REKLAMA
REKLAMA

Mrużąc oczy: 15. kolejka Serie A

dodał: Tomasz Lubczyński  |  źródło: SerieA.pl  |  06.12.2016 23:59
Dlaczego mrużąc oczy? Bo jestem ślepy i często mrużę, gdy coś oglądam. A zazwyczaj widzę życie, które jest zbyt poważne, podobnie sprawy mają się z futbolem. Na szczęście piłka na Półwyspie Apenińskim często sprawia, że nie pozostaje nam nic innego, jak uśmiechnąć się i z politowaniem pokręcić głową. Jako wnikliwy, niestrudzony, masochistyczny i nieskromny obserwator calcio, chciałbym Was zabrać w zakręconą podróż po stadionach Serie A i w krzywym zwierciadle podsumować wydarzenia z tej kolejki. Nie zapinajcie pasów i nie regulujcie monitorów – to i tak nie pomoże.

TURBO ZIELU
Nie tak dawno Arrigo Sacchi miał mówić, że Napoli jest jak Ferrari, w którym skończyła się benzyna. Ładne porównanie, jednak ja wolę trzymać się zdecydowanie bardziej przystosowanej do polskich realiów, a przede wszystkim mojej, metafory. Od kontuzji Milika neapolitańczycy przeszli na gaz, a przełącznik na benzynę zaczął płatać figle - raz zadziała, częściej nie. Stąd też zdarzają się mecze jak ten z Sassuolo czy Dynamem, a później następuje egzekucja takiego Interu. W stylu jakby grali przeciwko beniaminkowi czy innemu Empoli.

Bo choć na zakończenie poprzedniego podsumowania nie miałem złudzeń - w meczu nerazzurrich z Fiorentiną spotkały się dwie przeciętne drużyny, to 3:0 od Napoli wciąż wydaje się wynikiem mocno na wyrost. Przynajmniej patrząc na papierze, bo Azzurri na swój triumf z całą pewnością zasłużyli. Inter coś tam próbował, jakieś akcje zaczepne wyprowadzał, ale w dużej mierze był odbiciem Fiorentiny z  ubiegłego poniedziałku. Fiorentiny z pierwszej połowy na Giuseppe Meazza, pragnąłbym uściślić. Ponadto potwierdziła się kolejna rzecz - mediolańczycy nie istnieją bez Mauro Icardiego. Argentyńczykowi nie dano zbytnio pograć, nie szło mu w Neapolu, a co za tym idzie nie było komu strzelać bramek. Choć sam wynik nie powinien nikogo dziwić - to już niemal 20 lat od ostatniego ligowego zwycięstwa nerazzurrich na San Paolo.

Jeśli narzekam na Icardiego, to musze jednocześnie dodać, że to nie ofensywa była tak naprawdę problemem. Bo i co z tego, że Maurito do spółki z Candrevą czy Perisiciem strzeliliby dwie bramki? W końcu defensywa i tak wpuściłaby więcej. Umówmy się, największym z obecnych kłopotów drużyny Stefano Pioliego jest gra w tyłach. Przed rokiem można było przynajmniej chwalić Mirandę za solidne występy, a i Murillo zdarzały się mecze niezłe i bardzo dobre. Teraz pierwszy jest parodią samego siebie z Atletico Madryt, a drugi przegrywa walkę o wyjściowy skład z Andreą Ranocchią, co chyba wystarczy za cały komentarz.

Nie zrozumcie mnie źle, nie oczekiwałem cudów od nowego trenera nerazzurrich. Stefano to nie Harry Potter, z kupy kamieni nie zrobi nagle złota. Ba, nawet czarodziejowi trudno byłoby to uczynić. Skoro wszyscy tak bardzo narzekali na Franka De Boera, to pokusiłem się na małe porównanie. Oczywiście nie w pełni miarodajne, bo Pioli prowadził mediolańczyków dopiero czterokrotnie, ale zestawienie i tak daje do myślenia. Mianowicie, za holenderskiego szkoleniowca drużyna zdobywała 1,1 punktu na mecz, były trener Lazio póki co może na Giuseppe Meazza pochwalić się średnią minimalnie niższą - dokładnie "oczko" na spotkanie. To jednak niezbyt miarodajne, zbyt mała próba po stronie Włocha. Zdecydowanie bardziej zastanawiać może natomiast statystyka straconych bramek - za Pioliego dziesięć w czterech meczach, u De Boera SZESNAŚCIE W 14 STARCIACH. To wszystko liczone razem z występami w Lidze Europy oczywiście.

Daje do myślenia, prawda? Inter musi po prostu wytrzymać miesiąc w obecnym stanie kadrowym, a styczeń wykorzystać na bardzo intensywne poszukiwania wzmocnień defensywy... albo spisać ten sezon na straty już teraz.

Na rynku transferowym też w końcu wypadałoby jednak zacząć poruszać się z nieco większa gracją niż dotychczas. O ile bowiem nikt nie zaprzeczy, że transfer Candrevy był świetnym ruchem, podobnie ściągnięcie Banegi za darmo, to już wyłożenie kupy pieniędzy na Gabigola i obecne plany wypożyczenia go poza Italię zakrawają na głupotę. Ewentualnie problemy z nadmiarem forsy. Pół biedy, jeśli okazałoby się, że w rzeczywistości chodzi o to drugie, jednak zdecydowanie bliżej mi do uwierzenia w pierwsze. Nie wiem natomiast, jak zakwalifikować ściągnięcie Kondogbii. Jestem bowiem przekonany, że poza Mediolanem powróciłby do gry, jaką już w swojej karierze pokazywał. Wszak nie bez powodu kosztował, ile kosztował. Oczywiście wojna z Milanem o podpis Francuza nie pomogła w zaoszczędzeniu na kupnie Żefrę, jednak jego pobyt w czarno-niebieskich to passa niekończących się niepowodzeń. W meczu z Napoli najlepiej podsumowali to komentatorzy włoskiego Sky Sports mówiąc, że "głowa, nogi i tułów Kondogbii nie poruszają się jednomyślnie". Dosadnie, ale celnie. Już pomijam serce, jakie 23-latek wkłada w walkę dla drużyny. Śmiechu warte:




Zważywszy, wracając do samego meczu i przechodząc powoli do Napoli, że Inter w całym 2016 roku wygrał tylko czterokrotnie poza Mediolanem w Serie A i za każdym razem było to z drużynami pokroju Empoli czy Frosinone i dodając Ranocchię w pierwszym składzie, myślę, że agent Gabbiadiniego pospraszał na San Paolo połowę skautingowej Europy. A przynajmniej powinien. Niemal każde starcie z Andreą w ataku sprawiało, że Manolo wyglądał na zdecydowanie lepszego zawodnika niż w rzeczywistości. Lepszego okna wystawowego nie można było sobie chyba wymarzyć.

Umówmy się, napastnik (skrzydłowy?) Neapol w zimie opuści, wszystko wskazuje na kierunek zagraniczny... i tak będzie chyba najlepiej dla wszystkich. Na zawsze w naszych pamięciach pozostaną starcia z ww. Ranocchią. Mam nadzieję, że przejdą one do klasyki calcio niczym pojedynki Maldiniego i Nesty z Ronaldo etc. Inna sprawa, że nawet przeciwko tak słabemu defensywnie Interowi, Gabbiadini nie potrafił strzelić gola i bardzo często widać było u niego syndrom złego wyboru. Strzał zamiast podania, dogranie zamiast uderzenia - to uproszczony obraz jego występu. Choć, oczywiście, umiał również dobrze ocenić niektóre sytuacje i zagrać optymalnie do rozwoju wydarzeń na boisku.

Tak naprawdę jednak gwiazda na neapolitańskiej murawie była tego wieczoru tylko jedna, szczególnie dla polskich kibiców. Piotr Zieliński zagrał najlepszy mecz w koszulce Napoli i chyba najlepsze spotkanie od przybycia do Włoch w ogóle. Doskonale wykończył piękną akcję całej drużyny golem na 1:0, a jeszcze lepiej wypatrzył podaniem Marka Hamsika na 2:0. Nie będzie sporą przesadą, jeśli napiszę, że Polak był reżyserem sukcesu Azzurrich tego wieczoru. Potwierdzają to tylko świetne oceny we włoskiej prasie, które dobrze byłoby podtrzymać w przyszłości.




Choć byłbym bardzo zdziwiony, gdyby podobny występ przyszedł Piotrkowi w przeciągu tygodnia, może dwóch, to jestem pewny, że będą one coraz częstsze. Nagle pozycja Allana w wyjściowej jedenastce przestała być taka pewna. Zresztą, podobnie mają się sprawy z Jorginho, wszak Diawara od pierwszego wejścia na boisko pokazuje w Neapolu OGROMNY talent. Sarri musiał w końcu dostrzec, że już najwyższy czas wprowadzać nowe twarze, bo ściągnął w lecie dobrych piłkarzy, którzy mogą wnieść sporo jakości do drużyny. Stąd też cieszy odkurzenie Roga, który pojawił się w drugiej połowie i wszyscy widzieliśmy, że już na ten moment jest co najmniej wartościowym zmiennikiem.

