Mariusz Lewandowski: w Szachtarze było tyle premii, że można się było pogubić, ile i za co

Mariusz Lewandowski
Obserwuj nas w
PressFocus Na zdjęciu: Mariusz Lewandowski

– Jeśli przez ostatnie lata coś się zmieniło w świecie piłkarzy, to Internet. Dziś to on dominuje, jest szybszy, a komputery lepsze. Dziś piłkarze zapisali się do generacji facebookowo-instagramowej. Wcześniej zajmowaliśmy się rozmową, dziś ludzie siedzą w telefonach – mówi w rozmowie z Goal.pl Mariusz Lewandowski, 66-krotny reprezentant Polski, a obecnie trener lidera I ligi, Bruk-Bet Termaliki Nieciecza.

  • Z Mariuszem Lewandowskim porozmawialiśmy m.in. o początkach jego kariery trenerskiej, motywacji pomimo braku przymusu do podjęcia pracy, bogatych czasach Szachtara Donieck, powodach zepsucia mundialu w 2006 roku, kuble zimnej wody wylanej na jego głowę po niespodziewanym konflikcie z Leo Beenhakkerem i rzekomym piciu wódki z Ludovikiem Obraniakiem. – Myślę, że mógłbym napisać encyklopedię (ze swoich wspomnień w karierze – przyp. red.). Ale na razie nie zamierzam tego robić
  • – Przyznam, że myślę o tym, że w przyszłości mogę zostać trenerem Szachtara Donieck – mówi nam
  • – Czasem dostawało mi się za wszystko. Pamiętam, jak zacząłem grać z dziesiątką na plecach. Cała historia wyglądała tak, że wszyscy “starzy” powybierali swoje numery, a mi ta “dycha” – jako defensywnemu pomocnikowi – została. Później czytałem komentarze z pretensjami: “jak Lewandowski może grać z dziesiątką?” – wspomina czasy gry w reprezentacji

Koleżeństwa nie ma

Boisko aż tak uzależnia, że chciał pan usiąść na ławce? Spodziewam się, że bez tej pracy jakoś dałby sobie pan radę.

Nawet nie wie pan, jak bardzo uzależnia. Od jakiegoś czasu szkoliłem się licząc na jakąś propozycję i cieszę się, że ją dostałem. Wróciłem do tego, co zawsze we mnie siedziało.

Jest pan bardziej kumplem dla zawodników, czy człowiekiem zdecydowanie oddzielającym relacje piłkarzy i trenera?

Przede wszystkim sprawiedliwym. Koleżeństwa nie ma, choć staram się uczyć na błędach i wyciągać wnioski. Wiem, że to dopiero początek mojej przygody z trenowaniem, choć już miałem okazję przekonać się o tej mniej przyjemnej stronie zawodu.

Mówi pan o Zagłębiu. Co tam się stało?

Prawdę powiedziawszy… nic. Zadania, które postawił przede mną zarząd, zrealizowałem. Były trzy: awansować do ósemki, wprowadzić młodych do składu i zająć wysokie miejsce w Pro Junior System. Wszystko się udało. Przegraliśmy mecz z III-ligowym Huraganem Morąg w Pucharze Polski i zaczęło się niepotrzebne zwalnianie trenera. Wydaje mi się, że było to słabe w wykonaniu ówczesnych władz. Ale cóż mogę zrobić, w życiu trenera nie zawsze jest tak, jak się chce.

Mariusz Lewandowski w szatni Zagłębia / PressFocus

Jako trener czerpie pan z któregoś z pańskich szkoleniowców? Miał pan to szczęście, że trenowały pana naprawdę wielkie postacie.

Zdarza mi się myśleć, jak trenowaliśmy w czasie mojej piłkarskiej kariery, ale na pewno z nikogo nie czerpię na zasadzie kopiuj-wklej. Mam swoją koncepcję, bo czerpiąc wyłącznie z innych, zabraknie mi w notatniku kartki i nie będę wiedział, co mam zrobić. Najwięcej nauczyłem się od Mircei Lucescu, bo po prostu najdłużej z nim pracowałem, ale jak człowiek traktuje poważnie, co robi, od każdego coś wyniesie. Nie jest wprawdzie tak, że będąc piłkarzem przyglądasz się każdemu detalowi od strony szkoleniowej, ale gdy już powoli kończyłem karierę i zaczynałem kursy, zwracałem uwagę na rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałem.

