Jan Urban: Mówili, że jestem za drogi albo już nie chcę trenować

Jan Urban
Jan Urban PressFocus

– Moja żona pewnie by chciała, bym zrobił sobie twardy reset, bo chyba jak każda partnerka trenera piłkarskiego ma czasami dość tego zielonego obrazka w telewizji. Ale ja od piłki przez trzy ostatnie lata nie uciekłem – mówi w rozmowie z Goal.pl Jan Urban, były trener m.in. Legii Warszawa, Lecha Poznań, Śląska Wrocław i Osasuny. W czwartek podpisał kontrakt z Górnikiem Zabrze.

  • Jan Urban w nowym sezonie będzie prowadził piłkarzy Górnika Zabrze
  • Wcześniej trener dłużej porozmawiał z nami. Przyznał, że zwolnienia z Legii i Lecha były dla niego bolesne i jego zdaniem nie najlepiej uargumentowane
  • W długim wywiadzie Urban opowiedział też o niecodziennej sytuacji z Hiszpanii, która doprowadziła do jego zwolnienia, o tym, co stanęło na przeszkodzie, by grał w Barcelonie oraz jak długo dziennikarze “walili do niego drzwiami i oknami”

Kilka razy próbowaliśmy się umówić na tę rozmowę, ale za każdym razem, gdy dzwoniłem, był pan w Hiszpanii. To pana pierwszy dom, gdy akurat nie musi pan pracować?

Raczej nie. Mamy po prostu możliwość mieszkania tu i tam i tym żonglujemy. Teraz akurat dłużej byłem w Hiszpanii ze względu na pandemię – tam jest lepszy klimat – ale generalnie zasady nie ma. Często w Hiszpanii za to spotykamy się na święta. Swoją bazę mamy w Walencji, gdzie jest w tej chwili moja córka, ale i to nie zawsze było tak. Zdarzało się, że to ona dojeżdżała do nas.

Takie czasy, że słowo “pandemia” pada już na początku rozmowy…

Wszystkich w jakiś sposób nas to dotknęło. W Hiszpanii lockdown skończył się w drugim tygodniu maja. Był trochę ostrzejszy niż w Polsce, bo przez moment nie można się było przemieszczać między prowincjami, była godzina policyjna… Co do samej choroby, na szczęście udało się przed nią uciec. Kilka razy się zdarzyło, że miałem kontakt z osobą, której później wyszedł pozytywny wynik testu, ale ja koronawirusem się nie zakaziłem. Teraz wróciłem do Polski na szczepienie. Jestem po pierwszej dawce, czekam na kolejną.

Był w kontakcie z klubami

Przechodząc do piłki. Ustalmy na początek, jak duża jest szansa, że w nowym sezonie znów zobaczymy pana na ławce w Ekstraklasie? (wywiad był przeprowadzany we wtorek 25 maja, dwa dni przed podpisaniem kontraktu z Górnikiem)

Jest szansa. Jestem w kontakcie z pewnym klubem, ale wolę postawić tu kropkę. Minęły trzy lata odkąd skończyłem pracę w Śląsku Wrocław, przez ten czas zdarzało się, że rozmawiałem z kimś na temat przejęcia drużyny, ale na tym się kończyło. Były oferty mniej i bardziej ciekawe, choć takie, które najbardziej by mnie interesowały, nie. Teraz rozmawiamy z klubem, ale dopóki nie podpisze się kontraktu, nic nie jest pewne.

Kibice Wisły Kraków chcieli, bym spytał, czy miał pan ofertę z tego klubu.

Powiem tak: był kontakt. Ale inni też się odzywają. Poprzestańmy na tym.

Czyli ta szansa na pana powrót do Ekstraklasy wcale nie jest mała. Od ostatniego meczu już trochę minęło. Potrzebował pan tego odpoczynku?