W tabeli wszystko w minionej kolejce ułożyło się pod Napoli. Wprawdzie Milan i Roma utrzymały przewagę, ale pokonanie Interu sprawia, że przynajmniej nie powiększyła się strata do podium. To wciąż ledwie cztery punkty, a przecież za pasem bezpośrednie spotkanie rzymsko-mediolańskie - tam ktoś na pewno straci. A neapolitańczycy krok po kroku odbudowują swoją pozycję - porażki Atalanty, Torino czy Lazio to woda na młyn dla Azzurrich, którzy turyńczyków ostatecznie przeskoczyli, a z pozostałą dwójką zrównali się punktowo. Na Juve nie ma co spoglądać, bianconeri są poza zasięgiem. Zresztą, na San Paolo na ten moment powinno skupić się na meczu z Benficą w LM i powrotem na pudło w lidze, gdzie w ostatnich sezonach wyraźnie się zadomowili.

ATALANTA?! SIADAJ, DWÓJA!
Nie spodziewałem się zwycięstwa Atalanty w Turynie. Liczyłem na świetny pojedynek i może remis, co byłoby doskonałym wynikiem dla ekipy Gasperiniego. Choć do tej pory La Dea była najlepszą drużyną na wyjazdach w Serie A, to i lepszych przed własną publicznością od Juventusu szukać ze świecą. Bianconeri są niepokonani na J-Stadium od bodaj 0:1 z Udinese na starcie poprzedniego sezonu. To mówi bardzo wiele. Stąd też nie może zbytnio dziwić fakt, że podopieczni Massimiliano Allegriego wystąpili w sobotni wieczór w roli srogiego nauczyciela. Cierpliwego, sprawiedliwego, ale surowego. Nie wybaczającego zaniedbań, karzącego za najmniejsze choćby przewinienie. Dziwnie patrzyło się na piłkarzy z Bergamo do tego stopnia bezradnych. Wszak to oni zazwyczaj sprawiali, że rywale pokroju Napoli czy Romy wyglądali jak dzieci we mgle.

Tym razem młodzież Gasperiniego trafiła na mur, od którego po prostu się odbiła. Szczerze? Z korzyścią dla siebie. Z takiej porażki wynieśli pewnie o wiele więcej doświadczeń niż z poprzednich sześciu zwycięstw z rzędu. Przegrać z Juventusem w Turynie to żaden wstyd i na pewno nie sprawi to, że morale w szatni Atalanty poszybuje w dół. Wręcz przeciwnie, przewiduję, że stanie się to samo, co w przypadku Juventusu po porażce z Genoą. Bój się kolejny przeciwniku La Dea, lękajcie się bianconeri z Udine. Barwy te same, więc złość po porażce z Juve będzie wyrazić na boisku tym łatwiej.

Dochodzimy tutaj do głównej tezy, którą chciałbym poruszyć podsumowując ten mecz. Mianowicie Stara Dama miała coś do udowodnienia. Mistrz Włoch osiągnął w poprzedniej kolejce kres wytrzymałości. Wszyscy non-stop mówili o słabej grze, za którą wciąż jednak szły pozytywne (najczęściej) wyniki. Genoa jednak obnażyła wszystko to, o czym szeptano do tej pory. Bardzo ważnym było więc, by Juventus pokazał, gdzie ma krytykę, a przede wszystkim, by wyszedł na boisko i przekonująco wygrał mecz z piekielnie rozpędzonym przeciwnikiem. W tej nobliwej damie wciąż tkwi sporo ikry, cały czas zna się na rzeczy. Nawet poczciwych Zebr nie powinno się drażnić, bo mogą w sobie obudzić Lwa. Pięknych haseł mógłbym wymyślić więcej, zejdźmy jednak na ziemię...

... czas na Ligę Mistrzów, a później kolejny trudny przeciwnik. Przeciwnik derbowy w dodatku - mecze z Torino nigdy nie należą do łatwych, a Byki będą do niego podchodzić w identycznych nastrojach, co Juve do starcia z Atalantą. Zrobią wszystko, by zmazać złe wrażenie po wyniku w Genui. Nie zgadza się tylko genueński przeciwnik, poza tym wszystko jest aż nazbyt podobne. Strzeż się Mistrzu, nadchodzi szarża.

Nim jednak to, wróćmy do wydarzeń z minionej soboty. Przede wszystkim dwie statystyki. Pierwsza - Atalanta straciła na J-Stadium pierwszą bramkę z gry od 740 minut. Tak, dopiero Alex Sandro przerwał piękną passę, bo choć La Dea wyciągała piłkę z siatki z Interem i Romą, to oba trafienia miały miejsce ze stałych fragmentów gry - nerazzurri strzelili z wolnego, giallorossi z jedenastki. Brawa dla Juve, jednak zganić bianconerich należałoby za grę defensywną. Nawet nie w samym meczu przeciwko drużynie Gasperiniego, ale ogólnie w tym sezonie.

Choć na własnym stadionie Stara Dama nie straciła jeszcze punktów w obecnych rozgrywkach ligowych, to kończyła na J-Stadium z czystym kontem zaledwie dwa mecze, oba z beniaminkami - Pescarą oraz Cagliari. W dodatku w poprzednim sezonie, mając po 15 kolejkach dziewięć punktów mniej niż obecnie i będąc już po najgorszym okresie w sezonie, piłkarze Allegriego wciąż mieli po stronie strat dwie bramki mniej - 11 do 13 obecnie. Niby nic, ale jednak pokazuje, że defensywnie nie wszystko trybi w Turynie tak, jak do tego wszyscy przywykli. Choć wiecie co? Pewnie za bardzo się czepiam, bo wciąż mówimy o zdecydowanie najlepszej defensywie w całej lidze. No, ale pod tym względem bianconeri od dawna biją się we Włoszech tylko z własnym cieniem i to oni sami wyznaczają sobie nowe cele, standardy i wyzwania.

Jeśli miałbym wskazać zdecydowanego MVP sobotniego wieczoru, to byłby to Mario Mandzukić. Napastnik Juve był tego wieczoru dosłownie wszędzie, walczył za dwóch w defensywie (czyli za siebie i Higuaina?) i angażował się w grę do tego stopnia, że przy jednej z prób odbioru... rozerwał spodenki. No cóż, mi zdarza się ta sztuka często przy zwykłym chodzeniu, w dodatku dżinsach, ale chyba żadne wydarzenie lepiej nie oddaje tego, jak bardzo Chorwat chciał w tym spotkaniu. Musiał wyczuć, że powrót Dybali do składu zbliża się wielkimi krokami i postanowił za wszelką cenę pokazać Allegriemu, że jest bardziej przydatny od Higuaina.

Ta sztuka na pewno mu się udała, choć nie rozumiem przesadnych zachwytów nad zablokowaniem dwóch strzałów w pierwszej połowie. Okej, nieźle to wyglądało, ale jednocześnie wydawało mi się zbędne. Gdyby napastnik sobie odpuścił efektowne wybicia, Buffon raczej (na pewno z drugim) by sobie spokojnie ze strzałami poradził. A gdyby Chorwatowi, w myśl zasady, że napastnik we własnej szesnastce to niebezpieczeństwo, coś nie wyszło? Tylko sprokurowałby ogromne niebezpieczeństwo. Nie zmienia to jednak faktu, że był na boisku zdecydowanie najlepszy, tym bardziej, że do wszystkich starań dołożył gola. Bo że byłby przyzwoitym defensywnym pomocnikiem, pokazywał już od dawna. Tylko z trafieniami bywało różnie, a jednak za to należy rozliczać snajpera.

Drugim zwycięzcą pojedynku z Atalantą był bezsprzecznie Miralem Pjanic. W końcu ustawiony na pozycji trequartisty, w końcu z większa swobodą na boisku, w końcu z wymiernymi korzyściami dla drużyny. Dwie asysty ze stałych fragmentów i niemal gol (kolejny) z wolnego. Ciekawe tylko, czy Allegri pozostanie przy 4-3-1-2, gdy wykurują się już podstawowi obrońcy? Pewnie nie. Pytanie, czy bośniacki pomocnik grając w 3-5-2 również będzie tak przydatny drużynie jak w sobotę? Całkiem możliwe, ale widziałem gdzieś opinię, że w takiej sytuacji przydałby mu się "ochroniarz" w drugiej linii. Ktoś pokroju Goliata - taki N'Golo Kante (paradoksalnie wobec wzrostu Francuza) byłby jak znalazł.

PS Co ze Sportiello? Zostawilibyście go w pierwszej jedenastce Atalanty? Mam mieszane uczucia, trochę się Włoch ostatnio pogubił i zmierza w kierunku zostania kolejnym Viviano czy Marchettim. Dobrym i nic więcej. Berisha wróć?