Czyli taka jest droga do zostania ulubieńcem Mircei Lucescu…

Czy ulubieńcem? Pewnie jego trzeba byłoby pytać. W każdym razie z trenerem do dziś mamy kontakt. W Szachtarze to był facet, który potrafił być i trenerem, i psychologiem, i ojcem. Buforem bezpieczeństwa. Zawsze czułem, że mogę do niego przyjść, porozmawiać o problemach, nauczyć się czegoś od niego. Był niesamowicie elastyczny, jeśli chodzi o podejście do piłkarzy, a jednocześnie miał twarde zasady, których nie można było łamać. Był w tej samej chwili nieobliczalny i charyzmatyczny. Człowiek wiedział, że musi trzymać się na baczności, ale że jest bezpieczny. Lucescu to trener przez duże “T”.

Tego nie umiałbym wybaczyć

To on nauczył pana pokory, czy to cecha wrodzona? Bruk-Bet ma w I lidze wielką przewagę nad rywalami, a jak niedawno spytałem pana, kto ją wygra, wykręcił się pan od odpowiedzi.

Pokora to coś, co zawsze siedziało we mnie, a teraz staram się nauczyć jej moich piłkarzy. Zawsze szanowałem każdego i nigdy nie oceniałem: ten jest lepszy, ten gorszy. Chcąc osiągnąć sukces, do każdego musisz się przygotować z taką samą powagą. Tylko patrząc z boku może się wydawać, że są mecze, które wygrywa się łatwo, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Bez odpowiedniego przygotowania. Wiadomo, trzeba znać swoją wartość i silne strony, ale nie można nikogo lekceważyć. Ta liga pokazuje to na każdym kroku. Dopiero co mieliśmy mecz ŁKS-u z Tychami. Wszyscy już dopisywali ŁKS-owi trzy punkty, a skończyło się na 0:3. Czując się faworytem w każdym meczu, niemal na pewno zaraz obudzisz się z ręką w nocniku. Pokora i praca to cechy, które wszczepiam swoim piłkarzom na każdym kroku. Jestem pewien, że zmieniłem ich podejście do szanowania zawodu i przeciwnika. Porażki się zdarzają, ale nie umiałbym wybaczyć braku przygotowania i przejścia obojętnie obok meczu. Wprowadzenie takiego nastawienia w zespole to nie jest łatwe zadanie, ale po jesieni wiem, że się udało i to nam pomagało. Chcemy iść dalej tą samą drogą, choć przy tak dużej przewadze teoretycznie istnieje możliwość rozluźnienia. Ale nie przy moich sterach.

Andrea Pirlo został trenerem Juventusu, bo klub chciał mieć na ławce postać, która nie musi krzyczeć, by zawodnicy czuli do niego respekt. Panu zdarza się krzyczeć, czy – tak jak u Pirlo – ze względu na karierę ten respekt jest automatyczny?

Czuję respekt i nie widzę potrzeby krzyczenia na każdym kroku. Staram się uargumentować swoją wizję, chcę, by piłkarze czuli, że się pode mną rozwijają. Krzykiem można czasem coś zrobić, ale nie do każdego dotrze się w ten sposób. Gdy jestem niezadowolony, nie mają ze mną łatwo, ale z drugiej strony oni się pilnują, by nie robić błędów i dbają o to, by na mojej twarzy malował się uśmiech, a nie złość.

Piłkarze – tak ogólnie – zmienili się przez dwie ostatnie dekady? Michał Listkiewicz mówił mi kiedyś, że reprezentacje Polski z początku wieku miały raczej rogate dusze, że lubili rozrywki poza boiskiem, a jak była okazja się napić, to się napili.

