Telegram z Wysp: To (jeszcze) nie czas na nowe rozdanie

Jurgen Klopp
Jurgen Klopp PressFocus

Zwykle w podsumowaniu kolejki Premier League koncentrujemy się na jednym, najważniejszym wydarzeniu. Jednak tym razem wybór wyłącznie jednego spotkania byłby niesamowicie krzywdzący dla innych, równie istotnych pojedynków. Nie przedłużając – w tej serii gier działo się naprawdę wiele, a niektóre starcia możemy określić jako przełomowe.

Środa, 19:00. Oczy całej piłkarskiej Anglii, a niewykluczone, że także i zdecydowanej większości futbolowego świata, były skierowane na Stamford Bridge. Nieprzypadkowo – w starciu z Wolverhampton debiutował nowy szkoleniowiec Chelsea, Tomas Tuchel. Niemiec po zaledwie dwóch dniach pracy tchnął nowego ducha w poddany mu zespół i radykalnie zmienił styl rozgrywania akcji. Brzmi nieźle, prawda? Do tego dodajmy 79-procentowe posiadanie piłki, 898 (!) podań, 204 ataki (w tym 108 groźnych), 14 strzałów i 12 rzutów rożnych. Panie Tuchel, gratulujemy świetnego otwarcia… moglibyśmy napisać, gdyby The Blues strzelili chociaż jednego gola. Co zawiodło? Z jednej strony skuteczność, z drugiej – tak naprawdę trudno mówić o skuteczności, gdy faktycznych okazji na zdobycie bramki było zatrważająco mało.

Bez wątpienia za wielki plus debiutującego trenera należy uznać umiejętne odkurzenie Kaia Havertza. Ani Tuchel, ani jego podopieczny nie odkryli koła na nowo, jednak nie sposób nie zauważyć, że młody pomocnik zdecydowanie lepiej czuje się w ataku pozycyjnym i grze kombinacyjnej. Im więcej podań, tym lepiej 21-latek wygląda. Niestety ciągle nie wiemy, jaki pomysł na Timo Wernera ma były opiekun PSG. Z miejsca wykluczamy odpowiedź “nie ma”, ponieważ Roman Abramowicz nie sprowadziłby do stolicy kogoś, kto nie zamierza korzystać z gwiazdy/zawodnika, na którego pozyskanie wyłożył znaczną sumę.

Nie warto ufać debiutanckim przemowom

Warto zwrócić uwagę na pierwszą konferencję niemieckiego trenera. Teoretycznie nie jest ona zbyt ważna, ponieważ nie miał on wystarczająco dużo czasu, by poznać drużynę, jednak w jego wypowiedziach można doszukać się wizji gry, jaką będzie chciał uskuteczniać:

Do poprawy jest naprawdę niewiele. Przede wszystkim widzę ekscytującą mieszankę doświadczonych osobowości i utalentowanych piłkarzy. Widzę bardzo wymagającą ligę, która fizycznie wydobywa wszystko z każdego gracza. Są tu gracze całkowicie otwarci na moje pomysły, przekonania, podejście taktyczne. Wiedzą gdzie powinni przyspieszyć, zamykać przestrzenie, jak należy bronić, atakować. To sprawiło, że poczułem się bardzo dobrze, ponieważ właśnie tego sobie życzyłem. Wiele aspektów jest na odpowiednim poziomie, więc możemy zacząć pracować nad szczegółami. Kiedy patrzyłem na grę, byłem zdumiony, ponieważ mogę całkowicie identyfikować się z tym, co zrobiłem na treningu. Widzieliśmy 16 odbiorów ostatniej tercji, co jest niesamowite, jeśli chodzi o intensywność i energię na boisku. Udało nam się przemieścić grę całkowicie na połowę przeciwników, bardzo wcześnie powstrzymaliśmy kontrataki, stworzyliśmy sporo groźnych okazji. Z każdą minutą było ich coraz więcej. Muszę powiedzieć, że pracownicy Cobham przekazali nam wiele informacji i wykonali niesamowitą pracę, analizując Wolverhampton i przygotowując stałe fragmenty dla naszego zespołu.

Wszystko brzmi pięknie, jednak nie powinno nas to zaskakiwać – nawet gdyby Tuchel wszedł do szatni Sheffield United (do której zaraz wejdziemy) lub West Bromwich Albion, zapewne powiedziałby to samo. Niestety premierowe konferencje zwykle nie oddają rzeczywistości. Każdy, kto chociaż raz miał okazję uczestniczyć w prezentacji nowego szkoleniowca, doskonale wie, z czym to się wiąże. Zebrani słuchają o wspaniałych planach, świetnej bazie do pracy i fantastycznych piłkarzach, a w drugim meczu (gdyż pierwszy najczęściej jest nadzwyczajnie dobry), przychodzi szybki kryzys. Jak będzie w tym przypadku? Po spotkanie z rozpędzonym Burnley będziemy wiedzieć zdecydowanie więcej. Nadzieje są ogromne. Byle tylko nie okazały się płonne.

