Nicolas Pepe
Nicolas Pepe fot. PressFocus

Nad przepaścią z plecakiem wartym 80 milionów

W Premier League nie możesz liczyć na regularną grę. Ostatni raz w wyjściowej jedenastce pojawiłeś się ponad miesiąc temu. Owszem, niemal w każdym meczu podnosisz się z ławki, ale zwykle dostajesz tylko kilkanaście minut.

Czytaj dalej…

W końcu trener wystawia cię w podstawowym składzie. Wymagający przeciwnik, mecz na trudnym terenie, a twoja drużyna nie prezentuje najwyższej formy. Warunki nie są idealne, jednak chcesz udowodnić swoją wartość, więc nic nie masz prawa narzekać. Pierwsza połowa nie przebiegła tak, jak sobie zaplanowałeś, jednak przed tobą druga odsłona spotkania. W 51. minucie uderzasz przeciwnika i oglądasz czerwoną kartkę. Budzisz się, lecz to nie był sen. Nazywasz się Nicolas Pepe i właśnie zmarnowałeś kolejną szansę.

Iworyjczyk trafił na The Emirates w sierpniu 2019 roku. Kanonierzy zapłacili za jego kartę aż 80 milionów euro, tym samym znacznie przebijając klubowy rekord. Pozyskanie skrzydłowego Lille było odpowiedzią na transfery ligowych rywali, a także miało na celu zaspokojenie żądań fanów, którzy domagali się odpowiednich wzmocnień. Mimo znakomitych liczb, jakie reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej zanotował w sezonie 18/19 (22 gole i 11 asyst w Ligue 1), ten ruch wydawał się nieco wymuszony. Włodarze Arsenalu zdawali się mówić: domagacie się naszych działań, więc sprowadziliśmy wam Pepe. Popatrzcie tylko na jego statystyki i przestańcie narzekać. Zachwycony był sam Unai Emery, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

Nicolas to skrzydłowy z najwyższej półki. Wiele najlepszych klubów Europy było zainteresowanych jego usługami. Pozyskanie zawodnika o tym profilu zawierało się w naszych planach na ten sezon, więc jestem niesamowicie zadowolony. Jego przyjście da nam zdecydowanie więcej opcji w ataku, a sam piłkarz gwarantuje szybkość, siłę i kreatywność.

Bohater, którego potrzebujemy, ale na którego nas nie stać

Chociaż trener londyńczyków przekonywał, że do stolicy właśnie zawitał gracz, który w niczym nie ustępuje absolutnej gwieździe Ligue 1, czyli Kylianowi Mbappe, kibice nie chcieli tańszego zamiennika fenomenalnego Francuza. Na The Emirates miał się pojawić wychowanek Monaco, we własnej osobie. Nie Michelangelo, Leonardo czy Rahpael – w szeregi Kanonierów należało wcielić samego Donatello! Nikogo nie dziwił fakt, iż Arsenal po prostu nie może sobie pozwolić na tak ogromny wydatek. Za kartę paryżanina należało zapłacić zdecydowanie więcej niż wspomniane 80 milionów, które Anglicy poświęcili na drugą najskuteczniejszą postać francuskiej ekstraklasy. Kogo stać na transfer zawodnika PSG? Być może Real, Manchester United, ewentualnie City czy Bayern Monachium. Na pewno nie Arsenal. Ani nie Barcelonę. Barcelony aktualnie nie stać na nic.

Unai Emery dostał to, czego (podobno) chciał, a sympatycy The Gunners musieli zadowolić się radością trenera, a także kontuzjowanym Tierneyem, Davidem Luizem, Cedricem Soaresem, wypożyczonym na rok Ceballosem i 18-letnim Martinellim.

Kanonier bez amunicji

Nicolas Pepe zadebiutował w pierwszej kolejce – na St. James’ Park dostał 20 minut na przedstawienie się Premier League. W spotkaniu z Burnley biegał po murawie całą drugą połowę, a w trzeciej serii gier wyszedł z pierwszym składzie. Dopiero w czwartym meczu zapisał się w statystykach ofensywnych, asystując przy trafieniu Lacazette’a. Premierową bramkę zdobył w szóstej kolejce, wykorzystując rzut karny w starciu z Aston Villą. W potyczce z Bournemouth celnie dośrodkował na głowę Davida Luiza i tym samym opróżnił magazynek przewidziany na sierpień, wrzesień i październik.

Amunicję uzupełnił dopiero w drugim tygodniu grudnia, jednak jak się później okazało, w kolejnych 18 spotkaniach z jego karabinu wystrzelono tylko 8 naboi. W ligowych rozgrywkach etatowy reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej 31 razy pojawiał się na boisku. Pięć bramek i sześć ostatnich podań. Arsenal marzył o powrocie do topowej czwórki, a obecność Pepe nic w tej kwestii nie zmieniła.

