Najlepsze rozgrywki świata

Michał Skóraś
PressFocus Na zdjęciu: Michał Skóraś

Tak, miałem obawy, że przeniesienie projektu Ligi Konferencji do rzeczywistości to stworzenie najgorszych rozgrywek świata. Już te znajdujące się pięterko wyżej mało kogo interesowały. Ale patrząc pragmatycznie wyszło lepiej niż zakładaliśmy. Możemy twierdzić, że to puchar pasztetowej, ale Lech pokazuje, że na tym etapie żaden inny nie da nam więcej korzyści. Husarska szarża na lepszych rzadko kończy się dobrze. Na średniaków jak my da profity na lata.

  • Lech wygrał z Austrią Wiedeń 4:1, awansował na drugie miejsce w grupie Ligi Konferencji, i szeroko otworzył szansę na najlepszy występ polskich klubów od siedmiu lat
  • Deprecjonowana Liga Konferencji spadła nam z nieba. O wiele łatwiej przebić się z niej do elity niż próbować się w niej utrzymać bez tego przetarcia
  • Dobry wynik Lecha i ewentualne kolejne w żaden sposób nie osłabiają tego, co w eliminacjach pokazał Raków

Od ściany do ściany

Zdecydowanie zbyt często odbijamy się od ściany do ściany. Zbyt często po dużych zwycięstwach ocieramy się o mistrzostwo świata, a po porażkach jesteśmy godni walki jedynie z drużynami z San Marino. Jesteśmy głodni sukcesów, a deprecjonujemy te małe mogące stanowić początek drogi do większych. Po Villarrealu mówiło się przede wszystkim, że Lech miał szansę na remis tylko dlatego, że Hiszpanie wystawili rezerwowy skład, po Austrii czytam, że to w sumie słaby rywal, więc powody do radości też znikome. Zupełnie jakbyśmy nie byli świadomi miejsca, w jakim się znalazła polska piłka i mimo tego, że jest gdzieś między Rumunią a Słowacją – a po tych krajach dziś nie spodziewamy się wystawiania rok w rok swojego przedstawiciela w Lidze Mistrzów – za powód do stawiania plusików uznawali jedynie grę przeciwko Realowi Madryt.

Ładna symbolika, choć bez znaczenia

Tegoroczny dorobek – brakuje czterech punktów Lecha w czterech ostatnich meczach, by był najlepszy od siedmiu lat – pokazuje, że lepszych rozgrywek od Ligi Konferencji UEFA z naszej perspektywy stworzyć nie mogła. Zwłaszcza, że margines na jeszcze lepszy wynik jest ogromny, bo wprowadzenie drugiej drużyny do fazy grupowej sprawiłoby, że moglibyśmy punktować jak szaleni. A to już by był przedsionek do wyjścia z trzeciej ligi europejskiej. Przede wszystkim dzięki Lechowi (którego punkty w fazie grupowej ważą dwa razy więcej od tych, jakie polskie kluby zdobywały w eliminacjach) i Rakowowi, w obecnym sezonie punktujemy w Europie lepiej aż od 12 lig, które nas wyprzedzają. Przyjmijmy tę zbyt daleko idącą symbolikę, że dokładnie od tylu, ile nas dzieli od dwóch miejsc w Lidze Mistrzów.

Nie zakładam różowych okularów i nie robię z Ligi Konferencji rozgrywek, które Europa śledzi z zapartym tchem, ale nie są one tak słabe, jakimi je rysujemy. UEFA do pucharów dodała zaledwie 16 miejsc, a drugie tyle w rozgrywkach, w których gra mistrz Polski stanowią kluby zrzucone z Ligi Europy. Inna sprawa, że nie jestem przekonany, czy w ogóle powinno nas to interesować. Lech Dariusza Żurawia kiedyś stworzył wielkie emocje w przegranym 2:4 meczu z Benficą, ale dziś korzyści z tego są żadne. Wręcz przeciwnie, bo tamto granie wyniszczyło Lecha do tego stopnia, że ten ukończył Ekstraklasę poza pierwszą dziesiątką. Korzyści z 4:1 z Austrią Wiedeń klub będzie odczuwał przez następnych pięć lat.

Dobry czas, by przeprosić

To dobry moment, bym sam posypał głowę popiołem i przeprosił za słowa o konieczności zwolnienia Johna van den Broma. Nie wierzyłem, że droga do rozbijania przeciwnika w fazie grupowej pucharów może wieść przez koszmarny mecz w Azerbejdżanie, fatalne na Islandii i w Luksemburgu oraz serię porażek w Ekstraklasie. Najwidoczniej może. Trudno powiedzieć, kiedy to się stało, ale nagle piłkarze pod Holendrem zaczęli rosnąć. Joao Amaral powoli staje się tym samym zawodnikiem, co kilka miesięcy wcześniej, Michał Skóraś jest najlepszą wersją siebie, a Kristoffer Velde, którego pewnie połowa trybun w Poznaniu już skreśliła, miał właśnie bezpośredni wkład w szóstą i siódmą bramkę Lecha na europejskim froncie. Lech ani nie wyszedł jeszcze z grupy, ani nie dokonał niczego spektakularnego, jednak progres jest zbyt wielki, by nie dostrzec, kto po meczu z Dudelange miał rację – władze Lecha czy ja.

Wyniki Lecha nie zmieniają wyników Rakowa

Lech znalazł się aktualnie w dobrym miejscu, bo w lidze strata do czołówki już nie przeraża, a w Europie nagle wskoczył na pozycję w grupie, która jest jego celem. To oczywiście budzi coraz liczniejsze spojrzenia w kierunku Rakowa. Te, które określić można słowami „i co teraz, frajerzy?”. Jest to o tyle niezrozumiałe, że biorąc pod uwagę rywali, z jakimi przyszło Rakowowi grać, zrobił wynik nieosiągalny dla większości polskich klubów. Pięć zwycięstw w sześciu meczach oraz odpadnięcie w ostatniej minucie dogrywki z ekipą, która w ostatnich latach ćwierćfinały różnych pucharów robiła z łatwością pstryknięcia palcami. Biorąc pod uwagę, jak blisko Raków był sensacji, można żałować, ale nie twierdzić, że dobre wyniki Lecha sprawiają, że pucharowy występ drużyny Marka Papszuna był słabsze niż był naprawdę.

Komentarze