Taki odpoczynek wcale nie jest zły, bo człowiek od zawsze był przy tej piłce. Choć może faktycznie trochę za długo to trwało. Byłem w sytuacji, w której nie musiałem szukać pracy na siłę. Z drugiej strony jak się wypadnie z tego kołowrotka, w piłce szybko się zapomina. Powiem na swoim przykładzie: na początku mojej przerwy miałem wiele ofert, a później coraz mniej. Być może prezesi klubów dochodzili do wniosku, że skoro nie ma mnie tak długo, to już nie chcę trenować? Spotkałem się też z takimi opiniami, że Urban za drogi.

A jest pan?

Nie wiem (śmiech). Musiałbym najpierw wiedzieć, ile inni zarabiają.

Przez trzy lata odpoczywał pan tylko od ławki, czy od piłki w ogóle?

Moja żona pewnie by chciała, bym zrobił sobie twardy reset, bo chyba jak każda partnerka trenera piłkarskiego ma czasami dość tego zielonego obrazka w telewizji. Ale ja od piłki nie uciekłem. Nie ma żadnych technicznych przeszkód, by Ekstraklasę oglądać nawet w Hiszpanii, więc korzystałem. Pod moją nieobecność niewiele się zmieniło – tak jak przed laty nasza liga jest siłowa. W której cechy wolicjonalne odgrywają pierwszoplanową rolę, a wyznacznikiem tego są europejskie puchary. Skoro nas w nich nie ma bądź jesteśmy incydentalnie – bo teraz wreszcie do grupy Ligi Europy awansował Lech – nie namówimy lepszych piłkarzy, by do nas przychodzili.

Zbyt ubogie kadry polskich klubów

Lech awansował, a trener Żuraw wystawił na Benficę rezerwowych, bo za trzy dni miał grać z Podbeskidziem. Dochodzą głosy, że to rozbiło szatnię.

Ja sam stosowałem rotację, choć faktycznie nie w takiej skali. Kiedyś z Lechem pojechaliśmy na mecz z Fiorentiną i staliśmy się pierwszym polskim zespołem, który wygrał na włoskiej ziemi, a na boisko wybiegła mieszanka podstawowych i rezerwowych. Też w głowie miałem ligę i walkę o europejskie puchary. Przy ubogiej kadrze nie są to łatwe decyzje. Z jednej strony gra się o niezłe pieniądze z atrakcyjnymi rywalami, z drugiej jeśli konsekwencją pójścia na całość w Europie będzie brak kwalifikacji do kolejnej edycji, to coś jest nie tak. Nam się wtedy nie udało, choć w pewnym momencie byłem pewien, że awansujemy przez ligę. Całkowicie posypał mi się skład przez kontuzje i końcówka sezonu nie wyszła. Gdyby nie to, pogodzilibyśmy puchary i ligę mimo faktu, że przejmowałem Lecha na ostatnim miejscu w tabeli.

W Lechu nie potrafią zarządzać klubem, skoro sytuacja znów się powtarza? Jest awans do pucharów, a w lidze cienizna.

Nie da się tego pogodzić tak wąską kadrą. Jeśli mnie pamięć nie myli, gdy prowadziłem Lecha, zawodnicy rozegrali 35 albo 37 meczów do grudnia. W Europie był tylko jeden zespół, który miał o mecz więcej – Łudogorec. My w pół roku rozegraliśmy cały sezon takiej standardowej polskiej drużyny, która nie gra w pucharach. Czemu nie było odpowiednio szerokiej kadry? Jest pan prezesem i zaczyna pan kalkulować: ja wzmocnię kadrę, a kto mi zagwarantuje, że dostanę się do fazy grupowej? A jeśli się nie dostanę, będę miał tyle wysokich kontraktów, że to mnie finansowo udusi. Wpadliśmy w błędne koło, w klubach o takiej sile jak Legia czy Lech to bardzo złe, bo one nie powinny mieć takiej przerwy w grze w pucharach.

