Nieoczekiwana pomoc dla polskich pucharowiczów? Prezes Ekstraklasy: mogą dostać pokaźny bonus

Marcin Animucki
PressFocus Na zdjęciu: Marcin Animucki

– W czym szukać nadziei? W tym, że mamy coraz więcej klubów, które aspirują do rywalizowania o mistrzostwo Polski, a nie jeden który przez kilka poprzednich lat wydawał się być poza zasięgiem. Ja naprawdę głęboko wierzę, że kiedyś się to przełoży na regularne punktowanie w pucharach. Na dwa-trzy zespoły w fazie grupowej – mówi w rozmowie z Goal.pl Marcin Animucki, prezes Ekstraklasa SA.

  • Przed startem nowego sezonu Ekstraklasy rozmawiamy z Marcinem Animuckim o przykrych konsekwencjach ostatnich lat
  • Poruszamy też kwestię pieniędzy przepływających przez naszą ligę. Te wkrótce będą jeszcze większe, a pucharowicze najprawdopodobniej otrzymają do tego pokaźny bonus z programu rządowego
  • Start nowego sezonu Ekstraklasy w piątek o godz. 18. Ligę zainauguruje mecz Rakowa Częstochowa z Wartą Poznań

Czy jest dla nas nadzieja?

Dwa lata temu w jednym z wywiadów powiedział pan zdanie, o dwóch-trzech polskich klubach w Lidze Mistrzów w przeciągu dziesięciu lat. To wciąż aktualne?

Miałem wówczas na myśli ogólnie fazy grupowe europejskich pucharów. To pokryło się czasowo z reformą, jaką wprowadziła UEFA, z utworzeniem Ligi Konferencji. Oczywiście, ostatnie spotkanie Lecha Poznań nie napawa optymizmem. Tak wysoka porażka bardzo boli. Ale Kolejorz wciąż ma szansę na awans do fazy grupowej Ligi Konferencji. I wciąż sądzę, że w perspektywie czasu osiągalne jest umieszczanie w fazach grupowych więcej niż jednej drużyny.

Z pana perspektywy pewnie najgorsze jest to, że pojawił się kolejny argument, by mówić, jak beznadziejną ligą jest Ekstraklasa. A może ona – wbrew kapitalnemu opakowaniu – naprawdę jest beznadziejna i jej miejsce jest pomiędzy trzecią, a czwartą dziesiątką w Europie?

Liga Konferencji to rozgrywki, które zostały zbudowane dla lig średnich i mniejszych. Wierzę, że wykorzystamy tę szansę i staniemy się ich regularnym uczestnikiem. Bo naszym kłopotem jest to, że przez fatalne występy w europejskich pucharach, nasz ranking sprawił, że musimy grać od najwcześniejszych rund kwalifikacji. Z czystej statystyki wynika, że to utrudnia przebicie się do grupy. Musimy systematycznie budować ranking, by to się zmieniło. Dlatego mówiłem o dwóch-trzech zespołach na poziomie grupy, bo przecież jeden nie buduje rankingu w sposób wystarczający. Co zresztą widać choćby po ostatnim rywalu Lecha – liga azerska mimo tak mocnego przedstawiciela jest notowana niżej od Ekstraklasy. A jeśli chodzi o nas, to w 2022 roku cierpimy w dużej mierze przez lata poprzednie, w których nie punktowaliśmy wcale i zostaliśmy zrzuceni w miejsce, o wydostanie się z którego trzeba walczyć.

Gdzie szukać nadziei?

To złożony problem, nie ma na to prostej, uniwersalnej recepty. Ważne jest, aby każdy odrabiał swoje zadanie. My, jako spółka Ekstraklasa, zapewniamy stabilne wypłaty dla klubów. Wspieramy budowę infrastruktury i dofinansowujemy szkolenie. Z drugiej strony częściowo realia w piłce w Polsce i na świecie zmieniła pandemia i związane z nią trudności, osłabiła klubowe finanse, wpłynęła na rynek transferowy. Dwa ostatnie lata nie pozostały bez wpływu na kluby i zawodników. To dwa lata stracone dla rozwoju, w których trzeba było się skupić na bieżących wyzwaniach. A jednocześnie zauważmy, że mamy coraz więcej klubów, które aspirują do rywalizowania z ligowymi liderami, w tym Legią, która przez kilka poprzednich lat wydawała się poza zasięgiem. Mocno rozwijają się np. Raków Częstochowa i Pogoń Szczecin. Ja naprawdę głęboko wierzę, że kiedyś się to przełoży na regularne punktowanie w pucharach.    

