Medialne show, żenujące zachowanie kibiców. Jak w polskiej kadrze odbierani byli “nowi Polacy”?

Michał Żewłakow
PressFocus Na zdjęciu: Michał Żewłakow

– U mnie to się nigdy nie zmieni: nie ma znaczenia, w jakim ktoś jest wieku, gdzie gra, jak się nazywa oraz gdzie się urodził, a to, czy broni się na boisku – mówi w wywiadzie dla Goal.pl Michał Żewłakow. Ze 102-krotnym reprezentantem Polski porozmawialiśmy o tym, jak w szatni odbierani są naturalizowani piłkarze, którzy chwilę po odebraniu paszportu otrzymują powołanie.

  • Michał Żewłakow łączy aż trzy reprezentacje Polski, w których grali “nowi Polacy”. Występował z Emmanuelem Olisadebe, później był Roger Guerreiro, a karierę kończył grając z Sebastianem Boenischem i Ludovikiem Obraniakiem
  • Jego zdaniem naturalizowani piłkarze nigdy nie mieli problemu w szatni, aczkolwiek były osoby, które były nieco chłodniejsze w odbiorze “nowych”
  • O Mattym Cashu mówi z kolei jasno: – Przychodzi z ligi angielskiej, więc pod kątem umiejętności ma na starcie czystą kartę, trudno coś mu zarzucić. Natomiast jeśli zagra dwa-trzy słabsze mecze, coś mu nie wyjdzie, to ci, którzy mają dziś bardziej negatywny stosunek, zaczną głośno mówić swoje zdanie

Emmanuel Olisadebe był pierwszy. Jak wspominasz jego wejście do szatni i w ogóle atmosferę przed jego przyjściem, gdy było jasne, że jest to kwestia czasu?

Z jego przyjęciem nie było problemu. Oczywiście była to taka pierwsza sytuacja, pamiętam, że sam byłem ciekawy, jak do tego podejdą starsi zawodnicy, bo przecież ja sam wtedy byłem jeszcze żółtodziobem, który o swoje miejsce w szatni musiał zawalczyć. Ale jeśli chodzi o piłkarzy, pomogło mu to, że szybko na boisku pokazał swoją wartość. To znacznie przyspieszyło proces akceptacji.

A jeśli chodzi nie o piłkarzy?

Mam na myśli kibiców. Pojawiło się mnóstwo komentarzy, które niekoniecznie były przyjemne. Były też gorsze przejścia, jak rzucanie w niego bananami z trybun. Bolało go to. Myślę, że podziałałoby to destrukcyjnie nawet na największego twardziela. Natomiast jeśli chodzi o sztab i zawodników, raczej problemów żadnych nie było. W tych gorszych chwilach dostał wsparcie. Siłę, by to przetrwać, czerpał od trenerów i piłkarzy. A im dłużej grał w reprezentacji i im więcej strzelał dla niej goli, tym bardziej stawał się “nasz” także dla kibiców.

Jakiś czas temu Olisadebe udzielił wywiadu “Przeglądowi Sportowemu”, w którym mówił, że nie najlepiej się zintegrował z drużyną, choć m.in. ty i Piotrek Świerczewski robiliście wszystko, by czuł sie dobrze. Ale tak szczerze – były osoby, którym z Olim było w kadrze nie po drodze?

Na pewno nie mogę powiedzieć, że ktokolwiek w szatni był na takiej typowej kontrze do niego. Co najwyżej przypominam sobie osoby, które traktowały go chłodniej i czekały, że coś tej reprezentacji da. Mam na myśli dwójkę zawodników z tamtej kadry Jerzego Engela, natomiast nie chciałbym publicznie mówić o nazwiskach. Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli – Oli nie miał żadnych ciężkich przejść w kadrze, chodziło tylko o sportowe wymagania ze strony tej dwójki. Ja go znałem z Polonii, gdzie mu pomagałem, więc później czułem się zobowiązany do pomagania mu w reprezentacji. Było więcej otwartych ludzi do niego, próbującego jak najlepiej go zbratać z drużyną. Sam byłem wtedy młody, walczyłem o akceptację starszyzny, ale oprócz Piotrka Świerczewskiego, jeszcze Tomek Iwan, Tomek Wałdoch, czy Jacek Zieliński robili co mogli, by czuł się dobrze.

A jak wyglądało wejście w drużynę Rogera Guerreiro, jego pierwszy moment w szatni?

Było spore medialne show. Pierwsza reakcja nie należała do nas, a do ludzi, którzy komentowali to w telewizji. Tam pojawiały się różne opinie, natomiast piłkarze byli dość otwarci. Nie było rozmów typu “dostaje miejsce za darmo”, tym bardziej, że Roger pokazał w lidze, że umiejętności ma nieprzeciętne. Natomiast temat, jaki się pojawiał to “czy warto robić takie rzeczy”. Tak ogólnie. Dla mnie nie miało znaczenia, czy to obcokrajowiec, czy nie, bo przede wszystkim interesowało mnie, jak może nam pomóc na boisku. Nie chciałbym mówić, że takie zjawisko jest bardzo normalne, ale na pewno nie jest nienormalne. A kwestionowanie powołań? Ono dotyczy też Polaków od urodzenia.