Dziś wszystko jest inne

Lubi pan ten dzisiejszy świat piłki? Mariusz Lewandowski, z którym rozmawiałem kilka tygodni temu, powiedział mi tak: „dziś piłkarze zapisali się do generacji facebookowo-instagramowej. Kiedyś nie było czegoś takiego, zajmowaliśmy się rozmową, a dziś ludzie siedzą w telefonach. Wydaje mi się, że ma to wpływ na pewne rzeczy”.

Trudno się z tym nie zgodzić, natomiast nie można się na to denerwować. Świat idzie do przodu, młodzież go zmienia. To my trenerzy musimy się dostosować do nich, nie odwrotnie. Nie mogę mieć problemu z tym, że mój piłkarz ubiera się według mnie dziwnie, albo że inny ma tatuaż na nodze. To jest ogólnoświatowy trend i łatwiej się do niego przyzwyczaić, niż zatrzymać. Moim zadaniem jest wyciągnięcie z takiego piłkarza wszystkiego, co ma najlepsze. I znalezienie na to metody.

Piotr Stokowiec mówił niedawno, że musi być na bieżąco z Netflixem, by nie przepaść w szatni.

To jeden ze sposobów. Choć uniwersalnej metody nie ma, przecież wszyscy mamy czasem problem, by dogadać się z własnymi dziećmi.

Mentalność polskiego piłkarza się zmienia, czy to mrzonka? Z autobiografii piłkarzy z lat bliższych panu znamy te wszystkie opowieści z butelkami w tle, teraz wszystko wydaje się takie wyważone. Taka jest prawda, czy to tylko pozory?

To prawda. Młodzi piłkarze żyją dziś w zupełnie innych realiach niż my. Mają świadomość, że obojętnie gdzie wyjdą, cokolwiek zrobią, zaraz całe miasto się o tym dowie, bo ktoś im zrobi zdjęcie spod stołu i wrzuci do Internetu. Byłbym zaskoczony, gdyby się okazało, że gdzieś jeszcze odbywają się regularne libacje. Przypadki, w których ktoś przesadził, są pojedyncze i od razu wychodzą. Stąd pewnie blokada w głowie. Co do autobiografii, o których pan mówi, to wszystkie są właściwie takie same. Zmieniają się tylko miejsca i aktorzy. Ten przegrał, ten przepił. Ludziom chyba się to już znudziło.

Bolesne zwolnienia

Praca trenera od pracy zwykłego człowieka różni się przede wszystkim tym, że gdy zwykły człowiek dostanie ofertę, może snuć wizję pracy przez lata, pięcia się po szczeblach kariery, a trener w chwili zatrudniania wie, że zostanie zwolniony. Ale spodziewam się, że niektóre zwolnienia bolą bardziej od innych.

Nie do końca się zgodzę z tym, że zwykli ludzie nie muszą się bać o chleb w mniejszym stopniu, niż trenerzy. Są tysiące przypadków, w których podpisanie umowy o pracę nie sprawiło, że ktoś był już o nią spokojny i mógł z czystą głową planować przyszłość. Ludzie chcieliby lepiej zarabiać, lepiej korzystać z wolnego czasu, a często nie są w stanie. Trenerzy mają robotę stresującą w wielkim stopniu, ale ma ona więcej plusów niż minusów. Przede wszystkim jest świetnie płatna, jeśli już przebijesz się przez ogromną konkurencję. A czy zwolnienie boli? No boli… Tym bardziej, jak uważasz, że zaraz byłoby dobrze, że wyszedłbyś z tego kryzysu. Z Legii mnie zwolnili, gdy byłem liderem Ekstraklasy, bo w pucharach było niewesoło. Dalej uważam, że to był błąd i wkurzam się na Bogusława Leśnodorskiego. Mówię mu to, że mam do niego pretensje, ale nie powiedziałbym, że się gniewamy. Mamy fajne relacje, choć jestem pewien, że gdybym nie został zwolniony, doszedłbym do dokładnie takich samych sukcesów, jakie Legia miała później. Ale teraz możemy tylko gdybać.