Właściciel Rakowa Michał Świerczewski po 1:5 Lecha w Baku napisał wprost, że największym problemem polskiej piłki są ludzie, domyślam się, że chodziło mu o tych, którzy są decyzyjni w polskich klubach. Zgadza się pan z tym?

Od jakiegoś czasu wraz z PZPN wywieramy presję na szkolenie, bo w kwestii dyrektorów sportowych, czy dyrektorów akademii, jest jeszcze dużo pracy. Ale dobrze, że związek właśnie rozpoczął wdrażanie projektów kształcenia takich osób, co daje realną nadzieję, że ze kilka lat będziemy mieli kilkaset osób dobrze wyszkolonych przez najlepszych zagranicznych specjalistów. To powinno przełożyć się na jakość pionów szkoleniowych. Tu lata zaniedbań widać było gołym okiem.

Miliony z telewizji

Według doniesień medialnych, nowy kontrakt na pokazywanie Ekstraklasy jest wart 300 mln zł za sezon. Można to już potwierdzić?

Jesteśmy obecnie w trakcie negocjacji, więc komunikować wszystko będziemy, gdy ten proces się zamknie. Mam nadzieję, że wyniki przetargu będą satysfakcjonujące dla klubów. Rynek jest trudny, ale myślę, że radzimy sobie dobrze. Aktualnie – odkąd wszedłem do zarządu Ekstraklasy – prowadzimy czwarty cykl sprzedażowy i w każdym rośniemy. W pierwszym cyklu kontrakt był wart około 87 mln zł.

Canal Plus był jedynym nadawcą, który stanął do aktualnego przetargu?

Na odkrywanie kart przyjdzie jeszcze czas. Trudno byśmy robili to w chwili, gdy wciąż trwają negocjacje.

Które miejsce wśród europejskich lig zajmuje nasza liga pod względem wysokości kontraktu telewizyjnego?

Jesteśmy w pierwszej dziesiątce, więc z tej perspektywy wygląda to całkiem nieźle. Z tego trzeba się cieszyć, choć celem, do którego dążymy, jest uzyskiwanie kwot, jakie płaci się w Belgii i Holandii. Jest to o tyle duże wyzwanie, że na tamtych rynkach konsumenci są przyzwyczajeni do płacenia więcej. W Polsce kwota, jaką użytkownik jest w stanie zapłacić za pozyskanie tych treści, wynosi uśredniając 10 euro na osobę, a tam – od 27 do 35 euro. Uda się to zrealizować pod warunkiem rosnącego PKB w Polsce oraz konkurencyjności na rynku – czego świadkiem zresztą byliśmy w ostatnich miesiącach.

Miliony z rządu

Skoro mówimy o pieniądzach – pojawił projekt ministerstwa sportu i Polskiej Organizacji Turystycznej i wiele wskazuje na to, że wkrótce wejdzie w życie pomysł dofinansowania polskich drużyn występujących w europejskich pucharach. O jakich kwotach mowa?

Ustawa przeszła przez Sejm i jest procedowana w Senacie. Programem jest objętych pięć dyscyplin, oprócz piłki nożnej, siatkówka, koszykówka, hokej i piłka ręczna. O konkretnych kwotach będziemy mogli mówić, jak zakończy się droga legislacyjna, ale to będą dobre pieniądze, które będzie można spożytkować choćby na to, by drużyny w kolejnych latach się wzmacniały, a nie osłabiały, przed kwalifikacjami do europejskich pucharów.  Będzie też dodatkowy dopływ środków na poprawę bazy szkoleniowej, wciąż w wielu miejscach w Polsce jest problem z trenowaniem późną jesienią, czy zimą, a ten projekt może pomóc w zapewnieniu warunków do treningu w taki sposób, aby młodzi piłkarze mogli przez cały rok się rozwijać.

Nie ma pan wrażenia, że problemem polskiej ligi nie są pieniądze, a ich redystrybucja? Na przykład tabela prowizji menedżerskich przeraża. Albo w ogóle w drugą stronę – Lech kasuje z transferów w ostatnich latach ok. 30 mln euro, do tego dostaje miliony zł z Ekstraklasy, a w Baku nie ma kto wejść z ławki, by ratować uciekający wynik.