(NIE) TYPOWY MILAN, TYPOWE CROTONE
Jeśli pewny byłem jednego wyniku w tej kolejce, to była to wygrana Milanu. Nie miałem wątpliwości, że rossoneri pokonają Crotone. To nie to, że tak bardzo ufam w umiejętności mediolańczyków. Co to, to nie. Po prostu beniaminek sezonu jest najsłabiej grającą drużyną w Serie A w drugich połowach. Nie wystarcza im sił i najczęściej dostają baty. W dodatku patrząc na ich grę defensywną, szczególnie bez Claitona na stoperze, już dawno zacząłem odnosić wrażenie, że najgroźniejszą bronią wobec Rekinów są oni sami. Jedyne co musi robić przeciwnik, to cały czas napierać, a obrona Crotone zrobi już całą resztę. Ten niemający racji bytu w ekstraklasie zbiór piłkarzy gubi się pod presją - skracając cały akapit do jednego zdania.

Oglądałem w całości około, żeby nie skłamać, 10 meczów beniaminka w tym sezonie. Pozostałe w skrótach czy innych symulkastach. Stąd też byłem spokojny - Milan może grać piach, może nawet przegrywać 0:1, a i tak wyrwie zwycięstwo. Tylko potwierdziło to wyrównanie - najgorsza rzecz, jaka mogła spotkać Crotone przed przerwą. Bo do tego czasu jakiś 1% mojego umysłu (a raczej jeden procent z tych kilku, które wykorzystuję na co dzień) potrafił wyobrazić sobie sytuację, w której gospodarze grają z hurraoptymizmem i tracą z kontry na 0:2. To byłoby takie typowe...

... dla dawnego Milanu. Ignazio Abate po meczu z Empoli mówił, że takie pojedynki kiedyś rossoneri przegrywali. Pełna zgoda. Jednak słowa bocznego obrońcy są jeszcze bardziej aktualne po niedzielnym spotkaniu. Wszak to tutaj sytuacja była na dużo większym styku, mogło się zdarzyć właściwie wszystko. Wszystko zresztą zmierzało powoli do katastrofy, tak znajomej w poprzednich rozgrywkach. Gdy Niang nie trafił karnego, wielu kibiców rossonerich musiało zwiesić głowy - "here we are again", znowu to samo. Gdy Gianluca Lapadula zamiast trafić do bramki z metra, pozwolił piłce w niekontrolowany sposób odbić się najpierw od swojej nogi, a następnie ręki, z ust niejednego sympatyka Diavolich wyrywał się stłumiony, histeryczny chichot. Wracały wspomnienia z Drogi Krzyżowej, jaką było 38. kolejek poprzedniego i jeszcze wcześniejszych sezonów. Wieczna droga przez mękę bez szans na zmartwychwstanie.

Rozgrywki 2016/2017 to jednak ten trzeci dzień, gdy Milan ostatecznie z martwych powstał. Dlatego też punktów głupio już prawie nie gubi, dlatego też w 86 minucie Gianluca Lapadula do siatki trafił i zapewnił wygraną miejscowym. Oczywiście nie obyło się bez wymiernej pomocy obrony Crotone, ale nawet Jezus nie dokonał wszystkiego w pojedynkę. Ba, nawet dać złapać nie potrafił się sam - potrzebował do tego Judasza.

Tym w niedzielę mógł okazać się Niang - obok Sosy i De Sciglio najsłabszy w Milanie. Szczytem występu Mbaye była sytuacja przy rzucie karnym - kamery zarejestrowały, że zabrał jedenastkę poszkodowanemu Lapaduli. Gdyby trafił, nie byłoby tematu, a tak... Choć nie uważam, by wapno wykonał źle. Fenomenalnie w bramce zachował się bowiem Cordaz, który mógł, a nawet powinien zostać bohaterem Rekinów. Na usprawiedliwienie samego zachowania bocznego napastnika rossonerich - to Mbaye był wyznaczony jako pierwszy do karnych. Nie zrobił więc nic złego... poza tym, że nie zdobył ze stałego fragmentu gola.

Ostatecznie herosem ponownie był Lapadula. Z każdym golem Włocha sytuacja w napadzie rossonerich staje się ciekawsza. Wszak wciąż w odwodzie pozostaje, na ten moment kontuzjowany, Carlos Bacca. Kolumbijczyk już niejednokrotnie pokazywał w Mediolanie, że jest gwarancją goli. Ostatnio coś się zacięło, napastnikowi zrobiło się jakby duszno w drużynie, o czym najlepiej świadczy wyjazd do Sewilli. Nie zamierzam siać fermentu, facet miał pełne prawo do chwili wytchnienia, jednak jeśli Lapadula dalej będzie regularnie strzelał, to potrafię wyobrazić sobie sytuację, gdy Carlos zapozna się nieco bliżej z ławką rezerwowych. Z korzyścią dla drużyny, bo zdrowa rywalizacja jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

A nic nie umniejszając samemu Lapaduli, po 15. kolejce zapamiętam go głównie z nogo-ręki przy stanie 1:1. To dużo śmieszniejsze:




Nieco mniej do śmiechu było pewnie kibicom rossonerich nie tylko przy powyższej sytuacji, ale także patrząc na grę choćby Sosy. Nic dziwnego, że trener nie daje mu praktycznie grać, teraz znamy powody. Mało tego, choć nie można odmówić Pasaliciowi gola na 1:1, to na boisku boleśnie odczuwalny był w drużynie miejscowej brak Giacomo Bonaventury. Kontuzjowany pomocnik ma właśnie negocjować nowy kontrakt. Do tej pory zarabiał milion euro (przy 2 milionach wiecznie leczącego się Bertolacciego!). Najwyższy czas na wysoką podwyżkę, szczególnie, że powalczy o nią niezawodny w tych sprawach Mino Raiola.

Skoro mówimy o nieobecnych, to dla nikogo chyba nie jest tajemnicą powód, dla którego na boisku w niedzielę nie pojawił się od pierwszej minuty Juraj Kucka. Z jednej strony miał odpocząć, bo przeciwko Empoli ostatecznie się nie udało, ale przede wszystkim - Czołg, jak lubią nazywać piłkarza kibice Milanu, był o żółtą kartkę od zawieszenia. A za tydzień czeka mecz z Romą... po co ryzykować, że grający bardzo fizycznie Słowak zbierze niepotrzebne napomnienie i zabraknie go w ważniejszym pojedynku? No cóż... zabraknie go tak czy inaczej. Wszedł bowiem na boisko w samej końcówce i zdążył zapracować na kartonik wykluczający go z arcyważnego spotkania. Komplikują się sprawy rossonerim, oj komplikują...

PS Wiedzieliście, że Davide Nicola i Vincenzo Montella grali razem przez pół roku w Genoi w Serie B? Okej, o tym mogliście słyszeć. Zdecydowanie mniej osób wie jednak, że Nicola zmusił swego czasu Montellę do przeczytania książki Paolo Coelho. No cóż, szkoleniowiec Milanu w końcu się zemścił... choć panowie pozostają przyjaciółmi nawet po tym meczu ;)

NIBY ŁUKASZ, A CZASEM SIĘ MYLI
W zapowiedzi przed spotkaniem pomiędzy Sassuolo i Empoli pisałem, że to bodaj najłatwiejszy moment dla neorverdich na podniesienie się nie tyle z kolan, co całkowicie z ziemi. Przez ostatnie kilka tygodni drużyna Eusebio Di Francesco została bowiem solidnie przeciągnięta po glebie. Co ja piszę! Nie glebie, żwirze! Co neroverdi by nie robili, zawsze kończyło się źle. Nie będę już nawet ponownie wypominał im przegrania wygranego meczu w Genui, bo sama porażka to największa bodaj kara za ostatnie kilka minut z Sampdorią i przejście od raju (2:0) do piekła (2:3).

Nie sądziłem jednak, że tak duży udział w pewnym 3:0 gospodarzy będzie miał w niedzielę Polak. Zazwyczaj w Empoli bywało bowiem tak, że Łukasz Skorupski był jedynym akcentem pozytywnym defensywy. Nasz rodak bronił więcej niż praktycznie mógł i w końcu wyciągał piłkę z siatki, bo wszystkiego wyłapać po prostu się nie dało. A na swoją defensywę nie miał co liczyć. Stąd też myślałem raczej, że będziemy świadkami typowego Empoli i niezmiennie znajomego Skorupskiego. Nic bardziej mylnego.

Polak bardzo szybko sprokurował rzut karny faulując sprytnie uciekającego z piłką (ale nie nogami) Antonino Ragusę, a w drugiej połowie popełnił błąd wypuszczając niskie uderzenie Ricciego przed siebie, gdzie bierność defensywy wykorzystał wyżej wymieniony skrzydłowy, sprowadzony przed sezonem z Ceseny. Jeden słabszy wynik niczego wprawdzie nie zmienia, za tydzień nasz rodak pewnie wróci do najwyższej dyspozycji. Tym razem koncentracji jednak zabrakło i nie wypada być hipokrytą, wspomnieć o tym po prostu trzeba.




