Nie wierzę w niezdementowane informacje, czyli to nie koniec zamieszania z Probierzem

Michał Probierz
Michał Probierz fot. Grzegorz Wajda

Ikonki ze śmiejącymi się twarzami poszły w ruch, bo Michał Probierz stwierdził, że jednak zostaje na ławce, a nawet że wróci mocniejszy. A ja im dłużej o tym myślę, tym mniej w to oświadczenie wierzę. Cracovia – jeśli chce się zachować profesjonalnie – powinna zacząć sondować rynek. Nie po to, by zastąpić obecnego trenera, ale by przygotować się na jego odejście już naprawdę.

Na kilka godzin przed opublikowaniem słów Probierza skontaktowałem się z nim. Nie chciał rozmawiać. Na słowa, że jeśli sam odpowie na kilka pytań, będzie można pisać wyłącznie o faktach i nie będzie pola do spekulacji, grzecznie podziękował. Czym – jak rozumiem – dał mi prawo do spekulowania. Cały ten tekst będzie zatem moim “wydaje mi się”, ale podpartym tym, co widzę. I co czytam między wierszami. Od razu mówię – nie będzie tu nic o sporcie. Zatem jeśli ktoś oczekuje oceny zarządzania przez konflikt, sposobu budowy drużyny, czy mówieniu o narzędziach, jakie Michał Probierz dostał od Janusza Filipiaka i które wykorzystał bądź nie – nie znajdzie ich w tym miejscu. Rozważam wyłącznie aspekt psychologiczny i to, czym całe zamieszanie może się realnie skończyć.

To nie była szopka

W całej sprawie niedoszłego rozwodu z Cracovią nie kupuję tego, że scena z konferencji po meczu z Wartą była zaplanowaną przez niego szopką. Próbą zrobienia wstrząsu w zespole bez planu odejścia naprawdę. Bezpośrednio po jego słowach sam byłem pewien, że zaraz się z nich wycofa, Janusz Filipiak szybko puści w eter, że dymisji nie przyjął, a Probierz z pokorą taką odpowiedź skwituje krótkim “no dobra”. Ale na moje oko odbyło się to zupełnie inaczej. O tym później.

Z Michałem Probierzem rozmawiałem na początku grudnia i usłyszałem, że jest w momencie kariery, w którym liczy się tylko Cracovia. Że na ewentualną pracę z reprezentacją ma jeszcze czas. Sugestia, że do własnego rozwoju potrzebuje codziennej klubowej młócki była aż nadto wyczuwalna. Krzysztof Stanowski, który Probierza zna lepiej ode mnie, twierdzi, że trener mógł mnie oszukać, bo już wtedy nosił się z zamiarem wycofania z piłki, ale pamiętam doskonale tamtą rozmowę, która w połączeniu z kolejnymi jego wypowiedziami – o budowaniu silnej Cracovii, planach na wiosnę – oraz działaniami (przeszedł z drużyną cały okres przygotowawczy), pozwala sądzić, że ewentualna myśl o urlopie w głowie Probierza w grudniu co najwyżej raczkowała. A nie przebijała się w realny sposób przez inne plany. Co było zapalnikiem, że w sobotę usłyszeliśmy o odejściu? Nawet nie próbuję wnikać. Ale piłka nigdy nie będzie najważniejsza.

Mogę tylko wyobrazić sobie, jak wyniszczającą robotą jest bycie trenerem zespołu ze świecznika (za taki przyjmijmy wszystkie kluby Ekstraklasy). Treningi to nic, bo przecież trzeba zanalizować grę rywala, słabości i mocne punkty każdego jego piłkarza, przygotować kilka scenariuszów w zależności od tego, co się wydarzy, zanalizować ostatni mecz własnego zespołu (ogólnie i wszystkich zawodników z osobna), regularnie się dokształcać. Do tego wszystkie zgrupowania dłuższe i krótsze, a co dwa tygodnie wyjazd, często poprzedzony noclegiem w hotelu i powrót nocą po meczu. I myślenie o piłce 24 godziny na dobę, bo nawet w czasie teoretycznie wolnym trudno się odciąć. Samo w sobie nie jest to wyniszczające, znam gorsze prace, ale tu mówimy o desperackim szukaniu luk w dobie. Poza tym to nie jest coś, co trwa chwilę, wszytsko rozciąga się na lata, w przypadku Probierza na lat 15. Nie sądzę, że ktokolwiek w siedzący w tym zawodzie potrafi znaleźć balans pomiędzy pracą, a życiem prywatnym, wszystko rozbija się o granice wytrzymałości. Własne i rodziny. Podobnie jest z odpornością na krytykę. Michał Probierz przez miesiące milczał, aż wreszcie zwyzywał na Twitterze kibica.

Może obie te odporności w tym przypadku szły ze sobą w parze?

Cracovia była zaskoczona

To, co działo się po sobotniej konferencji, wyklucza możliwość myślenia, że to zaplanowany spektakl. Z kilku powodów. Po pierwsze Cracovia nie miała pojęcia, jak ugryźć tę sytuację. W klubie kompletnie zgłupieli, nie byli przygotowani do tego stopnia, że przez dwa dni nikt nie wymyślił, jak to ograć w social mediach (a mówimy o klubie nominowanym zaledwie rok temu do Nagrody Biznesu Sportowego za prowadzenie swoich kanałów). Po drugie reakcja Janusza Filipiaka, który od soboty rozłączał się po usłyszeniu pytania o Probierza. Po trzecie słowa samego trenera już na chłodno – że nie wycofa swojej rezygnacji. Probierz jest zbyt inteligentny i za długo siedzi w tym biznesie, by dla próby wstrząśnięcia zespołem – co przecież działać może tylko krótkofalowo, za chwilę mało kto będzie o tym pamiętał, nie mówiąc, że połowa tych piłkarzy niedługo z Cracovii odejdzie – ośmieszać się. Ja w sobotę widziałem człowieka zdesperowanego, którego desperacja w następnym dniu się tylko potwierdziła.

Aleksander Gorczakow zwykł mawiać, że nie wierzy w niezdementowane informacje i właśnie w ten sposób odczytuję oświadczenie Probierza z poniedziałku. Bez względu na powody, nastąpiło tąpnięcie, które trudno będzie zatuszować. Probierz musiał być pewien swoich słów, więc spodziewam się, że teraz będzie tak: wróci do zespołu, ale wcale nie mocniejszy, a Cracovia zacznie rozglądać się za opcjami, gdyby jednak musiało się skończyć rozwodem. To naturalne, by nie dać się zaskoczyć, zwłaszcza, że teraz o zaskoczeniu nie będzie mowy.

Michał Probierz wysłał wyraźny sygnał, że jest zmęczony. Jednym z najgłupszych haseł, jakie pamiętam ze swojej młodości, było to o leczeniu tym, czym się strułem. Jeśli na Probierza mającego dość piłki zbawiennie wpłynie 16 meczów w trzy miesiące, w tym osiem wyjazdowych – nie wliczam wyjazdu na Wisłę – będziemy mówić o cudzie.

Komentarze