W Lechu podziękowali panu, gdy miał pan serię trzech meczów bez porażki i – mogło się wydawać – kryzys za sobą.

Ale co z tego, skoro później się dowiedziałem, że Lech dogadał już mojego następcę, w tym przypadku Bjelicę? To nic nadzwyczajnego w piłce, nie obrażam się za to i mam dobre kontakty zarówno z jednymi, jak i z drugimi. Choć nie ukrywam, że jeśli ktoś zmienia trenera, to fajnie by było, gdyby miał lepsze argumenty do tego.

Jaki jest powód tego, że drużyna popada w kryzys? Weźmy taką Osasunę – miał pan bardzo dobry moment: w sześciu meczach zdobył pan 14 punktów, ale bezpośrednio po tym przyszły cztery kolejne porażki i zwolnienie.

Tam akurat okazało się, że rola trenera na ławce jest dość ważna. Było tak: wygraliśmy na wyjeździe mecz z Barceloną B. Dostałem w tym meczu swoją jedyną w życiu czerwoną kartkę jako trener. Za to, że podniosłem ręce do góry w ramach protestu przeciwko jakiejś decyzji, ale bez żadnego darcia się, czy wyzywania sędziego. Ten przyszedł i mnie wyrzucił na trybuny. Miałem akurat w ręce butelkę wody i instynktownie cisnąłem nią o ziemię. W tygodniu zapadła decyzja: cztery mecze kary – dwa za protesty i dwa za butelkę. W tej samej kolejce w La Liga Cristiano Ronaldo uderzył z pięści bodajże zawodnika Sevilli. Dostał za to czerwoną kartkę i dwa mecze zawieszenia. Javier Clemente, były selekcjoner reprezentacji Hiszpanii, wypowiadał się później: jak to jest możliwe, że Ronaldo za cios w twarz dostaje dwa mecze, a trener Urban cztery za taką błahostkę? Osasuna przegrała wszystkie cztery mecze beze mnie na ławce i już na nią nie wróciłem.

Mało wyrozumiałe władze miał tam pan.

Ale to nie było tak, że wcześniej osiągaliśmy jakieś wspaniałe wyniki. Byliśmy w środku tabeli. Poza tym ja zostałem wybrany na trenera przez zarząd komisaryczny. Później pojawiły się nowe władze i mogły sobie wybrać, kogo chciały. Ale to był dziwny okres w Osasunie. Klub spadł do drugiej ligi i nagle się okazało, że jest tam 60-70 mln euro długów. Zaczyna się czystka: sądy, ludzie związani z poprzednią władzą są zamykani w więzieniu, zakaz transferowy, piłkarze odchodzą, a w ich miejsce dostajemy dziesięciu młodych z rezerw. Szkoda, że się tak potoczyło, choć kibice nie mają do mnie żadnego żalu. Wiedzą, w jakiej sytuacji wziąłem klub. Ja też nie mogłem odmówić. W tamtym czasie zrobiono sondaż wśród fanów, na którego trenera postawić, i ja otrzymałem w nim 70 proc. Mogę żartować, że czemu ja akurat wtedy pracy nie miałem. Ale jestem dumny, że poprowadziłem swoją Osasunę. I kilku piłkarzy wypromowałem.

Kogo?

Kenan Kodro do dziś gra na wysokim poziomie. Mikela Merino wyciągnąłem z drugiej drużyny, debiutował w poważnej piłce pod moim okiem, a dziś ma na koncie sześć meczów w reprezentacji Hiszpanii. Unai Garcia, kolejny z rezerw, do dziś jest w Osasunie. Jest to satysfakcja.

Walili drzwiami i oknami

Z trzech bramek przeciwko Realowi pamięta się jeszcze pana w Hiszpanii?