Choć jednocześnie nie można zapominać, że przy obu rzutach karnych Sassuolo Łukasz wyczuł intencje strzelców i jedynie fakt, że wapna były uderzone idealnie sprawił, że bramkarz z Zabrza ostatecznie żadnej jedenastki nie wybronił.

Choć dla Empoli była to trzecia porażka z rzędu, to niewiele ona zmienia w ich sytuacji w tabeli. Do cholery, cała reszta hałastry bijącej się o utrzymanie jest w jeszcze gorszej formie. Palermo przegrywa bez przerwy od bodaj dwóch miesięcy, niewiele lepiej jest wśród beniaminków z Pescary i Crotone. To główny powód, dla którego kibice Azzurrich póki co mogą spać spokojnie. Niby pocieszenie marne, ale jeśli dzięki temu mają utrzymać się w elicie, to na finiszu sezonu, mimo wszystko, nie będą raczej narzekać. Podobnie jak, odwracając zupełnie proporcje, Juventus nie zamierzałby się przejmować, gdyby wygrał ligę będąc non-stop krytykowanym i Scudetto zawdzięczał nie swojej sile, a raczej słabości rywali. Efekt ponad wszystko.

Sassuolo natomiast może być z siebie zadowolone, bo komplet punktów zdobyło w ostatnim momencie. Kryzys zażegnany(?), gdy za pasem majaczy się już mały maraton przedświąteczny. Na rozkładzie neroverdich najpierw Fiorentina, następnie zaś Inter i przed samą gwiazdką Cagliari. Ile by do końca roku piłkarze Di Francesco punktów nie zdobyli, w ciemno typuję ich na Rycerzy Wiosny. O ile kontuzje pozwolą, oczywiście.

Już w czwartek czeka natomiast pożegnanie z Europą - na MAPEI Stadium przyjeżdża Genk. Jeśli w ostatnim meczu w LE piłkarze Di Francesco zwyciężą, to radość będzie wśród kibiców pewnie jeszcze większa niż w niedzielę:




PRZEZNACZENIEM PESCARY JEST "SPADNĄĆ"
Jak przed tygodniem, mrugam do tych, którzy poznali się na nawiązaniu z tytułu (był ktoś taki w ogóle?). Jak niemal od początku sezonu, zapytuję już wszystkich - czy jest w tej lidze słabsza ekipa od Pescary? Wiele można bowiem zarzucić takiemu Crotone, ale nie brak walki i wykorzystywania okazji. Rekiny mają to do siebie, że przegrywają głównie z powodu swojej nieudolności i wyraźnie niższego poziomu od rywali. Pod tym względem są bezsprzecznie dnem włoskiej ekstraklasy. Jednakże to Pescara jest ekipą, która dostaje szanse od losu i nigdy ich nie wykorzystuje.

Gdyby piłkarze Massimo Oddo wygrywali wszystkie spotkania, w których kończyli w przewadze (czasem nawet dwóch zawodników!!!), to byliby obecnie na miejscu gwarantującym utrzymanie, w dodatku z bezpiecznym buforem czterech punktów nad strefą spadkową. To byłaby jednak najwyraźniej zbyt prosta droga. Delfiny wybrały bowiem ścieżkę przez mękę i cierpienie. Wciąż mówimy o ekipie, która nie wygrała jako jedyna spotkania w Serie A - wprawdzie przy zwycięstwach widnieje u nich jedynka, jednak to pamiętny walkower z Sassuolo. Pozostałe punkty beniaminek zdobył poprzez remisy, w których zdaje się specjalizować - zdobyczą dzielił się już pięciokrotnie w obecnych rozgrywkach, nikt nie uczynił tego więcej razy niż Pescara.

Czasem mam wrażenie, że Delfiny to podobny przypadek do Interu - pojedynczy piłkarze to dobre nazwiska, które przydałyby się w niejednym klubie wyżej w tabeli, ale w tym konkretnym zestawieniu nie chcą w pełni odpalić. Zampano, Biraghi, Brugman, Caprari, Verre, Memushaj, Benali - to zawodnicy, którzy zasługują na Serie A, choć w Pescarze zazwyczaj tego nie pokazują.
Tak było w niedzielę, gdy dali się zaskoczyć w pierwszej połowie Borriello i wydawało się, że czeka ich smutna porażka, jednak wówczas w cztery minuty wykartkował się Di Gennaro i otworzyła się przed Delfinami wielka szansa - blisko godzina gry w przewadze przeciwko najgorszej defensywie Serie A. Nie byliby sobą, gdyby jej nie wykorzystali. Ponownie zobaczyliśmy bowiem w natarciu największego wroga drużyny Oddo - nieskuteczność. Co z tego, że gospodarze oddali 19 strzałów na bramkę Storariego, skoro tylko dwa z nich były celne? W ten sposób trudno zdobyć trzy punkty, naprawdę.

A przecież to Cagliari było o włos od wywiezienia ze Stadio Adriatico kompletu! Gianluca Caprari wyrównał stan rywalizacji dopiero w doliczonym czasie gry i tym samym zapewnił "oczko" miejscowym. Niestety, ale wymierną pomoc otrzymali oni od Polaka, Bartosza Salamona. Obrońca pojawił się na boisku po przerwie, zmienił z konieczności Fariasa. Wszak grając w dziesiątkę rossoblu mieli skupić się na defensywie. Tak też się stało i szło im przyzwoicie aż do 91 minuty, gdy Biraghi wrzucił piłkę w pole karne, a nasz rodak źle się ustawił (podobnie jak Bruno Alves) i nie zdołał wybić futbolówki głową. Skoro wiecznie piszę o NAJGORSZEJ DEFENSYWIE SERIE A, to trzy grosze dorzucił również bierny Pisacane i Caprari zdołał zdobyć bramkę na 1:1. Nie można więc mówić jedynie o winie Salamona, jednak nie można również przemilczeć wcześniejszej sytuacji, gdy Polaka oszczędził sędzia - Bartek zagrał ręką we własnej szesnastce, co umknęło (KOGOŚ TO DZIWI?!) Daniele Orsato.

PS Łączę się w bólu z Memushajem - facet zawsze się stara, a niemal nigdy nie wychodzi. Frustracja musiała do tej pory osiągnąć niebezpiecznie wysoki poziom.





SAMPDORIA JAK FERRERO

Nie ma w Serie A zbyt wielu drużyn bardziej nieprzewidywalnych od Sampdorii. Blucerchiati potrafią wygrać przegrany mecz i potrzebują na to ledwie kilku minut (jak z Sassuolo), potrafią też stracić punkty z drużyną uwłaczającą poziomem ekstraklasie (jak z Crotone). Po 15. kolejce możemy do tego dodać kolejne szaleństwo genueńczyków - tym razem pokonali piekielnie mocne, zdawałoby się, Torino. Pewnie, ktoś może powiedzieć, że podopieczni Giampaolo mieli nieco szczęścia w niedzielę. Nikt nie zaprzeczy jednak, że jeśli ktoś na pewno dorównuje jedenastce z Marassi w szaleństwie, to jest to jej właściciel, Massimo Ferrero. Dobrał drużynę pod siebie, nie ma co.




Nie chcę z tego miejsca niczego odbierać gospodarzom, jednak od momentu zdobycia gola stanęli niemal w miejscu, niejako prosili się o wyrównanie Torino. Byki robiły, co mogły, ale nie tylko niezły mecz rozegrał Puggioni, ale również podopieczni Sinisy Mihajlovicia byli najzwyczajniej w świecie nieskuteczni. Nie sprawili więc sobie i kibicom prezentu z okazji 110 urodzin klubu. Dlatego też na pewno ucieszy sympatyków Granaty fakt przedłużenia kontraktu z najlepszym graczem Andreą Belottim. Kogucik związał się z Torino umową do 2021 roku i zgodził się w dodatku na klauzulę odstępnego w wysokości 100 milionów euro. Odnosi się ona jednak tylko do klubów zagranicznych. Tifosi Byków mogą więc spać spokojnie - Juventus nie podkupi ich gwiazdy niczym Higuaina czy Pjanicia przed obecnym sezonem. Mała rzecz, a cieszy.

Wracając do meritum: Sinisa Mihjalovic, któremu wyraźnie nie udał się powrót do Genui, przyznał po meczu, że nic się nie zmienia - Torino wciąż walczy. Nie sprecyzował o co, więc dopowiem za niego: O LIGĘ EUROPY. Taki cel przyświecał Granacie od początku i jak pięknie by nie grali, powinni się tego trzymać. Przy tym oczywiście cały czas marzyć o podium, jednak w tabelę spoglądać z realizmem - powrót do europejskich pucharów po utracie całej defensywy przed sezonem to będzie wielki, wielki wyczyn.

