Ciekawie jest gdzie indziej

Robert Lewandowski
PressFocus Na zdjęciu: Robert Lewandowski

Kariera Roberta Lewandowskiego stanowi dobro narodowe. Jak Wawel i Wisła. Adam Małysz i złamany szyfr Enigmy. Robert Lewandowski, jako postać, osiągnął taką masę krytyczną, że na zawsze będzie elementem polskiej popkultury. Zawsze będzie na polskim horyzoncie wszystkiego. Wiąże się to też ze swoistym zawłaszczeniem. Każdy ruch Roberta traktujemy… może nie jak własny. Ale jak kogoś bliskiego. Bo i na swój sposób jest on bliski – przecież dzięki Robertowi trochę dobrych emocji przeżyliśmy. Może nawet więcej niż trochę. A co lepiej wiąże, niż dobre emocje?

  • Przenosiny do Barcelony – dlaczego to ciekawy moment
  • Zostanie w Bayernie – co do zyskania
  • Marzenie o Premier League

Gdy pojawił się temat transferu Lewego do Barcelony, jest to jednocześnie sprawa ogólnopolska, jak i osobista. Osobista dla każdego. Jakby to – pozwólcie na moment patosu – mała cząstka każdego z nas też miała iść na Camp Nou. Bo Robert Lewandowski może grać właśnie o nieporównywalnie większe stawki, w których perspektywa polska ma trzeciorzędne znaczenie. To choćby wzmocnienie swojej globalnej marki. Gdzie, przechodząc do Barcelony, Lewy zwiększyłby rozpoznawalność na wielu nowych rynkach kibicowskich, na których Bayern jest nazwą letnią. To też grube miliony, a jak to bywa z nawet najgrubszymi milionami – gdzieś są jednak one grubsze, gdzieś chudsze.

Ale w Polsce od wczoraj uprawnione jest pytanie:

Gdyby Lewy poszedł do Barcelony, co by to znaczyło dla niego, a w konsekwencji dla mnie?

Ponieważ przeżywanie ostatnich lat kariery piłkarza tak dobrego, że drugiego Lewego osobiście nie spodziewam się już dożyć, nie jest sprawą bagatelną.

Ja nie powiem wam, czy ten transfer jest realny na 73.28%, czy jednak na 34.21%. Nie powiem wam, czy Robert rozmawiał z Oliverem Kahnem o nowym kontrakcie, a podczas rozmowy czy Kahn pił herbatę czarną, czy jaśminową. Nie powiem wam, że stanowiłem jedno ze źródeł informacyjnych Fabrizio Romano, ponieważ nie stanowiłem. Nie powiem wam, jak bardzo wychylił się Hasan Salihamidzić, mówiąc ostatnio w wywiadzie, że po pandemii Bayern boryka się – jak na siebie – z problemami finansowymi. Nie powiem wam, czy szczwany lis Pini Zahavi prowadzi właśnie kolejny raz przemyślaną politykę informacyjno-dezinformacyjną, mając na celu wywarcie presji na Bawarczyków.

Powiem wam to, co mogę wam powiedzieć: jak sobie odpowiadam na pytanie, co by znaczył transfer Lewego dla mnie.

Uważam, że wejście do Barcelony w tym momencie byłoby paradoksalnie znacznie ciekawsze niż kilka lat temu. Oczywiście, jest o wiele ryzykowniejsze w kontekście zdobywania trofeów niż transfer w czasach, w których Barcelona nie toczyła zażartych bojów z Eintrachtem Frankfurt w ćwierćfinale Ligi Europy. Ale ile, z perspektywy postrzegania Lewego, to trofeum ważyłoby kilka lat temu, a ile, gdyby zdobył je teraz? Kilka lat temu, gdyby wzmacniał znakomicie funkcjonującą maszynę, mówiono by, że OK, pomógł, pewnie. A tytułu – jednego czy drugiego – nikt mu nie zabierze. Ale na pewno pojawiliby się też ci, którzy mówiliby, że Barca jest tak mocna, że i bez Lewego by to zrobili, względnie zastępując Lewego kimś nieporównywalnie tańszym. Na przykład – strzelam – ustawioną w polu karnym lodówką.

Teraz?

