie wcale nie domagali się jego odejścia, ba, wśród kibiców panowało raczej ogólne niezadowolenie po zmianie trenera. Przecież na mocnych Bułgarach w tamtej kampanii zdobyliśmy komplet punktów, a porażki ze Szwecją i Anglią? Pierwsza pechowa, druga zresztą też, bo Scholes strzelił nam ręką. “Wójt” nie był żadnym wrogiem publicznym, a po początkowej serii Engela to już na pewno. Obaj różnili się znacznie – Wójcik choleryk ze słynnym przekazem motywacyjnym “kiełbasy w górę i golimy frajerów”, Engel do kanonu zagrań psychologicznych wprowadził na odprawach zupełną nowość. Pokazywał filmy, jak Niemcy łamią polskie szlabany, albo w drugą stronę – jak Polacy wkraczali do Moskwy. Grał na patriotycznej nucie, choć wątpliwe, by Olisadebe wiedział, o co chodzi. U niektórych piłkarzy budziło to lekki uśmiech, ale na niektórych to działało.

Co nie zmienia faktu, że do Kijowa lecieliśmy jak na ścięcie. – Ukraińcy byli faworytem, mieli świetny zespół, być może najlepszy w swojej historii – mówi Listkiewicz wskazując przede wszystkim na atak, w którym biegali król strzelców najmocniejszej wówczas ligi świata (Andrij Szewczenko grający w AC Milan) oraz Siergiej Rebrow, wytransferowany właśnie do Tottenhamu.

Szewczenko faktycznie strzelił wtedy gola, nawet całkiem ładnego. W 12. minucie przejął prostopadłe podanie i z dość ostrego kąta huknął pod poprzeczkę. Ale Ukraina nie prowadziła, była to odpowiedź na wcześniejsze trafienie Olisadebe, który zresztą parę chwil później podwoił swój dorobek. Po zmianie stron Marek Koźmiński popisał się doskonałym zagraniem do Radosława Kałużnego, a ten właściwie zamknął mecz.

– Ten mecz zrodził drużynę – przypomina sobie dziś w rozmowie z nami asystent przy trafieniu na 3:1. – Poprzednie spotkania kadry Jerzego Engela wyglądały nieciekawie, ale trener testował różnych zawodników, nie wszystko mogło działać. Ja sam do tej kadry trafiłem niedługo przed meczem z Ukrainą. Engel postawił na dobrze znających się zawodników. W Kijowie nastąpił jakiś przełom, choć na pewno nie powiedziałbym, że stworzyliśmy tam historię, raczej rozpoczęliśmy pewien cykl. Zdaliśmy sobie sprawę, że możemy coś osiągnąć na koniec kariery reprezentacyjnej, bo większość z nas była koło trzydziestki. Dostaliśmy dzwonek, że po latach bez wyników w kadrze jest szansa, by pojechać na mistrzostwa świata.

Listkiewicz: – Ten mecz sprawił, że wszyscy uwierzyli, że awans na wielki turniej po 16 latach przerwy był możliwy. Pamiętam przerwę. Muzyka z głośników, w naszym obozie atmosfera szampańska. Ale kawałek dalej w loży siedzą prezydent Ukrainy Leonid Kuczma z prezesem Hrihorijem Surkisem. Kuczma wreszcie wstaje i z wściekłością, może niedowierzaniem, rzuca: “Ciorny Poljak! Jop jego mać!”.

Czarnecki z Polonii

Emmanuel Olisadebe był sportowym dzieckiem Jerzego Engela. To właśnie ten trener najpierw sprowadził go do Polonii Warszawa, a po przejęciu kadry od Janusza Wójcika mocno zabiegał, by “Oli” mógł grać z orłem na piersi. Dbał, by integracja “Czarneckiego”, jak nazwali go koledzy, przebiegała bezboleśnie, bo mówimy o introwertyku, który niekoniecznie czuł się dobrze w szerszym gronie. Nie pomagał szum, do którego nie był przyzwyczajony, przecież całkiem niedawno przyjechał do Polski i grał za jedną z najniższych pensji w klubie z Konwiktorskiej – tysiąc dolarów. Po wygranej bitwie o Kijów, koledzy siłą wyciągali go na piwo. Zamiast czytać książkę, którą zabrał ze sobą na Ukrainę, poszedł z drużyną. Pomilczeć. W tamtych czasach Olisadebe odbierał telefon, słuchał, kto mówi, a gdy dowiadywał się, że dziennikarz, połączenie albo się urywało, albo trudno go było namówić na rozmowę. Nie dlatego, że dziennikarzy nie lubi. Raczej przez skromność i to, że ani nie potrafił odnaleźć się w świecie, w którym robiłby za gwiazdora.

Koźmiński: – “Oli” był inny od nas. miał inne podejście do życia, był przyzwyczajony do innej kultury, stał trochę z boku. Po meczu siłą trzeba było go wyciągać na piwo. Ale drużyna go akceptowała, był jednym z nas. I to nie tylko jako piłkarz, a też jako człowieka. Zawsze padało takie hasło: “Dawaj! Wyciągaj Oliego! Musi być z nami!”. Wszyscy chcieli, by się dobrze czuł, a że był introwertykiem? Pewnie nie pomagał mu język, genialnie po polsku nie mówił.