A jeśli mają Belotti i spółka na poważnie myśleć o Lidze Mistrzów, to idealna okazja do potwierdzenia ewentualnych aspiracji i zweryfikowania pragnień przyjdzie już za tydzień w Derbach Turynu z Mistrzem Włoch i liderem tabeli, Juventusem. Ograją Starą Damę, wyślą poważny sygnał reszcie ligi. Problem w tym, że nie mogą pozwolić sobie na takie wpadki, jak ta w niedzielę... a jestem dziwnie spokojny, że ta sztuka okaże się o wiele trudniejsza niż teoretyczne zgarnięcie kompletu w spotkaniu z rywalem zza miedzy.
Na koniec zostawiamy Karola Linettego. Polak rozpoczął mecz na ławce i wyszło mu to na dobre z dwóch powodów. Po pierwsze - w końcu odpoczął. Nasz rodak był eksploatowany przez Marco Giampaolo do granic możliwości i należało mu się trochę oddechu. Poza tym nie trzeba ukrywać, że ostatnie występy Karol miał po prostu słabsze. Stąd też wejście dopiero w drugiej połowie mogło sprawić, że zdał sobie sprawę z ważnej rzeczy - szkoleniowiec Blucerchiatich ma wystarczająco dużo głębi w pomocy, by Linetty nie czuł się niezastąpiony.

Czy taki był zamysł trenera? Nie mam pojęcia, ale jeśli tak, to poszło idealnie. Gola na 2:0 w końcówce strzelił wprawdzie Schick, ale całą akcję bramkową zrobił nasz rodak, gdy niczym buldożer wdarł się z boku pola karnego między obrońców Torino i odegrał do kolegi z zespołu. Były gracz Lecha Poznań to prawdziwa gwiazda w Genui i jeśli ktoś ma jeszcze co do tego wątpliwości, to niech obejrzy sobie poniższe wideo:




DERBY... DERBY NIGDY SIĘ NIE ZMIENIAJĄ
Jednego przed meczem o Rzym byłem pewny - zdecyduje defensywa. Tak, obie drużyny grają pięknie z przodu, więc mogłoby się wydawać, że to właśnie w ataku rozstrzygnie się cała sprawa. No cóż... nie. To właśnie ten, kto zneutralizuje ofensywę przeciwnika był w moim mniemaniu zwycięzcą. Zważywszy, że Roma ostatnio dała sobie wbić dwie bramki PESCARZE, miałem wrażenie, że przed pierwszym gwizdkiem za minimalnego faworyta należałoby uznać Lazio. Zdanie w tej kwestii można było mieć inne, moje zweryfikowało boisko, ale sprawdziła się teza z pierwszego zdania. Kluczowa była obrona i błędy tejże. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Wallace, który popisał się kompletnym brakiem wyobraźni dryblując na szesnastym metrze mając za sobą tylko bramkarza. Hyc i 0:1. Później jeszcze dobry strzał Nainggolana i mimo wszystko błąd Marchettiego. Tylko tyle, a mieliśmy po derbach. Przy różnicy jednej bramki wszystko mogło się jeszcze zdarzyć.

Choć uderzyło to w nich rykoszetem, brawa dla biancocelestich za próby rozważnej gry z tyłu. Piłkarze Inzaghiego kontynuowali to, co widziałem już z Palermo. Próbowali spokojnie wychodzić spod pressingu i rozpoczynać swoje akcje od rozgrywania już na 20 metrze. Problem w tym, że taka sztuka jest zdecydowanie łatwiejsza i mniej ryzykowna, gdy naprzeciw siebie ma się piłkarzy pokroju Diamantiego czy Quaisona. Przed Lazio jeszcze sporo nauki w tej kwestii - muszą wiedzieć, jak zachować balans. Czasem warto wybić piłkę w cholerę do przodu. Choć każdy błąd będzie procentował na przyszłość i jestem przekonany, że pomysł Inzaghiego na defensywę może w dłuższej perspektywie wypalić. Tylko błagam - niech już zdrowy będzie Bastos. Albo niech już Radu na stałe zostanie na stoperze z De Vrijem. Wallace w zdecydowanie bezpieczniejszych dawkach, to zalecenie doktora (konowała?) Lubczyńskiego.




Żeby nie było - Roma w pełni zasłużyła na derbowe zwycięstwo. Giallorossi zagrali bezlitośnie i nadspodziewanie pewnie w defensywie. Przewidywałem, że Emerson będzie miał ciężką przeprawą z Andersonem na skrzydle, tymczasem było wręcz przeciwnie. W dodatku cały zespół Luciano Spallettiego pokazał, co oznacza zgranie i długofalowe budowanie. Nie można bowiem zapominać, że trener jest z Wilkami już od dłuższego czasu, szczególnie w porównaniu z półroczem, które za Inzaghim w Lazio.
Bezsprzecznym bohaterem giallorossich był oczywiście Radja Nainggolan. Facet pokazał, że jest jednym z najlepszych na swojej pozycji w Italii. O Europie się nie wypowiadam, bo zbyt mało oglądam meczów spoza Serie A, by móc to sprawiedliwie ocenić. Nie zmienia to faktu, że Belg był tego popołudnia wszędzie, walczył, strzelał, zdobył bramkę na 2:0. Występ idealny? Na pewno bardzo do niego zbliżony. Momentami wręcz ośmieszał przeciwników, a Wallace'owi pokazał, jak drybluje się przed własnym polem karnym. Gdy ma się nie tylko jaja, ale i umiejętności.




W samym spotkaniu swój udział musiał zaznaczyć niestety arbiter, Luca Banti. Zacznę od sytuacji z faulem na Bruno Peresie. Po pierwsze przewinienia nie było - to już pierwszy błąd pałka... sędziego. Drugi nastąpił w tej samej sytuacji, bo skoro gwiżdżemy już zagranie niezgodne z przepisami, to powinni giallorossi otrzymać rzut karny. Mało tego, przejdźmy do największej kontrowersji derbowej. Strootman oblał wodą rezerwowego Lazio, za co Cataldi w odpowiedzi szarpnął go od tyłu za koszulkę. Efekt? Danilo z czerwoną kartką - tutaj bez zastrzeżeń. Co dla Kevina? TYLKO ŻÓŁTY KOLOR. Jak dla mnie, to i on powinien boisko opuścić. Jeśli chcemy być sprawiedliwi w ocenie, oczywiście. Trzeci błąd, Banti. Wylatujesz pan.




Skoro jednak mowa o kontrowersjach, to największe miały miejsce po meczu, gdy Lulic podsumował Rudigera słowami: "Jeszcze dwa lata temu sprzedawał skarpety i paski w Stuttgarcie, a teraz ma się za niewiadomo jaki fenomen". I rozpętał burzę. Szczególnie, że słów nie odwołał. Dodał tylko, że "przecież biali też sprzedają skarpetki!". Co nie zmienia faktu, że to, co powiedział w Italii ma wydźwięk podobny, gdyby w rodzimej Ekstraklasie Polak skwitował śniadego zawodnika drużyny przeciwnej mówiąc, że "ten jeszcze niedawno wciskał ludziom na ulicy tanie perfumy". Kontekst jest jednoznaczny, prawda? I tak, kolor skóry zawsze ma znaczenie.
Odejdźmy jednak od tego, co przykre i spójrzmy w samą tabelę - zaczynamy od Romy. Dla giallorossich to dopiero pierwszy z bardzo ważnych momentów grudnia. Za tydzień, już po nic nieznaczącym starciu z Astrą Giurgiu, czeka ich pojedynek z posiadającym tyle samo punktów Milanem, a jeśli tego Wam mało, to w połowie miesiąca przyjdzie czas na starcie na J-Stadium z Juventusem. To prawdziwe chwile prawdy dla ekipy Spallettiego. Do końca 2016 możemy poznać odpowiedzi na kilka ważnych pytań.

Podobnie ma się sytuacja w przypadku Lazio, które właśnie zakończyło serię dziewięciu meczów ligowych bez porażki. Powrót na zwycięską ścieżkę może natomiast nie być łatwy - w 16. kolejce spotkają się z nieobliczalną Sampdorią w Genui, później podejmą Fiorentinę, by rok zakończyć pojedynkiem w Mediolanie. Nie, nie z Milanem - 21 grudnia czeka na nich Inter. Czy z prezentami na Gwiazdkę? Zobaczymy.

PS Choć nie mam nic przeciwko Dzeko idącemu po tytuł króla strzelców, to ciepło zrobiło się na sercu, gdy zobaczyłem przebłyski dawnego Bośniaka. Takiego Edina też kocham!




