Mistrz kraju spoza ligi, sezon trwający sześć dni i kartka “żałuj za grzechy”. Oto najdziwniejsze rozgrywki świata

PressFocus/Twitter

Piłka nożna to nie tylko wielkie kluby, Liga Mistrzów i walka Cristiano Ronaldo z Leo Messim o wyższe miejsce w historii. To też miliony zawodników, którzy na kopaniu piłki nigdy nie zarobią choćby centa, choć uczestniczą w rozgrywkach ligowych. Także w miejscach, których moglibyśmy nie podejrzewać. W ligach, w których system trudno uwierzyć.

Grenlandia – po tytuł na łódkach

Jednym z problemów polskiej ligi przez lata była zbyt długa przerwa między rundami. Bywało tak, że piłkarze Ekstraklasy kończyli grać w listopadzie, by wznowić ligę w marcu. Ale nawet tak wielka wyrwa jest niczym w porównaniu do przerwy między sezonami na Grenlandii. Trwa ona… rok. A dokładnie rok bez jednego tygodnia, w trakcie którego wyłaniany jest mistrz kraju.

Raz w roku drużyny spotykają się w jednym mieście, by zagrać o tytuł najlepszego zespołu na wyspie. Nie ma stałego gospodarza ze względu na potężne odległości między siedzibami klubów i odgórną potrzebę wyrównywania szans uczestników. Ostatnio, w 2019 roku (zaplanowane na 2020 rok rozgrywki zostały odwołane ze względu na pandemię. W chwili podejmowania decyzji, na Grenlandii stwierdzono… 14 zachorowań na COVID-19) odbyły się w miejscowości Sisimiut – 320 km na północ od stolicy Nuuk. W lidze występuje sześć drużyn (po wewnętrznych eliminacjach, w których startuje… osiem zespołów). Na finały większość dociera na miejsce łodzią. Później grają przez pięć dni system każdy z każdym, by szóstego dnia dwie najlepsze ekipy rozegrały bezpośredni mecz o mistrzostwo Grenlandii. Wszystkie spotkania transmitowane są na żywo w krajowej telewizji. Widzimy tam potencjał międzynarodowy – nawet jeśli ktoś nie lubi piłki, trudno nie zachwycać się widokami wokół.

Armenia – liga tak mała, że FIFA miała wątpliwości

Jeszcze niedawno występ w europejskich pucharach zapewniało sobie niemal… 70 proc. ligi ormiańskiej. Nie dlatego, że jest taką potęgą – to oczywiste – a ze względu na jej liczebność. A raczej nieliczebność. Trzy sezony temu w ekstraklasie występowało sześć zespołów grających system każdy z każdym… po sześć razy. Żadne inne rozgrywki ligowe uznawane przez UEFA nie były tak małe. Później rozszerzono ligę do dziewięciu zespołów. Obecnie miało występować w niej dziesięć klubów, z czego sześć z siedzibą w Erywaniu, ale po wycofaniu się przed sezonem Gandzasaru Kapan, Ormianie znów oglądają zmagania elitatnej dziewiątki.

Co ciekawe, to nie chęć zwiększenia rywalizacji zmusiła ormiański związek do rozszerzenia Ekstraklasy, a groźby ze strony FIFA. W połowie poprzedniej dekady światowa federacja ostrzegła Ormian, że jeśli wciąż w ich ekstraklasie będzie grać tylko sześć zespołów, stracą status ligi zawodowej.

Najbardziej utytułowany zespół w historii – Pjunik Erywań – przeżywa aktualnie problemy i plasuje się w dolnych rejonach tabeli. Na swój piętnasty tytuł będzie musiał więc trochę poczekać.

W Armenii wciąż jest kłopot z rywalizacją na poziomie klubowym. Na drugim poziomie występuje jedynie 11 klubów, z czego siedem to rezerwy ekip z ekstraklasy.   

Tasmania – mistrz spoza ekstraklasy? Proszę bardzo

Także Tasmania, która jest jednym ze stanów Australii, ma swoją własną ligę. Nie jest ona najmocniejsza na świecie, ale bez wątpienia jej struktura każe się zastanawiać, czy nie jest najdziwniejszą. Nie ma bowiem żadnych przeszkód, by mistrzem Tasmanii został klub, który w ogóle nie występuje w tamtejszej ekstraklasie.

Tasmanian National Premier League składa się z ośmiu drużyn grających ze sobą w klasycznym systemie każdy z każdym mecz i rewanż. Później zaczynają się play offy, do których awans uzyskuje sześć najlepszych ekip sezonu zasadniczego oraz zwycięzcy regionalnych dywizji północnej i południowej – będących poza NPL. Jeśli któryś z nich wystrzeli z formą podczas play off, może zostać najlepszą drużyną wyspy bez rozegrania choćby meczu w lidze.

Watykan, czyli gra o puchar poświęcony przez papieża

Może i jest to najmniejszy kraj na świecie z zaledwie tysiącosobową populacją, ale nie oznacza to, że Watykan nie może mieć poważnego kalendarza piłkarskiego. Mistrzostwa tego kraju rozgrywane są od 1972 roku, a biorą w nich udział szwajcarscy gwardziści, personel muzem i policja. Gra toczy się także o Coppa Sergio Valci (puchar krajowy nazwany na cześć byłego prezesa watykańskiego związku piłkarskiego) oraz Superpuchar Watykanu.

