Naprawa Chelsea zaczęła się w głowie Tuchela

Thomas Tuchel
Thomas Tuchel PressFocus

Półfinał Ligi Mistrzów Real Madryt – Chelsea Londyn już dziś, ale kto wie, czy najlepszym, co spotkało The Blues w ostatnich latach, nie był rok przerwy, jaki pomiędzy pracą w Borussii Dortmund i Paris Saint-Germain zrobił sobie Thomas Tuchel. To czysta teoria, ale wiele wskazuje na to, że w głowie tego szkoleniowca nastąpiła wtedy przemiana, z której The Blues dziś czerpią garściami.

Półfinał LM: Real – Chelsea. Mecz, którego nie byłoby bez zmiany mentalności Tuchela

Thomas Tuchel ma nieprawdopodobny bilans zdobywanych punktów. Wliczając Chelsea, w każdym z trzech ostatnich klubów, notował średnio powyżej dwóch oczek na mecz. 2,12 osiągnięte z Borussią Dortmund przebija nawet wyczyny Juergena Kloppa (1,9), który z BVB dwukrotnie sięgał po mistrzostwo Niemiec. Ba, przebija wyczyny wszystkich poprzedników i następców. A jednak Tuchel z Dortmundu musiał odejść i to wcale nie na własne życzenie. Powodem było to, że nie zależało mu, by żyć z ludźmi dobrze. Praca zamykała się w słowie “praca”, a bez stworzenia dobrej atmosfery, ta stawała się toksyczna. Piłkrze stali się wyrobnikami bez prawa głosu. Na to, co działo się w klubie narzekał też Hans-Joachim Watzke, swoją drogą jedna z ofiar Tuchela, bo po otwartej krytyce, jaką przypuścił trener w związku z decyzją o szybkim rozegraniu meczu z Monaco (sprawa zamachu na autokar Borussii), był na dortmundzkim 80-tysięczniku wygwizdywany.

Tuchel nie odchodził zatem z BVB jako przegrany, ba – jego Puchar Niemiec jest do dziś ostatnim trofeum w klubowej gablocie – ale miał łatkę trudnego człowieka. Ale miał coś jeszcze – czas na przemyślenia. Być może, gdy głowa ochłonęła, rozum przeanalizował przyczyny upadku jego poprzedniego projektu. Po roku do szatni Paris Saint-Germain wszedł człowiek, który nie stawał okoniem, gdy piłkarze regularnie na mieście świętowali czyjeś urodziny. Wiedział, że trener-autokrata nie jest modelem, który przyniesie sukces w szatni, której ego jest większe od Parc des Princes.

Real Madryt – Chelsea Londyn – przeczytaj naszą zapowiedź

Dbanie o rezerwowych

Sprowadzenie wyników osiąganych przez Tuchela do dbania o atmosferę jest przesadą, ale skoro mówią o tym sami piłkarze Chelsea, coś jednak jest na rzeczy. Jorginho w wywiadzie z Tomaszem Ćwiąkała z Canal Plus zdradził, że Tuchel w wielu kwestiach różni się od Franka Lamparda. Przede wszystkim poświęca znacznie więcej czasu swoim zawodnikom. Nie chodzi tylko o odprawy, na których rywale są analizowani bardziej szczegółowo niż za czasów poprzednika, ale też o dbanie o rezerwowych. Gdy Thomas Tuchel przychodził do Chelsea, magazyn “Four Four Two” zamieścił listę pięciu zadań, które Niemiec musi zrealizować, by przywrócić The Blues na właściwe tory. Wśród nich wybranie podstawowej “dziewiątki”, która seryjnie będzie zdobywać gole. Tuchel poszedł w innym kierunku – sprawił, że każdy piłkarz czuje się ważną częścią zespołu, bo w każdej chwili może zostać wykorzystany. Właściwie nigdy nie wystawia tej samej jedenastki. Przy tylu słowach ekspertów mówiących o potrzebie stabilizacji, Tuchel wykręcił z rotującą na potęgę Chelsea niesamowity bilans 14-5-2, w którym jedna z porażek (2:5 z West Bromwich) przytrafiła się w meczu, w którym przez większość czasu trzeba było grać w dziesiątkę, a drugą było 0:1 z FC Porto po golu w doliczonym czasie gry i wcześniejszym wyjazdowym 2:0.

Cuda w obronie

W dotychczasowych 21 grach nowego trenera Chelsea nie straciła gola aż 16 razy, co jest statystyką nieprawdopodobną. Tuchel zrobił coś, czego nie potrafił Lampard – uszczelnił defensywę. The Blues stali się drużyną, która jak nikt obecnie w Europie potrafi zabijać wynik, gdy wyjdzie na prowadzenie. West Ham, którego pokonali w weekend w bezpośrednim starciu o czwarte miejsce w Premier League, nie potrafił stworzyć żadnej sytuacji i nie było to nic odosobnionego.

W momencie, gdy na Stamford Bridge następowała zmiana warty, Chelsea zajmowała dziewiąte miejsce w lidze, mając pięć punktów straty do czwartego Liverpoolu. Odpadli z Pucharu Carabao, a po wylosowaniu Atletico Madryt w 1/8 finału Ligi Mistrzów, byli tacy, którzy łapali za różaniec. Z perspektywy czasu – choć trudno o jednoznaczne dowody – trudno wierzyć, że Frank Lampard zdołałby pokonać tego rywala, a już na pewno tak bardzo pozbawić go atutów. Sprawić, by awans ani przez moment nie był zagrożony.

Dokonanie takiego przewrotu w stosunku do poprzednika odbyło się bez zimowego wzmacniania kadry, bazowało właściwie wyłącznie na taktyce. Stracili na tym Oliver Giroud i Tammy Abraham, bo coraz częściej oglądaliśmy w Chelsea “fałszywą dziewiątkę”. Solidność z tyłu została zapewniona dzięki trzyosobowemu blokowi obronnemu. Opanował do perfekcji wychodzenie spod pressingu rywala. Do tej pory właściwie nie udało się tylko dwie sprawy – odblokowanie Timo Wernera oraz wymyślenie systemu, który wydobywa wszystko, co najlepsze z trójki Ziyech-Havertz-Werner.

Jasna przyszłość

Gdy jakiś czas temu pieniądze ze sprzedaży Edena Hazarda zostały wykorzystane na zakup wspomnianego w akapicie wyżej trio, mogło się wydawać, że w Londynie rośnie drużyna kompletna. Rzeczywistość zweryfikowała te plany. Jeśli jednak latem do zespołu dołączyłby Erling Haaland, sytuacja przypominałaby ideał. Trzy miesiące pracy Tuchela otworzyło drzwi do nowej epoki.

Komentarze