PPS Z cyklu - policjant też człowiek i z gola się cieszy :)





SĘDZIA DO WYMIANY (STUDENCKIEJ)

Ostatni mecz w niedzielę miał być podobnie łatwy, jak ten wcześniej w Mediolanie. Ostatecznie podobieństwo dało się zauważyć, ale tyczyło się one raczej dramatyzmu. Tak jak Milan strzelił na 2:1 w samej końcówce, tak i Fiorentina zdołała wyrwać komplet dopiero w ostatniej akcji pojedynku. O ile jednak rossoneri byli sami sobie winni, to Viola mogła mieć sporo pretensji do arbitra. Tak, ponownie sędzia partaczył podczas spotkania florentczyków, ponownie był bliski wpłynięcia na wynik. Ba, wpłynął, bo zamiast 2:1 mogło spokojnie skończyć się np. 4:2.

Czasem mówi się, że arbiter zapomniał zabrać kartek z szatni. No cóż, pan Piero Giacomelli chyba nie zabrał okularów, bo to, co wyprawiał na Artemio Franchi wołało o pomstę do nieba. Już w czwartej minucie Palermo powinno dostać rzut karny za faul Tomovicia na Quaisonie, a samego obrońcę Violi sędzia winien był ukarać żółtą kartką. Nie ma mowy o czerwieni, w końcu nie powinno się karać podwójnie za tę samą akcję. Giacomelli nie gwizdnął jednak wówczas w ogóle, Serb wciąż miał czyste konto, które zażółciło się dopiero po zmianie stron - to już było potencjalne wykluczenie, czyż nie?

Nie zmienia to faktu, że do tego czasu Fiorentina powinna prowadzić już 3:1. Naprawdę nie wiem, jak sędzia dopatrzył się najpierw pozycji spalonej Nikoli Kalinicia, a następnie przewinienia Khoumy Babacara. Kij z głównym, mógł być źle ustawiony, zdarza się. Ale od czego jest człowiek za bramką? Od pobierania wypłaty po meczu? Czasem można odnieść takie wrażenie, bo ten stojący za Posavecem pierwszą połowę najwyraźniej przespał. W takich momentach z całego serca jestem za powtórkami wideo. Nawet ewentualne przerwy w grze nie byłyby gorsze od tego, co obecnie oglądamy na włoskich (i nie tylko) boiskach.

Fiorentinie udało się jednak zdobyć komplet, więc koniec końców przynajmniej punkty powędrowały we właściwym kierunku. Punkty bardzo ważne, bo już wkrótce prawdziwy maraton przed Violą, podczas którego o kolejne zdobycze nie będzie już tak łatwo. Szczególnie jeśli wciąż przeszkadzać będą sędziowie. Po ciężkiej podróży na spotkanie z Karabachem w Lidze Europy, czeka florentczyków pojedynek z Sassuolo. Trzy dni później trzeba będzie odrobić zaległy mecz z Genoą, by tuż przed świętami najpierw zagrać w Rzymie z Lazio, a rok zakończyć na Artemio Franchi z Napoli. Patrząc po przeciwnikach -  to nie jest zwykły maraton, to raczej zawody Iron Man. Dlatego też nowy trener we Florencji na nowy rok nie powinien nikogo zdziwić. Posada Paulo Sousy i tak zdaje się wisieć od dłuższego czasu może nie na włosku, ale na co najwyżej kilku włosach. Umówmy się, zwycięstwami nad Palermo nikogo nie udobrucha.

Na Sycylii mamy natomiast dziewiątego trenera w roku kalendarzowym i drugiego w tym sezonie. Na niewiele się to zdało, rosanero śrubują serię porażek. Ta we Florencji to już ósma z rzędu. Oznacza to, że Maurizio Zamparini zwolnił De Zerbiego dopiero po siedmiu kolejnych przegranych w lidze i odpadnięciu z Coppa Italia po rzutach karnych. Wszyscy oczywiście śmieją się z właściciela sycylijskiego klubu, bo to modne, bo to się sprzedaje, bo to dostarcza lajków i innych takich. O dziwo, nie mam zamiaru się nabijać z poczciwego Maurizio.

Na miejscu Zampariniego sam bym zwolnił tak nieudolnego szkoleniowca, jakim okazał się De Zerbi. Mówimy o facecie, który za wszelką cenę próbował przeszczepić chorą tiki-takę na zupełnie niepodatny grunt. To jeszcze nic, bo prawdziwy grzech odnaleźć należy w tym, że młody trener nie potrafił, jako jedyny, zrozumieć. NIE TĘDY DROGA, głosił znak, za którym rozpościerała się przepaść. Roberto olał ostrzeżenia i zrzucił ekipę z urwiska. Lecą i lecą... z De Zerbim u steru zatrzymaliby się dopiero w Serie B. Nie wykluczam, że tak stanie się niezależnie od tego, kto będzie prowadził rosanero, jednakże próbuję tutaj usprawiedliwić Zampariniego.

Prezydent Sycylijczyków był cierpliwy. Dał 37-latkowi prawdziwą szansę, nie spieszył się z wyrywaniem stołka spod tyłka szkoleniowca. Osiem porażek z rzędu - kto z Was twierdzi, że to powód niewystarczający do zwolnienia? No właśnie... A że to druga zmiana na stanowisku trenera pierwszej drużyny w sezonie? Nie zapominajmy, że Maurizio nie zwolnił Ballardiniego. BALLARDINI ODSZEDŁ SAM. W ramach protestu za brak wzmocnień. Mam wrażenie, że 90% kibiców calcio o tym nie pamięta. A szkoda, bo choć jestem pierwszy do nabijania się z Zampa Style i tak dalej, to muszę być również sprawiedliwy. 75-latek naprawdę zmienił się w obecnych rozgrywkach. Corini może i nie dociągnie do końca sezonu, ale wątpię, by jego zgon był nagły. Liczę raczej na kolejną powolną agonię... no chyba, że coś w końcu na Renzo Barbera zaskoczy? Strata do bezpieczeństwa wciąż jest bardzo mała.

PS Jeśli będę chciał komuś pokazać jak dobrym bramkarzem jest Josip Posavec i jak dużą krzywdę robi mu presja KONIECZNOŚCI gry w pierwszym składzie Palermo, to puszczę skrót meczu we Florencji. Świetne parady przeplatane głupimi błędami - potencjał spory, jednak głowa niekoniecznie gotowa na tak dużą odpowiedzialność.

JEŚLI UMIERAĆ, TO NIE W WERONIE...
... Bo byłaby to okrutna śmierć. Z nudów. Oglądanie pojedynków takich, jak to poniedziałkowe pomiędzy Chievo i Genoą powinno być nagradzane. Ewentualnie jeszcze przed pierwszym gwizdkiem powinniśmy zostać uczciwie ostrzeżeni - cudów się nie spodziewajcie, my sobie pokopiemy, niekoniecznie musicie oglądać. Wtedy człowiek przynajmniej wie, co go czeka. Nie łudzi się, że ktoś pokaże coś choćby zbliżonego do atrakcyjnego futbolu. Wiem, że Chievo nie jest synonimem wielkich widowisk, ale liczyłem, że razem z Genoą stworzą choćby zjadliwe futbolowe danie. Niestety, genueńczycy wszystko wyprztykali z Juventusem i na Bentegodi zostały im same ślepaki.

Z tymi większych problemów nie miał Stefano Sorrentino. Bramkarz gospodarzy był bezsprzecznie najlepszym zawodnikiem spotkania, czym zasłużył na wyróżnienie. Bo wyżej wspomniane ślepaki sobie, a wysoka forma golkipera sobie. Pomyśleć, że Zamparini tak łatwą ręką wypuścił go przed sezonem z Palermo. Najlepiej to o nim nie świadczy. Ale też chyba nikogo to zbytnio nie dziwi, Maurizio pod względem transferów ostatnio częściej chybia, niż trafia. Pozycja rosanero w tabeli najlepiej o tym świadczy.

Zbaczam z tematu spotkania Chievo z Genoą, ale naprawdę nie ma za bardzo o czym pisać. Najlepszym momentem było szalone uderzenie zza pola karnego Riccardo Meggioriniego, który wyczarował je z niczego i który obił tylko poprzeczkę. Później ten sam zawodnik zrobił rzut karny Osiołkom i wydawało się, że Valter Birsa podchodzi do jedenastki jak do formalności. Jeśli tak było, to przesadził z optymizmem. Mattia Perin interweniować nie musiał, piłka poszybowała bowiem ponad poprzeczką. Słabe to było zresztą spotkanie w wykonaniu ofensywnego pomocnika gialloblu, a jak wiemy - jeśli on nie pociągnie gry, to nie ma komu tego zrobić w drużynie z Werony.

W drugiej połowie próbowała głównie Genoa, miała swoje okazje, ale wspominany już Sorrentino zrobił to, co do niego należało i zatrzymał wszystko. Nawet przypadkowe strzały własnym defensorów. Jedynie Ninkovic był naprawdę bliski zaskoczenia golkipera gospodarzy, ale ostatecznie trafił w słupek.