To może ja odpowiem w ten sposób: jeśli coś się zmieniło to Internet. Dziś to on dominuje, jest szybszy, a komputery lepsze. Dziś piłkarze zapisali się do generacji facebookowo-instagramowej. Kiedyś nie było czegoś takiego, zajmowaliśmy się rozmową, a dziś ludzie siedzą w telefonach. Wydaje mi się, że ma to wpływ na pewne rzeczy.

Irytuje to pana?

Nie, to taka ogólna uwaga. My mamy regulamin zespołu, a w nim jasno określony porządek w szatni, który musi być. Zawodnicy doskonale wiedzą, kiedy mogą używać telefonów, a kiedy muszą je schować i skoncentrować się na czymś innym.

Mogę kupić Zidane’a. Mogę kupić każdego

Idąc do Szachtara na początku wieku zdawał pan sobie sprawę, jak duża historia zacznie się tam tworzyć?

Szczerze mówiąc, to nie. Ale później z roku na rok rozwijaliśmy się, a do mnie zaczęło docierać, jak duża piłka może być w Doniecku. Opowiem panu jedną wymowną sytuację. W 2003 roku graliśmy w europejskich pucharach w Sofii z CSKA. Przegraliśmy i odpadliśmy. Do szatni wszedł nasz właściciel, Rinat Achmetow i spytał:

– Wiecie, w czym jest problem Szachtara?
– W czym?
– Że ja jutro mogę pójść i kupić Zidane’a. Mogę uderzyć do każdego klubu na świecie i spróbować kupić dowolnego piłkarza. Mam na to pieniądze. Ale Zidane nie będzie chciał grać w Szachtarze. Waszym zadaniem jest sprawienie, by w przyszłości ktoś taki jak Zidane zmienił zdanie.

To była taka sytuacja, która dała do myślenia. Dotarło do nas, jak wielkie perspektywy ma Szachtar. Nawet pan nie zdaje sobie sprawy, jak mocny był to kop motywacyjny. Mam wrażenie, że wtedy zrozumieliśmy, jakiej historii możemy być częścią w Doniecku. Jak bardzo możemy się rozwinąć, gdy faktycznie Achmetow kiedyś kupi jakąś gwiazdę ze światowego topu. Od tamtej chwili poszliśmy bardzo szybko do przodu. Do klubu przyszedł Ben Schuster jako trener, później Lucescu. Wybudowano nowy stadion, w który wpompowali ogromne pieniądze. Szachtar stał się dużą marką w Europie.

Pana najlepsze wspomnienie z kariery to wygranie Pucharu UEFA?

Sportowo na pewno tak. Ligę czy puchar w kraju możesz wygrywać co roku, ale w zwyciężyć w Europie to wielka rzecz. To wspomnienie jest piękne.

Bogate premie

Za triumf w Pucharze UEFA otrzymał pan podobno od Achmetowa premię w wysokości 400 tysięcy euro. Mądrze pan zainwestował?

(śmiech) Achmetow stworzył niesamowicie dobre warunki do pracy. Wiedzieliśmy, że jak spełnimy jego oczekiwania, odbierzemy premię. Dziś nie sposób pamiętać o wszystkich. Oczekiwania spełnialiśmy, więc premie były na każdym kroku, można się było pogubić za co i ile. To też uświadamiało nam, jak wielkim klubem jest Szachtar. Były w nim naprawdę duże pieniądze. Szkoda, że sprawy pozasportowe zdecydowały, jak to wszystko wygląda dziś…

Achmetow dzielił nagrody uznaniowo? Dostawał pan na przykład więcej od innych?

Przede wszystkim była taka zasada, że z premiami się nie dyskutowało. Nikt nigdy nie narzekał, gdy je odbierał. O podziale pieniędzy decydował trener, który dbał, by nikt nie był poszkodowany.

Pana relacja z Achmetowem wciąż jest żywa?

