Wolałbym, gdyby decyzje Michniewicza były bez sensu

Robert Lewandowski
PressFocus Na zdjęciu: Robert Lewandowski

Reprezentacja Polski wypełniła w meczu z Holandią założenia Czesława Michniewicza pod warunkiem, że ten kazał rozegrać identyczny mecz jak w czerwcu z Belgią na Narodowym.

  • Polska przegrała z Holandią 0:2 w meczu Ligi Narodów
  • Znacznie gorsza od wyniku była gra, która nie niesie zbyt wiele nadziei przed Katarem
  • Zaledwie trzy miesiące temu Polska zagrała na Narodowym identyczny mecz z Belgią. Czy to znaczy, że ta drużyna się nie rozwija?

Mecz pod osiem sekund milczenia

Pierwsza połowa wyglądała tak, że Robert Lewandowski spytany po meczu o taktykę mógłby milczeć przez osiem sekund. Patrząc na jego reakcje, nie wyglądało to tak, jakby wszyscy byli na odprawie. Podanie do Jakuba Kiwiora stało się zagraniem za plecy do Nicoli Zalewskiego, bo obrońca Spezii nie podłączył się do akcji mimo zachęt kapitana. Tuż przed przerwą Lewandowski tak długo nie mógł znaleźć partnera do gry, że niemal ze wściekłością wykopał piłkę na prawe skrzydło. Zmuszając Przemysława Frankowskiego do 20-metrowego sprintu, mimo że – gdyby był odpowiednio ustawiony – skróciłby ten dystans do pięciu. Szczytem była jednak sytuacja z drugiej części gry, kiedy wprawdzie złapaliśmy jednego z Holendrów na spalonym, ale jak to miało usprawiedliwiać takie ustawienie i nowatorską taktykę bez udziału pomocników w grze obronnej?

Możemy żałować, że na początku drugiej Arkadiusz Milik nie wykorzystał doskonałej sytuacji, ale jeśli piłka wpadłaby do siatki, a Polacy dzięki temu by zremisowali, tylko zaciemniłoby to prawdziwy obraz tego spotkania. Co martwi, bo otrzymaliśmy podobny sygnał, jaki drużyna Jerzego Brzęczka wysyłała co zgrupowanie – zespół się nie rozwija.

Czesław Michniewicz wielokrotnie powtarza o chęci gry na własnych warunkach, nie zaś pozwoleniu na nią przeciwnikowi, ale trzy miesiące po spotkaniu, w którym Belgia przyjechała na Narodowy, by dać pokaz kontrolowania meczu, nie zmieniło się nic. Co martwi, bo przecież to już nie była faza testów, a niemal końcowy etap zgrywania tego zespołu.

Dlaczego dziwne decyzje kadrowe byłyby lepsze

Czułbym chyba więcej nadziei, gdyby kadrowe decyzje Michniewicza były bez sensu. To dawałoby całkiem spory margines, by trener przejrzał na oczy i swoje błędy naprawiał. Ale w podstawowej jedenastce, jaka wybiegła na Holendrów nie znalazł się ani jeden zawodnik, którego obecność można było tam kwestionować. To nie jest sytuacja jak przed mundialem w Rosji, gdy Adam Nawałka niemal wrzucił granat we własną drużynę i uparł się nagle, że od teraz gramy trójką obrońców, co było operacją tyle zepsutą, co niepotrzebną. A pacjent zmarł. Teraz widzimy reprezentację, która w teorii mogłaby tak samo wyglądać na mistrzostwach, a którą przeciwnik z wysokiej półki obnaża bezgranicznie. Do tego stopnia, że stosowany przez Holendrów w pierwszej połowie – nazwijmy to tak umownie – półpressing (bo do całego pressingu sporo brakowało) był wystarczająco silną bronią, byśmy opuszczali własną połowę.

Zbyt wiele nie działało

To oczywiste, że przy środku pola tak osłabionym i personalnie połatanym Grzegorzem Krychowiakiem i Karolem Linettym, nie mogliśmy wygrać rywalizacji w tej strefie boiska. Ale czy był to klucz do tak fatalnej gry? Trudno w to uwierzyć. Problemów było znacznie więcej. Kamil Glik – tak mocno zamieszany w utratę obu goli – pokazał, dlaczego na tym etapie kariery gra w Serie B. Przemysław Frankowski nie nadążając do obrony udowodnił, że grając z trójką z tyłu i wahadłowymi sadzamy się na minie. Jakub Kiwior – zagubiony przy bramce na 0:1. A z drugiej strony boiska będący w doskonałej formie Sebastian Szymański jakby stracił wszystkie atuty wrzucony do taktyki na Holendrów.

Dlatego znów oglądaliśmy Roberta Lewandowskiego wracającego się na środek boiska. Co nie pozwala jednoznacznie ocenić jego występu. Jedynymi jasnymi punktami okazali się Nicola Zalewski znacznie częściej podłączający się pod akcje od swojego vis-a-vis oraz Piotr Zieliński kreujący dwie najgroźniejsze okazje Polaków.

Dziennikarze otrzymali przed meczem z Holandią akredytacje z napisem “Kierunek Katar”. Mam nadzieję, że to, co zobaczyliśmy, to nie jest droga jednokierunkowa bez zjazdu.

Choć nie wiem, czy mam.

Komentarze