Ta próba, jak i wymieniana już poprzeczka Meggioriniego zapisane zostały w protokole meczowym, zgodnie z przepisami, jako uderzenia niecelne. Oznacza to, że w całym meczu byliśmy świadkami tylko dwóch strzałów w światło bramki. To najgorszy wynik w tym sezonie Serie A. I tak zostawmy ten pojedynek, bo na inne podsumowanie nie zasługuje.

PS Jeszcze raz Riccardo Meggiorini. Bo nic lepszego w Weronie tego wieczoru nie było. Po prostu nic.




PARUJĄCE FRIULI I GOL DANILO
Udinese właśnie obchodzi 120 urodziny, na trybunach Antonio Di Natale i całkiem przyjemna atmosfera, a na boisku... no cóż, miałem małe (duże!) deja vu. Głupi człowiek łudził się bowiem, że może chociaż Udinese z Bologną stworzą widowisko godne zapamiętania. Naiwność to bardzo zła cecha, chciałbym umieć ją wyeliminować z mojego życia. Nie ukrywam, miałem nadzieję, że gospodarze pewnie pokonają przyjezdnych i uczczą kolejną rocznicę narodzin klubu. Liczyłem przynajmniej na gole, choćby momenty ciekawej gry. Powiedzmy, że na te ostatnie się doczekałem, jednak nawet to stwierdzenie jest mocno naciągane. Ale w jakiś sposób muszę sobie poprawić samopoczucie, samo GOLAZO Danilo nie wystarczy.

Zresztą, pokażę Wam jedną akcję z drugiej połowy - idealne podsumowanie nie tylko tego meczu, ale całego poniedziałku z calcio. Tak, to była prawdziwa tragedia.




Po zmianie stron w końcu pojawiła się szansa na emocje. Pulgar zobaczył czerwoną kartkę i na boisku miało zrobić się luźniej, co za tym idzie - ciekawiej. Problem w tym, że tak się nie stało. Wprawdzie gospodarze zaczęli atakować śmielej, mieli swoje okazje i w końcu strzelili gola, ale to wciąż nie była zajmująca końcówka (poza ostatnimi sekundami). Byliśmy głównie świadkami klepania, które doprowadzało do szału Luigiego Delneriego przy linii bocznej.

Trzeba przyznać, że z o wiele większym spokojem boiskowe wydarzenia przyjmował Roberto Donadoni. Szkoleniowiec Bologny jest już jednak przyzwyczajony do kończenia w osłabieniu. Wszak dla rossoblu była to szósta czerwona kartka w sezonie. Prawdziwi kolekcjonerzy, nie ma co. W pewien dziwny sposób podziwiam. Szczególnie, że wciąż spokojnie utrzymują się nad strefą spadkową. Inna sprawa, że bez Verdiego wyglądają nijako i jeśli ten wkrótce nie wróci, to zacznie się robić nieciekawie.

Obie ekipy to zresztą na ten moment typowa ligowa szarzyzna. Nic wartego dłuższej wzmianki. Strach tylko pomyśleć, ile osób wyrobiło sobie opinię na temat Serie A na podstawie tego widowiska, względnie szaleństw z godziny 19. Poniedziałkowe 180 minut z calcio mam bowiem na świeżo, te słowa pisze tuż po ostatnim gwizdku na Friuli, jednak już w tym momencie dwa mecze kończące 15. kolejkę zlewają się w mojej pamięci w jedno.

To byłaby kompletna strata czasu, gdyby nie ostatnia akcja spotkania z 21 i trafienie na 1:0. Fenomenalnym wolejem od poprzeczki pokonał wówczas Mirante kapitan Udinese, Danilo. Ten sam, który dopiero co faulował kolegów na treningach i kłócił się z każdym w szatni. To po prostu musiał być on, bo życie zawsze tworzy najlepsze puenty. W 93 minucie Brazylijczyk zmazał wszystkie winy, w sumie nawet wynagrodził nieco to, co musiałem odsiedzieć w poniedziałek przed monitorem.

Dziękuję Panie Danilo!




PS Skąd tytuł? Ano z wywiadu w przerwie pojedynku. W roli głównej Duvan Zapata i jego parująca głowa. Jedyny moment poza golem, gdy patrzyłem w ekran z jakimikolwiek emocjami. Uśmiechnąłem się, zawsze coś.



______________________________________________

Bardzo rzadko zdarza się, że "Mrużąc oczy..." dostajecie dosłownie na gwizdek. Mam nadzieję, że nie pokrzyżowałem planów zbyt wielu osobom - słyszałem, że poranna kawa bez podsumowania to już nie to samo...

Więcej moich przemyśleń możecie znaleźć na mojej stronie na Facebooku i na Twitterze. Wbrew pozorom praca zawodowa na „Mrużąc oczy…” się nie kończy! Do przeczytania!



OTRZYMUJ NAJNOWSZE LIGOWE AKTUALNOŚCI


REKLAMA

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby dodać komentarz:

Komentarze | 21 komentarzy

Ragnarock | 05.12.2016 23:19

To była zdecydowanie najgorsza kolejka Serie A w tym sezonie.

TLubczynski | 05.12.2016 23:39

@Pryqqq Nie wiem, czy to konkretnie do mnie, ale jeśli tak, to przecież w tekście się przesadnie nie rozpędzam. Po prostu patrząc na rozwój Piotrka można liczyć na coraz częstsze odpały tego typu ;) A że Allan ostatnio gra słabiej, to i jego pozycja w "11" jest słabsza.

Wiadomo, lansowanie Polaka na drugiego Hamsika to głupota, ale zagrał naprawdę dobry mecz i trzeba go za to pochwalić.

PS Z tym Rasiakiem to przesadziłeś, choć zawsze lubiłem pana Grzegorza.

@Ragnarock Coś w tym jest.

NewMaldini | 06.12.2016 00:01

Jak już mowa o wybitnych reprezentantach...

Co jak co, ale Wawrzyniaka to się tu nie spodziewałem ; )

TLubczynski | 06.12.2016 00:02

@NewMaldini Tekst o najlepszej lidze świata, więc i na zdjęciu czasem zdarzy się piłkarz klasy światowej :)

Slavko | 06.12.2016 00:07

W kwestii językowej... Przekonujący, ew. przekonywający, a nie przekonywujący (to skrzyżowanie dwóch wcześniej wymienionych form). #nazi grama


Co do meczu Roma - Lazio... Sędzia słusznie dał czerwoną kartkę za odepchnięcie, a żółtą za polanie wodą. Może gdyby rzucił w niego butelką z nadmierną siłą, to byłoby wykluczenie. Ale oblanie wodą to niesportowe zachowanie, karane napomnieniem. Natomiast druga sytuacja była z użyciem nieproporcjonalnej siły... Także według przepisów, sędzia postąpił słusznie.

TLubczynski | 06.12.2016 00:23

@Slavko Dzięki wielkie za wyłapanie, obszerność sprawia, że zdarza mi się przeoczyć takie potworki, gdy sprawdzam tekst ;) Stąd wszelkie poprawki witam z radością :)

Co do Kevina - wprawdzie wodą, ale naruszył cielesność innego pilkarza, dla mnie spokojnie mogło się tam skończyć czerwoną, zdanie podtrzymuję. Choć akceptuję twoją argumentację. I tak, pamiętam, że jesteś sędzią :)

Belzebub | 06.12.2016 09:13

Ad. Ac Milan

Ja będę trochę monotematyczny, bo już pisałem to 100 000 razy. Nianga z Milanu trzeba pogonić. On gra fatalnie, jest wręcz osłabieniem dla drużyny. Okej, ze 2-3 mecze miał przyzwoite, ale to po prostu wynika z rachunku prawdopodobieństwa, że czasami mu musi wyjść mecz. Ale 80% to katastrofa. Jeżeli Milan rzeczywiście będzie miał kasę na transfery od Chińczyków, nieważne czy na zimę czy na letnie mercato, to lewy obrońca do wymiany (De Sciglio fatalny, Antonelli często kotuzjowany) i wypieprzyć Nianga a kupić kogoś lepszego. Locatelli też pokazał że daleko mu choćby do poziomu europejskiego, na razie to niezły ligowiec, ma swój piłkarski urok bo bardzo jest młody i ze dwie bramki mu wpadły. Ale Donnarummą pomocy to on nie jest.

Slavko | 06.12.2016 09:30

A pamiętasz jak Arda Turan rzucił butem w sędziego, w meczu z Barceloną? Dostał żółtą... To dopiero była dziwna decyzja.