Oczywiście, choć nie jest już tak częsta, jak kiedyś. Na każde urodziny, święta, czy nawet mecze w Lidze Mistrzów, wysyłamy sobie SMS-y. Achmetow jest typem człowieka, który mocno myśli o zawodnikach – nie tylko obecnych, ale też byłych. W czasie kariery nie czułem się jego ulubieńcem, ale byłem osobą, którą szanuje i z którego zdaniem się liczy. Często mnie o nie pytał, choć nie sądzę, że miało ono wielki wpływ na jego decyzje.

Sami siebie nie szanujemy

Jest taki trend w Europie, że trenerami klubów zostają ich legendy z czasów gry w piłkę. Skoro wciąż ma pan dobre relacje z właścicielem Szachtara, nic tylko czekać na telefon…

Powiem panu szczerze, że myślę o tym. Mam w głowie, że kiedyś może to nastąpi. Ale na dziś muszę zdobyć odpowiednie argumenty, by przejąć taki zespół lub w ogóle ich sobą zainteresować. Po to wszedłem w świat trenerki, by stawiać przed sobą ambitne cele. W klubie wciąż siedzi Darijo Srna, jako asystent pracował Igor Duljaj, więc nie jest powiedziane, że swoją pracą w przyszłości takiej oferty nie dostanę. Zdaję sobie sprawę, że do takiego klubu kolejka jest długa, ale czasami szczęście lub nieszczęście powoduje, że się gdzieś znajdujesz. Nie uważam, że my – polscy trenerzy – powinniśmy mieć jakiś kompleks. Mam wrażenie, że sami siebie nie szanujemy często, przez co nie dostajemy szansy za granicą.

Czyli jak nie Szachtar, to i tak celuje pan w karierę poza Ekstraklasą. Duża pewność siebie przez pana przemawia.

Bo ja jestem pewny siebie. Wiem, co chcę w życiu osiągnąć, jestem ambitny i staram się tym zarazić zawodników. Pokora i pewność siebie nie wykluczają się wzajemnie. Trzeba mieć cel, ale nie rzucać się do niego jak z motyką na słońce, tylko iść krok po kroku. Każdy zrealizowany cel powinien być bodźcem do wyznaczenia następnego. To jedyna droga, by coś osiągnąć.

Jak to się stało, że pan w ogóle trafił do Szachatara? Z Ekstraklasy nie odchodził pan jako niekwestionowana gwiazda.

Kulisy były bardzo szybkie. Moim agentem był wtedy Włodzimierz Lubański. Jednego dnia przyszedł do mnie i mówi: masz trzy opcje – Legię, Club Brugge i Szachtar Donieck. Szachtara właściwie odrzuciłem, ta opcja wydawała mi się najmniej atrakcyjna, ale on strasznie mnie namawiał. Mówił: jedź, zobacz. Wiedziałem, że tam wcześniej był. Poznał trenera, widział ośrodek, warunki rozwoju. Był bardzo uparty w swoich nakłanianiach mnie na Donieck. Ale i tak trudno było mnie przekonać, bym w ogóle pojechał samemu ocenić. Jak już to zrobiłem, na następny dzień podpisałem kontrakt.

Czyli zadziałał efekt “wow”.

Jak zobaczyłem te warunki, od razu zdecydowałem się zostać. Ciekawostką jest, że podobną okazję mieli Arek Głowacki i Tomek Ciesielski, którzy jednak nawet nie pojechali obejrzeć Szachtara od środka. Nie chcę mówić, że mogą teraz żałować, ale jednak szkoda, że chociaż nie zobaczyli.

Z Szachtara odszedł pan do PFK Sewastopol, z którego z kolei ewakuował się na kilka miesięcy przed rosyjską aneksją Krymu. Dało się już wtedy wyczuć jakieś napięcia w mieście?

Tak. Mając jeszcze pół roku kontraktu, wyjechaliśmy stamtąd. Plany były inne. Do Sewastopola jechałem jako piłkarz, ale to był młody klub, więc mocno się angażowałem w wiele funkcji, które ciągnęły klub do góry. Miałem wpływ na jego rozbudowę. Kto wie, czy gdyby nie wojna, nie siedziałbym tam do dziś.

Kiedyś powiedział pan, że w Sewastopolu zajmował się pan praniem ubrań, robił transfery, był w pewnym sensie prezesem, dyrektorem, kucharzem.