Listkiewicz: – Wobec “Oliego” wcześniej zdarzały się zachowania haniebne, z trybun czasem w jego kierunku leciał banan, a nagle dla kibiców stał się ukochanym Polakiem. Niedługo po meczu w Kijowie brał ślub. Wesele odbyło się w restauracji w Ogrodzie Saskim, a przechodzący obok kibice – również Legii – krzyczeli w jego kierunku: “Oli! Wszystkiego dobrego!” W samej kadrze faktycznie miał przez jakiś czas problem z adaptacją.

Gdy kiedyś spotkaliśmy się z Jerzym Engelem, o Olisadebe w reprezentacji opowiadał tak: – “Oli” był na etapie wznoszącym w karierze, a nasza kadra składała się raczej z doświadczonych zawodników. Większość zbliżała się raczej do końca swojej przygody z piłką. On zderzył się z tym, co zastał i chyba nie do końca się w tym odnalazł. Był w świetnej formie, ale być może ta izolacja nie pozwoliła mu na lepszy występ w mistrzostwach świata.

Coby nie mówić o charakterze Olisadebe, mecz z Ukrainą z 2000 roku zawsze będzie się kojarzyć przede wszystkim z nim. W drugiej kolejności – z ogólną radością, bo przecież nieoczekiwane zwycięstwa cieszą najmocniej. Zwłaszcza, że – jak mówi Listkiewicz – mieliśmy do czynienia z “meczem założycielskim”, patrząc na późniejsze wydarzenia i rosnącą siłę polskiej piłki, może jednym z najważniejszych w ostatnim ćwierćwieczu. Tamta kadra popłynęła na fali, choć już bez jednego piłkarza, który de facto w Kijowie pożegnał się z reprezentacją.

– Ten mecz miał zwycięzców, ale miał też jednego przegranego – Andrzeja Juskowiaka – wspomina Koźmiński. – Dla niego był to właściwie koniec w kadrze Jerzego Engela. Wszystko przez karnego w Kijowie, którego Andrzej miał nie strzelać, bo wyznaczony był Michał Żewłakow. Starszyzna drużyny jednak zmieniła zdanie trenera, powiedzieli: “Jusko, bierz piłkę i ty strzelaj”. Spudłował i za to zapłacił, choć absolutnie nie był winny. Coś się wtedy urodziło, ale coś musiało umrzeć. Była euforia, ale nie dla wszystkich. Bardzo dobry piłkarz znalazł się na wylocie z kadry, w eliminacjach graliśmy innym zestawem napastników.

Po spotkaniu z Ukrainą, Andrzej Juskowiak już nigdy nie zagrał w reprezentacji przez pełne 90 minut. Jerzy Engel dał mu jeszcze szansę w czterech meczach, w dwóch nawet biegał z opaską kapitana, ale jego rola faktycznie nie była już znacząca. Ostatni raz w biało-czerwonej koszulce wystąpił na rok przed mundialem w Korei i Japonii.

Uziemiony samolot

Świętowanie zwycięstwa nad Ukrainą miało dwa etapy. Ten pierwszy bezpośrednio po meczu. – W ramach sportowego rozsądku drużyna wiedziała, co może. A po meczu troszkę można. Na pewno nie było scenariusza, gdzie ktokolwiek wylądował na podłodze nieprzytomny. Niekórzy wypili jakieś piwa, inni drinka, dorabianie do tego jakiejś historii byłoby bajką – mówi Marek Koźmiński.

Ten drugi w samolocie. Ukraińcy w ramach rewanżu za porażkę zdecydowali się go uziemić. Nie pomagało proszenie, ani grożenie. “Nie lecicie i koniec”.

– Trzymali nas tak przez dwie godziny od pretekstem, że nie ma zgody na odlot – opowiada Michał Listkiewicz. – Oczywiście nie było to prawdą, inne samoloty normalnie startowały, a nasz czarter nie mógł. Na pokładzie mieliśmy ówczesnego prezesa LOT-u Jana Litwińskiego i nawet on nie był w stanie nic załatwić. Atmosfera na pokładzie stawała się napięta, w powietrzu wisiała awantura, więc dla rozładowania chłopaki zaczęli wyciągać z reklamówek szkło. Powiedziałem Tomkowi Koterowi, kierownikowi drużyny, by udawał, że nie widzi, że zawodnicy piją tzw. szarlotkę – wódkę wymieszaną z sokiem jabłkowym w stosunku 1:1. Jurek nie miał nic przeciwko.

Engel wiedział, że wtedy w Kijowie rodziło się coś nowego i nie chciał tego psuć. – Myśmy byli reprezentacją, która zrobiła dla polskiej piłki coś niesamowitego. To my przełamaliśmy niemoc, jaka przez 16 lat ciążyła nad naszym futbolem. Z wielkim sentymentem wspominam tamte czasy. Udało nam się stworzyć ekipę, która awansowała na mistrzostwa świata we wspaniałym stylu. Od tamtego czasu w miarę regularnie występujemy na wielkich imprezach – mówił nam po latach Engel.

I skończył: – Reprezentację, która wykluła się w tamtym meczu z Ukrainą trzeba uznać za fundament tego, co było później.

Komentarze