Do pucharowej elity można było dostać się także inną, teoretycznie łatwiejszą drogą. Arsenal awansował do fazy zasadniczej Ligi Europy, jednak nie zdołał sforsować nawet pierwszej przeszkody. Jeżeli weźmiemy pod uwagę również występy na klubowej arenie międzynarodowej, statystyki Iworyjczyka nieznacznie się poprawią – w starciu z Eintrachtem po jego zagraniu do bramki trafił Saka, a w pojedynkach z Vitorią Guimares wychowanek Stade Poitevin dwukrotnie pokonał golkipera i zaliczył asystę. Pełny obraz występów skrzydłowego da nam FA Cup. Kanonierzy w finale pokonali Chelsea, a były piłkarz Angers do swojego dorobku mógł dopisać gola i dwa ostatnie podania, w tym jedno niezwykle wartościowe – to po jego dograniu Aubameyang zapewnił The Gunners końcowy sukces.

Ile warty jest jeden gol?

Zawodnik urodzony we Francji podpisał z Kanonierami pięcioletni kontrakt, na mocy którego miał zarabiać około 120 tysięcy euro tygodniowo. Szybka matematyka – rocznie na jego konto spływało 6,240,000 €, a skoro przez cały pierwszy sezon pobytu na The Emirates zdobył 18 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej, za 1 gola lub asystę londyńczycy musieli zapłacić około 350 tysięcy. Za dużo.

Sezon 19/20 Arsenal zakończył na 8. miejscu w Premier League. Zwycięstwo w Pucharze Anglii niewiele zmieniło – rok należało spisać na straty. Nieobecność w Lidze Mistrzów oznaczała stratę wizerunkową i finansową. W jaki sposób zachęcić najlepszych, skoro gra na The Emirates nie gwarantowała występów w elicie?

Trzeba było zadowolić się tym, co zesłał los. Sprowadzono Pablo Mariego i Gabriela, z wypożyczenia wrócili William Saliba i Mohamed Elneny, udało się przekonać Thomasa Parteya – defensywna strona The Gunners prezentowała się co najmniej przyzwoicie. Natomiast pierwsza linia ciągle nie wyglądała najlepiej. Owszem, na Hornsey Road trafił Willian, jednak ten ruch wielu kibiców traktowało jako nieśmieszny żart. W tej sytuacji największe nadzieje pokładano w Pepe, który miał już zakończyć aklimatyzację w Anglii i na dobre rozwinąć skrzydła.

Rozwinął je tak, że w pierwszej kolejce w wyjściowym składzie zastąpił go niepotrzebny na Stamford Bridge 32-letni Brazylijczyk, który notabene zanotował dwie asysty, a później na dobre zniknął. W ośmiu ligowych meczach Iworyjczyk tylko raz pojawił się w podstawie, a w potyczce z Manchesterem United nawet nie podniósł się z ławki. Nieco lepiej prezentował się w LE, ale dwa gole i dwa ostatnie podania w starciach z Rapidem Wiedeń, Dundalk i Molde robią mniej więcej takie samo wrażenie jak bramka polskiej kadry w rywalizacji z San Marino.

Bez liczb, bez emocji, bez nadziei

W końcu nadeszło spotkanie z Leeds. Po katastrofalnej porażce z Aston Villą Mikel Arteta doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że musi coś zmienić. Posłał w bój Nicolasa Pepe, który miał ożywić poczynania ofensywy i dać to, o czym wspominał jeszcze Emery: zdecydowanie więcej opcji w ataku, szybkość, siłę i kreatywność.

Na Elland Road już w 51.minucie zobaczyliśmy szybki, kreatywny atak z użyciem siły. Szkoda, że ofiarą nie była piłka, tudzież bramka, a Egzjan Alioski. Skrzydłowy rozgrzał do czerwoności fanów Arsenalu i przyprawił trenera o potężny ból głowy. Przeprosił. Życie toczy się dalej, ale tylko teoretycznie. Być może zobaczymy go w pierwszym składzie w potyczce z Molde. Jednak czy dobry występ w Norwegii cokolwiek zmieni? Pepe opuści trzy starcia w Premier League, więc jedyną szansą na grę będzie właśnie Liga Europy. Rozgrywki, których poziom, przynajmniej w fazie grupowej, często odbiega od tego, który oglądamy w ramach zmagań angielskiej ekstraklasy. Nikt nie sprowadził go na The Emirates po to, by ładnie prezentował się na boiskach w Austrii czy Irlandii. Iworyjczyk miał błyszczeć na Old Trafford, Etihad czy Anfield Road, a także na Allianz Arenie czy Santiago Bernabeu.

Czy w sierpniu 2019 roku, gdy zawodnika Lille odbierano z lotniska, ktoś w ogóle sprawdził, czy to na pewno on? Nie możemy wykluczyć, że 25-latek ma mniej utalentowanego brata bliźniaka, który od kilkunastu miesięcy niszczy jego reputację. W wywiadzie dla talkSPORT Troy Deeney stwierdził, że Pepe wygląda na kogoś, komu nie zależy na niczym. Po czerwonej kartce zawodnik Arsenalu po prostu zszedł z boiska, a na jego twarzy nie sposób było zauważyć jakichkolwiek emocji. Według napastnika Watfordu Iworyjczyk krok po kroku zbliża się do przepaści i nawet nie próbuje bronić się przed upadkiem. Stojąc na krawędzi niezwykle łatwo o potknięcie. Zwłaszcza, gdy na plecach ma się plecak wypełniony banknotami o wartości 80 milionów euro.

Komentarze