Są też jeszcze jedne rozgrywki, w których walka toczy się o Coppa Clericus – trofeum poświęcone przez papieża. Biorą w nich udział zespoły złożone z księży-studentów pochodzących z różnych katolickich uczelni na całym świecie, od Rzymu po Brazylię. W tych rozgrywkach unika się pokazywania żółtych i czerwonych kartek, które zastępuje się kartką… niebieską. Ta nie wyklucza z boiska, natomiast ma zmusić zawodnika do przemyślenia swoich grzechów.

Wyspy Scilly – najmniejsza liga świata

Najpierw krótka lekcja geografii. Archipelag Scilly to 140 wysp (z czego pięć zamieszkałych) leżących na zachód od wybrzeży Kornwalii. Należy oczywiście do Wielkiej Brytanii, ale zaradni mieszkańcy, których jest łącznie około 2000, stworzyli tam własną ligę piłkarską. Zdecydowanie najmniejszą na świecie.

Liczy dokładnie… dwa zespoły: Garrison Gunners i Woolpack Wanderers. Te grają ze sobą 20 razy w sezonie ligowym, ale także rozgrywają mecze o Puchar Wysp Scilly. Wszystkie mecze odbywają się między listopadem a marcem (nie na odwrót). Kiedyś liga miała swoje momenty chwały, gdy występowały w niej „aż” cztery kluby, jednak ze względu na malejącą populację zredukowano rozgrywki do dwóch. Pomimo swojego wątpliwego statusu, wiedzę o lidze Wysp Scilly mają m.in. David Beckham, Steven Gerrard, Patrick Vieira i Michael Ballack, którzy na miejscowym boisku w St. Mary uczestniczyli w kampanii reklamowej „Dream Big” zorganizowanej przez Adidasa.

Aktualnie władze klubów mają inne marzenia – by tradycja ich ligi mogła być kontynuowana. Struktura demograficzna nie sprzyja, przez co średnia wieku Gunners i Wanderers to „zaawansowane lata 30.”. W 2020 roku powołano do życia dwa zespoły juniorskie – Trenoweth Trailblazers i Flying Falcons, które mają dostarczyć nowego narybku.

Nawet ONZ ma swoją ligę

Oprócz niezwykle ważnej pracy, którą wykonują w często wrogich środowiskach na całym świecie, kilka frakcji ONZ bierze również udział w wewnętrznej lidze piłkarskiej. Gospodarzem rozgrywek jest klub UN Staff Recreation Council, z siedzibą w siedzibie głównej organizacji w Nowym Jorku, a w lidze bierze udział osiem zespołów. Jednym z najlepszych zespołów są Mighty Snails, czyli Potężne Ślimaki.

Ciekawostka – przyjęto zasadę, że w ogólnym duchu pokoju, surowo zakazane jest… robienie wślizgów.

Nigeria – trudno o mniej gościnnych gospodarzy

Teoretycznie w tej lidze nic nie wygląda dziwnie. 20 zespołów grających ze sobą mecz i rewanż. W praktyce jednak nie ma na świecie kraju, gdzie przewaga własnego boiska byłaby tak odczuwalna. Wprawdzie w ostatnich latach sytuacja zaczyna iść w kierunku normowania się (choć do „średniej światowej” wciąż jest daleko), ale bywało pod tym względem naprawdę niecodziennie.

W sezonie 2013 zdobycie na własnym boisku 37 punktów w 19 meczach (średnia niemal 2,0) wystarczała do zajęcia… ostatniego miejsca w tabeli meczów domowych. W tym samym sezonie wywalczenie 13 punktów (bilans 3-4-12) było zdecydowanie najlepszym wyczynem w lidze. Przypadek? Nie.

Codziennością było w tamtym czasie grożenie sędziom. Do dziś w Nigerii pamiętana jest sytuacja, w której sędzia Dogo Yabilsu podyktował rzut karny dla przyjezdnych, po czym kibice miejscowych dosłownie rzucili się na niego. Arbiter odgonił ich… strzelając w powietrze z pistoletu, ale piłkarzy wykonujący jedenastkę wolał profilaktycznie spudłować.

Nigeria – tabela meczów domowych z 2013
Nigeria – tabela meczów wyjazdowych z 2013

Argentyna – dlaczego miałby nie zagrać każdy?

Pisaliśmy o najmniejszych ligach świata, to dla odmiany napiszemy o największej. Przez kilka sezonów – ostatnio w 2016/17 – w argentyńskiej ekstraklasie grało 30 klubów. Hitem był sezon 2015, w którym dokładnie 21 zespołów wywalczyło przepustki do południowoamerykańskich pucharów, z czego dziewięć do Copa Libertadores (fazy grupowej lub eliminacji), odpowiednika naszej Ligi Mistrzów.

Kluby grały ze sobą w systemie każdy z każdym jeden mecz plus… jedno dodatkowe spotkanie derbowe – przeciwko najbliższemu geograficznie rywalowi.

W sezonie 2015 doszło też do jednego z pierwszych użyć VAR-u, mimo iż powtórki wideo nie były wówczas wykorzystywane w futbolu. Sędzia German Delfino w meczu Velez Sarsfield – Arsenal Sarandi podyktował rzut karny dla gospodarzy za zagranie ręką Daniela Rosero, a zawodnika Arsenalu wyrzucił z boiska.  Później jednak przywrócił go, gdy jego asystent dojrzał na powtórce na monitorze za boiskiem, iż ręką piłkę odbił Mariano Pavone, napastnik Velez. Pomimo tego argentyńska federacja zawiesiła Rosero na jeden mecz, gdyż uznano, że czerwoną kartkę zobaczył zgodnie z duchem gry, w którego wkalkulowane są sędziowskie pomyłki.

***

Źródło: własne/ESPN

Komentarze