Nie chcę oceniać działań klubów, bo każdy z nich samodzielnie kształtuje politykę budowania drużyn i różne czynniki mają na nią wpływ na te strategię. Patrząc z perspektywy całej ligi dużym pozytywem, jaki dostrzegam jest to, że wszyscy zawodnicy nominowani do tytułu najlepszego piłkarza poprzedniego sezonu, zostali w klubach. Nie ma więc tradycyjnej letniej wyprzedaży, która zdarzała się często i gęsto. W nadchodzącym sezonie zobaczymy więc ponownie na naszych boiskach Iviego Lopeza, Ishaka, Amarala, Josue, Grosickiego, a także Podolskiego, Kądziora, Wszołka i wielu innych najlepszych piłkarzy ligi. Doszło kilka nowych obiecujących nazwisk plus tradycyjnie liczę na to, że z dobrej strony pokażą się kolejni młodzi, utalentowani Polacy. Poprzedni sezon był jednym z najbardziej emocjonujących od lat. Mam nadzieję, że ten nadchodzący będzie równie ciekawy.

Sprawa młodzieżowca

Była jeszcze jedna sprawa, która rozpalała przed startem ligi. Czemu tak późno zapadły decyzje, co dalej z przepisem o młodzieżowcu? Dla klubów miało to przecież znaczenie w kontekście budowania kadr na nowy sezon.

Ta dyskusja trwała co najmniej od kwartału i pierwsze sygnały, o tym, że przepis może zostać zmieniony, wpłynęły do klubów kilka miesięcy temu. Były totalnie różne koncepcje. Zderzały się ze sobą pomysły pozostawienia przepisu w tej samej formule z próbami całkowitej rezygnacji z niego. Wybrana została droga kompromisu, co ułatwi nieco życie trenerom. Mając tak twardą regułę, jak do tej pory, byliśmy obok Rumunii jedyną ligą w Europie nakazującą grę młodzieżowcem w każdej minucie sezonu. Dziś jest większa elastyczność, bez skreślania szansy „dawania placu” młodym.

Nie uważa pan, że nowy przepis generuje ryzyko? Że kluby, którym będzie brakowało minut młodzieżowców, po zapewnieniu sobie utrzymania, nagle zaczną grać trzema, by nadrobić, przez co ich rywalom – grającym o jakieś cele – w końcówce sezonu będzie łatwiej?

Tak naprawdę to pytanie powinno być skierowane do PZPN-u, który podejmował decyzję w tej sprawie. My byliśmy tylko członkiem dyskusji. Z naszej strony była sugestia, że przepis nie powinien całkiem zniknąć, bo byłoby to wysłanie bardzo niekorzystnego sygnału do środowiska i kibiców.

Koronawirus znów będzie zagrożeniem?

Jak co jesień wróci pewnie temat koronawirusa. Jest ryzyko, że trybuny znów będą puste?

Przyglądamy się sytuacji. Statystyki rosną i niestety nie jest to dobry znak. Przed rokiem udało się rozegrać cały sezon z kibicami, a w 99 proc. – poza jednym grudniowym meczem – także w pierwotnie zaplanowanych terminach. Nauczyliśmy się żyć w rygorze podwyższonego ryzyka. Zresztą dyskutowaliśmy o tym podczas ostatniej Rady Nadzorczej. Szczęśliwie pojawiają się coraz lepsze środki zaradcze, jak choćby leczenie. W ostatnich miesiącach trochę poluzowaliśmy, nie wykluczam, że trzeba będzie jednak znowu przykręcić śrubę.

Jak dużą stratą dla Ekstraklasy jest brak Wisły Kraków? Będzie się to dało odczuć pod kątem np. oglądalności meczów, czy w tym kontekście to zupełnie bez znaczenia?

Będzie nam Wisły brakować. Szkoda, że klub z taką tradycją opuścił nasze grono i trzymamy kciuki, by jak najszybciej wrócił. Ale nie spodziewam się wielkich zmian w oglądalności. Liczba 1,2 mln osób oglądających Ekstraklasę co weekend jest na stabilnym poziomie, a trzeba pamiętać, że w miejsce Wisły pojawiła się inna duża marka – Widzew. Do tego pojawiły się też ponownie Korona Kielce i Miedź Legnica z bardzo dobrym wypełnieniem stadionów. Co nie zmienia faktu, że bardzo liczę na powrót Wisły.

Podobno Wisła zawsze była najbardziej kłopotliwa, gdy przychodziło do dyskusji o podziale pieniędzy.

Obecny model podziału został zaakceptowany przez kluby cztery lata temu i w ostatnich sezonach jakiejś większej dyskusji nie widzieliśmy. Mnie bardziej szkoda tego potencjału kibicowskiego, ale weryfikacja sportowa z ostatniego sezonu jest cezurą, z którą muszą liczyć się wszyscy w lidze niezależnie od wspaniałej historii i wcześniejszych zasług.

Komentarze