Zaskakująco skuteczny atak tępą Szablą

Tak jak zapowiadałem, odwiedzamy szatnię Szabli. Po starciu z Manchesterem. Jeżeli nie znalibyśmy faktycznego wyniku, moglibyśmy zakładać, że na twarzach piłkarzy The Blades będzie malować się smutek. Ostatnia drużyna w ligowej tabeli mierzy się z jednym z kandydatów do tytułu. Naprzeciw Phila Jagielki, Ethana Ampadu i Chrisa Bashama stają Bruno Fernandes, Marcus Rashford i Paul Pogba. Tuż po zakończeniu spotkania na oficjalnym Twitterze Sheffield pojawił się taki post:

Tak, podopieczni Chrisa Wildera wygrali na Old Trafford. 2:1. Po trafieniach Keana Bryana (kto to jest?) i Olivera Burke’a (to on jeszcze żyje?). Defensywa Czerwonych Diabłów prezentowała się wprost fatalnie. Przy każdej bramce dla Szabli ogromny udział mieli nie tylko obrońcy Manchesteru, ale także bramkarz, który nie reagował odpowiednio szybko. O ile jeszcze pierwszy gol Sheffield budził niemałe kontrowersje (domniemany faul Sharpa na de Gei), o tyle ten zwycięski nie pozostawiał już żadnych złudzeń. Zawodnicy Ole Gunnara Solskjaera mogliby posłużyć się słynnym cytatem Grzegorza Skwary: jesteśmy dziadami. Wina leży nie tylko po stronie defensorów. W ataku regularnie zawodził Martial, Pogba kręcił bezsensowne kółeczka, a Rashford i Greenwood łącznie oddali dwa celne strzały. Bruno dwoił się i troił, ale jego mrówcza praca, wobec bierności innych graczy, poszła na marne. Żeby gospodarze wygrali to spotkanie, musieliby mieć takich “Brunów” jedenastu. A mieli tylko jednego. Liverpool wygrywa, United przegrywa – powoli wracamy do normalności?

Brutalna strzelanka zamiast piłkarskich szachów

No właśnie, Liverpool wygrywa. I to w jakim stylu! 3:1 w północnym Londynie to wynik nieprzyzwoicie dobry. Gra The Reds, mimo niekorzystnej passy, wyglądała niemal identycznie jak w złotych czasach. Brakowało “tylko” skuteczności. W końcu i skuteczność się pojawiła – doczekaliśmy się, do siatki trafili i Firmino, i Mane. Trafił też Salah, jednak po analizie VAR anulowano bramkę Egipcjanina. Przełamał się także Alexander-Arnold, który zaliczył gola i asystę.

Mimo świetnego rezultatu, ciągle nie możemy odpowiedzieć na pytanie, które nurtuje tak wielu. Czy to jest ten moment, w którym mistrzowie wracają na zwycięską ścieżkę? W drugiej połowie Tottenham właściwie nie istniał, a obrona złożona z Diera, Rodona i Daviesa nie potrafiłaby zatrzymać nawet ekipy dziesięciolatków. W niedzielę podopieczni Jurgena Kloppa po raz kolejny odwiedzą stolicę. Tym razem na ich drodze stanie West Ham, który nie przegrał żadnego z ośmiu kolejnych spotkań. Ten test może okazać się wiele bardziej wymagający niż kartkówka, jaką zorganizował Jose Mourinho.

Wydarzenie kolejki: piękne zwycięstwo pięknego Burnley prowadzonego przez najpiękniejszego Seana Dyche’a

To, co Dyche robi na Turf Moor, woła o pomstę do nieba. Tak nie można! Burnley nie potrafi grać efektownie, nie może strzelać goli! Ten sezon Premier League jest na tyle dziwny, że nawet The Clarets mogą prezentować się zupełnie inaczej, niż zdążyli nas przyzwyczaić od paru ładnych lat. Zalążki joga bonito w wykonaniu drużyny z Lancashire widzieliśmy już w przegranym starciu z Leeds. Tylko zalążki, ponieważ Burnley przegrało z United i West Hamem, więc całe to piękno mogliśmy wyrzucić do kosza. Na szczęście tego nie zrobiliśmy – po burzy wyszło słońce i triumfy w starciach z Liverpoolem i Aston Villą. Czy i w pojedynku z Chelsea Sean Dyche zaprezentuje pełny wachlarz swojego trenerskiego warsztatu? Niczego nie należy wykluczać.

Rozczarowanie kolejki: West Bromwich Albion

Jeżeli do przerwy tracisz cztery gole, jesteś albo Liverpoolem, albo WBA. Różnica jest taka, że The Reds zdołali się podnieść po efektownym upadku, natomiast The Baggies nie mają na to większych szans. W defensywie beniaminka nie widać absolutnie żadnej chemii między obrońcami. Właściwie nie widać nic, nawet minimalnej nadziei na lepsze jutro. Tu już nawet nie ma co dzwonić, ponieważ telefon do Sama Allardyce’a nie zmienił właściwie niczego. Może to i dobrze, że Kamil Grosicki rozstaje się z The Hawthorns. To miejsce pozbawione ducha zwycięstwa.

Bohater nieoczywisty: Nicolas Pepe

Jeżeli mielibyśmy wybrać tego oczywistego, walka o ten tytuł rozegrałaby się między Tomasem Souckiem, Bukayo Saką, Trentem Alexandrem-Arnoldem, Ilkayem Gundoganem, Joao Cancelo i Dwightem McNeilem. Jednak naszym zadaniem jest znaleźć tego nieoczywistego, który pozostaje w cieniu wyżej wymienionych, chociaż zasłużył na wyróżnienie. Nicolas Pepe, tak, to właśnie Francuza powinniśmy docenić w tej kolejce. Może nie był lepszy od Saki, jednak w końcu jego gra cieszyła oko. Zaliczył 80% udanych dryblingów, 71% zwycięskich pojedynków powietrznych i co najważniejsze, trafił do siatki. Na odrodzenie byłego napastnika Lille najbardziej liczą księgowi Arsenalu. W końcu 80 milionów euro piechotą nie chodzi.

Komentarze