W Navarze tak, bo dla klubu było to coś niesamowitego, by wygrać w Madrycie 4:0. Ale to były zupełnie inne czasy. W Polsce mógłbym dziś liczyć na serię okładek przez tydzień, a skończyło się na jakiejś wzmiance. Na miejscu za to miałem prawdziwe szaleństwo. W życiu tylu wywiadów nie udzieliłem. Dziennikarze pchali mi się do domu drzwiami i oknami. Ale to wszystko trwało tylko tydzień, bo przecież zaraz była następna kolejka, tam urodził się nowy bohater.

Ale do dziś w Pampelunie jada pan za darmo?

W czasach, gdy grałem faktycznie mnie zapraszali na obiad, a gdy przychodziło do płacenia, okazywało się, że ktoś już to zrobił. Ale nie było to wcale nagminne, a obecnie na pewno nie jadam za darmo. Natomiast szacunek zawsze czułem. Patrzę na człowieka i widzę w jego oczach: kurde, co on zrobił. Dla kibiców Osasuny tamten hat trick to wielka rzecz.

Miał pan jakiś moment, w którym mógł pan wybrać inaczej, a kariera potoczyłaby się jeszcze lepiej?

Żyliśmy w kraju, z którego nie można było wyjeżdżać, więc trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Natomiast był czas, w którym powinienem mieć menedżera i mogę żałować, że się o niego nie postarałem. Mój transfer do Osasuny załatwiał gość zajmujący się piłką ręczną, dla którego byłem pierwszym piłkarzem. W dodatku kontakt po transferze się urwał, nie było tak, że się mną zajmował. Dwa lata później wystrzeliłem z formą – był hat trick z Realem, następnie zwycięski mecz ze Stuttgartem w europejskich pucharach z moimi dwoma bramkami i asystą. W prasie pojawiły się informacje, że interesuje się mną Barcelona. W dodatku Barcelona prowadzona przez Johana Cruijffa, mojego idola z młodości. Pomyślałem: ja cię kręcę, jak to się wydarzy… Żona do dziś ma powycinane te teksty. Podejrzewam, że znalazłem się na ich liście życzeń z jakimś numerem – może drugim, może piątym. Gdybym miał wtedy menedżera, ten postarałby się o taki transfer.

To już były czasy wszechmogących menedżerów?

Rynek hiszpański ogarniało wtedy trzech gości. Żaden z nich nie był jakimś Raiolą, czy innym Mendesem, ale swoje kontakty posiadali. Wierzę, że któryś mógł mi pomóc.

Pana jedynym turniejem jako piłkarza reprezentacji były MŚ 1986. To wtedy Zbigniew Boniek rzucił słynną klątwę, że przez 16 lat nie zagramy na żadnym turnieju. Faktycznie dało się odczuć, że polska piłka idzie w bardzo złym kierunku?

Widzieliśmy, że zaczynają się bardzo mocne zmiany. Nie tylko w piłce, ale też w kraju w ogóle. Kluby musiały przejść na spółki akcyjne, nie było już odgórnych dofinansowań, skończyło się bycie na garnuszku kopalń, policji, czy innych zakładów. Zaczęła się bieda w piłce i wielki kryzys. Zawodnicy z ekstraklasy wyjeżdżali do III ligi niemieckiej, gdzie zarabiali więcej. Musiało sporo lat upłynąć, by polska piłka stanęła na nogi.

Miał pan myśli: czemu nie urodziłem się troszkę wcześniej? Albo czemu nie urodziłem się trochę później?

Tak, miałem. W piłce trzeba sporo szczęścia, by znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Ale co mają powiedzieć zawodnicy, którzy zdobywali te wszystkie trofea w latach 70., czy 80.? Dziś byliby milionerami i ich zazdrość jest jeszcze bardziej uzasadniona.

Komentarze