Bo tak to wyglądało. Czułem się za to odpowiedzialny, dostałem też odpowiednie argumenty do pracy, więc z nich korzystałem.

Nie myślał pan o napisaniu książki? Spodziewam się, że wspomnień ma pan na grubą lekturę.

Myślę, że mógłbym napisać encyklopedię. Ale na razie nie zamierzam tego robić.

Wściekłem się, a Beenhakker mnie przytulił

Pewnie mogłyby być też rozdziały o reprezentacji. Ludovic Obraniak w wywiadzie dla Sportowych Faktów niedawno opowiadał, że po jednym spotkaniu z panem i pana rodziną nie mógł dojść do siebie. Mówił o – tu cytat – dobrze przygotowanej polskiej wódce.

Czytałem ten wywiad i się z tego śmiałem. On w kontekście wódki wspomniał mojego ojca, który w życiu nie pił alkoholu. Jakby powiedział, że usiadł ze mną i się czegoś napiliśmy, to byłbym to w stanie przełknąć. Ale jak mi rusza ojca, to jest to troszkę śmieszne. Nie wiem, skąd on to wziął.

Pomieszało mu się przez wódkę?

Na pewno nie wypitą z moim ojcem. Coś takiego nie miało miejsca. Zdarzało się, że rodzice przyjeżdżali na kadrę, ale nie po to, by stawiać butelkę na stole. A mój ojciec to już w ogóle. Ludovic powiedział, co powiedział. Troszkę się więc uśmiechnąłem, nie ma co tego roztrząsać. A co do jego możliwości – mam nadzieję, że się nie obrazi – powiem pół żartem, pół serio, że najwidoczniej nie każdy, kto ma polski paszport jest Polakiem (śmiech).

Obraniak Obraniakiem, ale panu zdarzyło się popaść w konflikt z Leo Beehnakkerem.

To była moja wina. Beenhakker zdjął mnie z boiska po pół godziny meczu z Kazachstanem i się wściekłem, ale szybko zrozumiałem swój błąd. Choć nie od razu – przy linii, czy później w szatni byłem pod wpływem dużych emocji, zagotowałem się. Powiem szczerze, że myślami byłem wtedy w samolocie, ale nie z reprezentacją, tylko do Doniecka. Zadzwoniłem do żony, a ona wylała mi na głowę kubeł zimnej wody.

– Ochłoń, przemyśl to, bo się źle zachowałeś.

Trafiło to do mnie. Szybko przeprosiłem zespół i cały sztab. Poprosiłem o kolejną szansę. Leo przytulił mnie jak syna, następnego dnia na treningu nie było śladu po konflikcie, a cztery dni po meczu w Kazachstanie zagrałem 90 minut w pamiętnym meczu z Portugalią na Stadionie Śląskim. Dziś myślę, że z jednej strony nie powinienem się tak zachować, z drugiej ta sytuacja scaliła zespół i w eliminacjach poszliśmy jak burza.

Mariusz Lewandowski z żoną Martą / PressFocus

Dziś będąc po tej drugiej stronie pan też by przytulił takiego piłkarza i dał mu zagrać w następnym meczu?

Nie wiem. To zawsze trudne sytuacje, których nie da się ocenić hipotetycznie. Zastanawiałbym się nad reakcją, gdyby mi się coś takiego przydarzyło. wiele zależy od okoliczności. Mogłyby być takie, w których zawodnik zasługuje na przebaczenie, ale i takie, które szkodziłyby zespołowi. W tamtej chwili z Beenhakkerem, Leo musiał usłyszeć jakiś wewnętrzny głos, który powiedział mu: zostaw Lewandowskiego w reprezentacji. Każdy trener ma swój instynkt, który mu podpowiada, co zrobić, by nie stracić szatni.

Zepsuty mundial

Awans na wielkie turnieje to było maksimum możliwości na tamte czasy? Ma pan poczucie, że z kariery reprezentacyjnej wycisnął maksimum?