Teraz Lewy wszedłby do Barcy w momencie jej odbudowy. W pierwszym pełnym sezonie Xaviego. To nie musi być ścieżka trofeów. Ale to interesująca ścieżka. A jeśli okazałaby się ścieżką trofeów, to może zapewnić… no, nieśmiertelność to za duże słowo. Barca ma wiele legend, za wiele, by ścieżka do panteonu była łatwa. Ale przywrócenie blasku w takim momencie miałoby wyjątkowy smak. I zasług Roberta, jeśli grałby tak, jak gra, nikt by na Camp Nou nie zapomniał. Nigdy. Zapewniłby sobie swoje miejsce w historii. Może nie najznaczniejsze, bo to historia rozpisana na setki ważnych głosów. Ale też nie epizodyczne. Kibice zasadniczo zawsze darzą szczególnym szacunkiem zwycięzców, ale też tych, którzy pomogli w trudnym momencie. Robert mógłby wpisać się w obie te kategorie.

A co jeśli to tylko gra presji, gra by oszczędni Bawarczycy dali nowy kontrakt?

Nie powiem, Polak jako najlepszy strzelec w historii Bundesligi, bijący rekord-nie-do-pobicia – to coś wielkiego. Myślę, że część osób miałaby poczucie niedosytu, gdyby Lewy, mając już rekord-nie-do-pobicia w zasięgu pobicia, jednak go nie pobił.

Ale jakkolwiek moment, w którym przekroczyłby tę barierę – a jestem pewien, że jeśli zostanie w Niemczech, to ją przekroczy – byłby czymś wyjątkowym, tak jednak wiem, że byłoby to bicie, by tak rzec, żmudne. Ta wyjątkowa chwila składałaby się z wielu spotkań o – dla mnie – letniej temperaturze. I, jakkolwiek ta stawka też jest ciekawa – choć na poziomie, na którym gra Lewy, nie ma nieciekawych stawek – tak wydaje mi się, że ciekawiej jest gdzie indziej. Że jeśli ten rekord ma być najciekawszym pościgiem w następnych latach, to może jednak to nie jest tak atrakcyjny. Jest to niezaprzeczalnie wielkie. Ale wielkie było też pięć goli w dziewięć minut i bimbalion innych rekordów, które Robert w Niemczech pobił.

Transfer do Barcelony, której nie kibicuję, woląc Real Madryt, z perspektywy polskiej, z perspektywy osobistej, uważam jako krok dający następnym latom Roberta trochę więcej smaku. Fakt, że w tym duopolu wolę Królewskich, przeszkadzał nie będzie, bo nie jestem ultrasem, tylko – jak to się ładnie mówi – sympatykiem. Zresztą, jak ma przeszkadzać, skoro, według pogłosek – pozdrowienia dla Samuela Szczygielskiego – sam Robert sympatyzuje z Realem. A ta rywalizacja z Benzemą, oparta na wielkim szacunku i wielkich ambicjach: czy to nie było kapitalne?

Jeśli mielibyśmy mówić o scenariuszach marzeń, to chciałbym Roberta w Premier League. Uważam ją – cóż za kontrowersja – za najlepszą w tym momencie ligę świata. Najbardziej wymagającą. Najbardziej wyrównaną. No i najbardziej medialną. Nie powiem, że specjalnie irytują mnie płynące z Anglii pohukiwania w stronę Roberta, że nie jest najlepszym napastnikiem, bo gra w “Micky Mouse league”, a nie w Premier League jak poważni piłkarze. To zwykłe bicie piany. Ale chciałbym. Chciałbym zobaczyć Lewego jako aktora w tym spektaklu. Chciałbym zobaczyć Polaka z pola w pierwszoplanowej, gwiazdorskiej roli w tych piłkarskim “greatest show on earth”. Doświadczanie tych rozgrywek przez pryzmat Roberta… myślę, że jeszcze otworzyłoby tę ligę dla szerszego polskiego grona – wliczając w to mnie – z korzyścią dla tego szerszego grona.

Jest taka książka Tomasza Nalewajka, której tytuł czasem do mnie wraca: “Chciałbym, żeby dzisiaj coś się wydarzyło”. Z tym wydarzaniem się, w dzisiejszych czasach, to trzeba ostrożnie. Bo historycznych zdarzeń, o których nasze wnuki będą uczyć się w książkach, ostatnio za dużo.

Ale zachowując rozwagę, ograniczając się do sportu, do przeżywania kariery Lewego, w myśl tego, że co wydarza się jemu, wydarza się trochę każdemu z nas?

Niech coś się wydarzy.

Leszek Milewski

Komentarze