Nie mieliście problemu z tym, że na Euro, które było celem każdego polskiego piłkarza, jedzie ktoś z zewnątrz, który – w przeciwieństwie do Olisadebe – nawet nie wywalczył z wami awansu?

Ja mogę być tu nieobiektywny, bo ja Rogera lubiłem. To nie tylko był dobry piłkarz, ale facet, który w grupie zachowywał się całkowicie naturalnie.

Szatnia mówiła jednym głosem w tej kwestii?

Powiem tak: byli tacy, którzy mieli do tego stosunek trochę mniej pozytywny niż na przykład ja. Ale podejrzewam, że ze mną było podobnie, gdy wchodziłem do reprezentacji. Mimo że nie byłem przecież naturalizowany. Czułem presję, wzrok niektórych zawodników odbierałem na zasadzie: kto to w ogóle jest? Pewnie trener Engel robi sobie tutaj jakąś prywatę. Każdy piłkarz musi coś udowodnić, Roger też musiał.

Później grałeś jeszcze przez moment z Boenischem i Obraniakiem. Widzisz z perspektywy czasu jakieś różnice w reakcji szatni, czy w jej oczekiwaniach, w porównaniu z tymi wcześniejszymi powołaniami dla obcokrajowców?

Świadomość z czasem się zmieniała. Spójrz, że niektórych zawodników z kadry Engela i tych z kadry Smudy dzieliła epoka. Przecież starszyzna z tej pierwszej drużyny – choćby Tomek Hajto, Tomek Wałdoch, Jacek Zieliński – grali w Ekstraklasie w czasach, gdy w klubach właściwie nie było obcokrajowców. Wtedy transfer zawodnika zagranicznego do klubu był jakąś egzotyką. Teraz, gdy patrzymy na nasze drużyny ligowe, jest w nich więcej przyjezdnych niż Polaków. Świadomość siłą rzeczy musiała się zmieniać. Ci piłkarze, którzy grali później w reprezentacji, byli bardziej dojrzali w tym temacie. Dla wielu z nich powołania Boenischa czy Obraniaka to było coś normalnego. Twoja świadomość zależy od rzeczywistości, jaką zastajesz. Nie tylko w kwestii powołań dla niedawnych obcokrajowców. Podam przykład: gdy zaczynałem grać w kadrze, awans na wielki turniej był dla mnie czymś ogromnym. Potężnym sukcesem. Ale później Polska zaczęła na nich grywać regularnie i spodziewam się, że nowi piłkarze stający się teraz reprezentantami, awans na Euro czy mistrzostwa świata, traktują jako coś małego. Nie nazwą tego sukcesem. Ten się pojawi dopiero w przypadku ugrania jakiegoś wyniku już na turnieju.

Wiem, że Kuba Wawrzyniak nie najlepiej wspomina sytuację z Euro 2012, gdy przegrał rywalizację z Boenischem, choć właściwie nie było rywalizacji. Boenisch dostał miejsce ot tak, mimo złej sytuacji w klubie i słabej formy. Wiem, że zakończyłeś grę w kadrze przed Euro, ale nie wierzę, że nie miałeś jakiegoś wglądu w szatnię, więc spytam – czy coś takiego mogło wpłynąć negtywnie na zespół?

W sytuacji, w której widzisz, że ktoś gra bardziej dlatego, że wpadł w oko trenerowi, a nie że predysponuje go do tego forma, obiekcje ze strony bezpośredniego konkurenta są oczywiste. Jeśli chodzi o trenera Smudę, nie chodziło tylko o Boenischa, a też jeszcze jednego piłkarza, którego wymyślił bodajże Tomek Wałdoch – Adama Matuszczyka. Zresztą wszyscy wiemy, jaką słabość do powołań dla zawodników wychowanych poza Polską miał ówczesny selekcjoner.

Teraz nastał czas Matty’ego Casha. Przyjmujesz go z nadzieją?

Przychodzi z ligi angielskiej, więc pod kątem umiejętności ma na starcie czystą kartę, trudno coś mu zarzucić. Natomiast jeśli zagra dwa-trzy słabsze mecze, coś mu nie wyjdzie, to ci, którzy mają dziś bardziej negatywny stosunek, zaczną głośno mówić swoje zdanie. U mnie to się nigdy nie zmieni: nie ma znaczenia, w jakim jest wieku, gdzie gra, jak się nazywa oraz gdzie się urodził, a to, czy broni się na boisku. Co szkodzi go sprawdzić? Choć nie jest powiedziane, że stanie się nagle gwiazdą reprezentacji i będzie pod grą cały czas.

Podsumowując na sam koniec. Grałeś z czterema piłkarzami, którzy dopiero dostali polski paszport. Którego wspominasz najlepiej?

Hmm… Olisadebe i Ludo Obraniaka. Przy obu byłem bardzo blisko, dawałem im od siebie sto procent i obu bardzo lubiłem.

Komentarze