Zdecydowanie nie. Nie chciałbym obrażać trenerów, ale jeśli grasz jedną ekipą eliminacje, to jest ona zżyta, wytwarza się dobra atmosfera. Gdy później przychodzi turniej i wyrzucasz czterech podstawowych gości, a w ich miejsce powołujesz zawodników zupełnie niezwiązanych z tą reprezentacją, by się ograli i złapali doświadczenie, na grupę musi to zadziałać destrukcyjnie. Było jasne, że żaden z nich nie odegra dużej roli. Już na starcie atmosfera zrobiła się dużo gorsza. Zamiast skupiać się na piłce, pojawiały się rozmowy na takie tematy.

Nie chce pan obrażać, ale wyraźnie pije pan do Pawła Janasa…

Uważam po prostu, że Tomek Frankowski, który był naszym najlepszym strzelcem w eliminacjach, musiał jechać na mundial. Tak samo Jurek Dudek, który bronił w większości meczów. Tomek Rząsa, Tomek Kłos – przecież oni grali wszystko, żaden z nich nie był piłkarzem, który czasem wszedł na kwadrans. To moja ocena, ale wtedy komentowaliśmy to jako zespół. Nie miało to może bezpośredniego przełożenia na nasze wyniki, ale na atmosferę jak najbardziej. Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że Paweł Janas zepsuł mundial w Niemczech, bo zepsuli go wszyscy – i zawodnicy, i trenerzy. Jechaliśmy na tym samym wózku. Mówiąc o powołaniach, odnoszę się tylko do przygotowania mentalnego. Pewnych rzeczy moim zdaniem się nie robi. Po powołaniach byliśmy w szoku, zresztą jak cała Polska. Zwłaszcza, że tak samo było cztery lata wcześniej w Korei. Jakie to ma znaczenie dla zespołu, widzieliśmy na Euro 2016, gdy trener Nawałka nie popełnił tego samego błędu i na turniej zabrał tych, którzy mu wygrali eliminacje.

Mariusz Lewandowski w reprezentacji Polski / PressFocus

W reprezentacji grał pan przez 11 lat, ale mam wrażenie, że przez lata przeciętny polski kibic kompletnie nie doceniał pana roli w kadrze. Był czas, że odbierał pan to tak samo?

Tak, czułem się niedoceniony. Pewnie miało to związek z ligą, w której grałem. Żaden kibic nie miał wglądu, jak sobie tam radzę. Dziś byłoby inaczej, można bez problemu znaleźć transmisję z dowolnej ligi świata. Czasem dostawało mi się za wszystko. Pamiętam, jak zacząłem grać z dziesiątką na plecach. Cała historia wyglądała tak, że wszyscy “starzy” powybierali swoje numery, a mi ta “dycha” – jako defensywnemu pomocnikowi – została. Później czytałem komentarze z pretensjami: “jak Lewandowski może grać z dziesiątką?”. W moim przypadku na uznanie fanów zasłużyłem kilkuletnią pracą, w pewnym momencie ich podejście do mnie zaczęło się zmieniać. Poczułem się pewniej.  

Nie ma pan wrażenia, że często we własnej ojczyźnie nie docenia się Polaków tak mocno, jak doceniają nas za granicą?

Jesteśmy zawistnym narodem. Odnoszę wrażenie, że bardziej się cieszymy, jak się komuś coś nie uda, niż jak mu wyjdzie. Trawa u sąsiada jest bardziej zielona niż u nas. Jest w Polsce grupa osób, która bardziej czeka na jakiś skandal związany z Robertem Lewandowskim, niż na jego sukces sportowy.

Jak już jesteśmy przy nim, spytam: gdy taki piłkarz zagadnięty o taktykę po fatalnym meczu z Włochami milczy przez siedem sekund to przypadek, czy coś zaplanowanego?

Najlepiej byłoby spytać Roberta…

Pytam pana, jako doświadczonego piłkarza. Faceta, który zna Roberta, grał z nim w jednej drużynie.

To ja panu odpowiem, że całkiem możliwe, że zachowałbym się w ten sam sposób…

Komentarze