Co do meczu aktualniejszego, to sędzia po prostu się wybroni.

karpczonisko | 06.12.2016 10:59

Właśnie skądś kojarzyłem nawiązanie w podtytule z poprzedniego podsumowania, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że chodzi o Frontside. Sam zespół głównie kojarzę jako niezły support Trivium, ale nigdy jakoś się w nich specjalnie nie zgłębiałem, stąd późna reakcja :p

A wracając do Serie A, pozwolę wtrącić swoje trzy grosze. Występ Nianga, to miotanie się z piłką i niecelne strzały bawią mnie jeszcze bardziej niż sytuacja z Lapadulą. Nie wiem o czym myślał Mbaye, jak wychodził na boisko, ale na pewno nie o meczu. A może myślał, że Crotone jest tak słabe, że sam ogra cały zespół? Choć taka arogancja bardziej pasowałaby do Balo, niż do pociesznego Nianga. Ładnie go Rosi trzymał w kieszeni.
Dla mnie jako Milanisty mecz-palpitacja, od karnego Nianga nie mogłem usiedzieć w miejscu, takich meczy wolałbym nie pamiętać, ale 3 punkty to 3 punkty. Z taką ławką Milan daleko nie zajedzie, co może już się uwypuklić z Romą. Kto zagra za Kuco? A jak Bona nie wróci? Coś czuję, że w następnym podsumowaniu przeczytan pastwienie się nad pomocą Milanu. Zapewne zasłużone. ;_;

No i Juve. Mimo, że Juve życzę jak najlepiej  (choć najlepiej za Milanem, marzenie ściętej głowy), to w tym meczu trzymałem kciuki za Atalantę, raz, że to sympatyczna ekipa, a dwa, że dodatkowa rywalizacja na podium dodała by smaczku. Pozornego oczywiście bo Serie A to taka liga w której i tak na końcu wygrywa Juve, parafrazujac klasyka. Szkoda, że Atalante po sezonie będą rwać końmi i pewnie najjaśniejsze punkty zespołu trafią do topowych ekip Serie A. Choć jak wywalczą LE, to może kogoś zatrzymają. Może.

A derbami jestem zawiedziony. Szybkie ustawianie wyniku i błędy sędziowskie. Spodziewałem się batali o punkty i honor do ostatniej minuty. Najlepiej jeszcze żeby sędzia nikogo za specjalnie nie wspomogł (w calcio? dobre sobie) A tu klops.
No i aż smutno mi się zrobiło jak oglądając derby zerknąłem na livescore, a tu Torino przegrywa :/

Interu nawet nie oglądałem, liczyłem na ich wygraną - jakoś mam awersję do Napoli, taką, że nawet jako Milanista wolę wygrane Interu. Ale stwierdziłem, że nie będę się niepotrzebnie denerwował. No i trafiłem :v

Zgodzę się z jednym z przedmówców - najgorsza kolejka Serie A do tej pory. Albo nuda, albo nerwy, albo rozczarowania.

A podsumowanie jak zawsze trzyma poziom, o tyle są fajne, że można zawsze poczytać dobre teksty o meczach na których obejrzenie nie miałem czasu/chęci. Ciężko o dobre relacje czy podsumowania z meczy \"niszowych\" w Polsce ale sympatycznych ekip jak Torino czy Chievo. A włoskiego na tyle nie znam, także - podziw, że jesteś w stanie ogarnąć całą kolejkę i jeszcze ją podsumować i to w ten sposób, że chce się to czytać. Szacuneczek!

Odet | 06.12.2016 12:15

Zaraz się przewrócę
To gdyby Strootman wyciągnął faj... i obsikał Cataldiego to tylko żółta?? (wszak tylko polanie przetworzoną woda, brak użycia siły). Do dziś widziałem tylko szarpnięcie Kevina, dopiero teraz zobaczyłem za co Cataldi go szarpał. Czerwo dla Strootmana.

Zieliński był świetny.

Od dziś jeszcze bardziej lubię Lulica :)

Pozdr.

TLubczynski | 06.12.2016 15:58

@slavko Z tym wybronieniem się przez sędziego nie zamierzam polemizować, bo na pewno znasz przepisy o wiele lepiej niż ja, zresztą je przytoczyłeś ;)

@Belzebub Mbaye po prostu pewnego poziomu raczej nie przeskoczy, a Milan docelowo powinien mierzyć coraz wyżej :)

@karpczonisko Bingo! Oczywiście Frontside, punkt dla Ciebie :)

Milanowi łatwo nie będzie z Romą, ale jeszcze trudniejsze zadania przed Atalantą wraz z końcem sezonu. Kessie, Conti, Caldara - pewniaki do odejścia. Gagliardiniego Milan ma już chcieć kupić w styczniu i zostawić w Bergamo do końca obecnych rozgrywek.

Trudno powiedzieć, co poczną wówczas z tą LE.

No i oczywiście - dzięki za miłe słowa!

@Odet Nie no, Lulic trochę przegiął ;)

Odet | 06.12.2016 16:39

Czy ja wiem, tez nie rozumiem fenomenu Rudigera, uważam że to słaby obrońca i tyle.
Pozdr.

TLubczynski | 06.12.2016 17:37

@Odet Ale tu chodzi o słowa ;) Też nie uważam, by Rudiger był świetnym piłkarzem.

PS Strootman za oblanie wodą dostał dwa mecze zawieszenia.

Rivera | 06.12.2016 17:45

"nawet Jezus nie dokonał wszystkiego w pojedynkę. Ba, nawet dać złapać nie potrafił się sam - potrzebował do tego Judasza. "

Muszę to sobie gdzieś zapisać.

rediroma | 06.12.2016 18:50

Tak, Rudiger to  strasznie słaby obrońca, aż dziw bierze ze łączony z Chelsea i Psg.
Lulicowi to zostało szczekać po meczu, a to czase nie on przyłożył z łokcia Peresowi (?).

Ciekawe ile meczy zawieszenia dostanie Kevin? Ciekawe co mu powiedział Cataldi, bo wątpię aby z niczego chciało mu sie zajmował pilakrzem z ławki rezerwowych.

Plus meczu, Emerson który zrobił na złość wielu znawcom ;)))

Odet | 07.12.2016 08:05

W czasach źle rozumianej poprawności (czy tam chorej poprawności) słowa mocne, ale ja nie uważam, żeby sprzątanie, czy sprzedawanie skarpetek i pasków było zachowaniem niegodnym człowieka czy haniebnym, bądź obraźliwym.
Niegodnym czy haniebnym powinna być kradzież, pobicie itp.

kolego @rediroma: eckhmm Ranocchie chciał kiedyś Juventus...

Pozdr.

Meryl72 | 07.12.2016 08:20

Rudiger zachował się jak wieśniak i to on powinien być w centrum zainteresowania mediów, a nie Lulić.

No i Strootman dwa mecze zawieszenia - campionato falsato.

TLubczynski | 07.12.2016 12:25

@Odet Ważny jest kontekst, o którym pisałem tutaj: https://www.facebook.com/CalciobarP L/posts/10154734001883373

@Meryl72 Oczywiście, że Rudiger jątrzył od początku, ale robił to na tyle inteligentnie, że nie używał słów mogących uchodzić za obraźliwe.

A dwa mecze dla Strootmana są raczej w porządku, szczególnie jeśli Lulic też nie odpowie z 11 artykułu kodeksu, tylko z 1a i skończy z 2-3 meczowym wykluczeniem ;)

Odet | 07.12.2016 13:03

Wiem o co chodzi z kontekstem.

Dla mnie ważna jest jednak prawda a nie barejowska prawda czasu :P

Pozdr.

Meryl72 | 07.12.2016 18:34

Fakt, Senad nie pokazał się jako dyplomata w tej sytuacji, ale ja w żadnym wypadku nie rozumiem bronienia Rudigera - obraził Lazio i kibiców, a to że zrobił to bez używania wulgaryzmów czy słów uważanych za obraźliwe nie powinno mieć znaczenia. Teraz jeszcze w sieci krąży nagranie, na którym widać jak w czasie rozgrzewki prowokuje Danilo. Oczywiście, że trzeba być mądrzejszym i ignorować takie zaczepki, ale piłka powinna odchodzić od promowania takich cwaniaków. Cała ta sytuacja nie powinna przysłonić faktu, że przegraliśmy ten mecz. Inna sprawa to, że media w całej Europie piszą o tym incydencie, bo zawarli w nim swoje frazy klucze, czyli *Lazio* i *rasizm*, ale w politykę to nie ma co wchodzić ; )

DaHorse_ACM | 08.12.2016 10:05

@Odet/Meryl72

Cała sprawa sprowadza się do prostej sprawy - Rudiger jątrzył, ale na tyle cwany być przy tym, że nie przekroczył pewnej granicy. A Lulic pojechał po bandzie, o ile się z nim można zgadzać, co używanie zwrotów jasno kojarzących się z kwestią rasową jest po pierwsze haniebne, a po drugie głupie - po prostu ukręcił bata na własne doopsko. I tyle.

O Milanie się tym razem nie wypowiem, szkoda mi nerwów, już uspokojonych.


Jak zawsze szacuneczek Mr Lubczyński.



goal.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy