Legia – Napoli. Jaki to pech, że mecz trwa 90 minut

Legia - Napoli
PressFocus Na zdjęciu: Legia - Napoli

Za górami, za lasami, przed dwoma meczami działa się bajka. Oto kopciuszek z Polski powalił czołowe drużyny z Rosji i Anglii i bez straty ni to punktów, ni goli, na najsilniejszą grupę Ligi Europy patrzył z samej góry. Jak cienka jest granica między marzeniami a rzeczywistością przekonał się jednak dopiero w czwartek, gdy po pierwszych 45 minutach czuł, że z najlepszą aktualnie drużyną z Włoch może wygrać, ale po kolejnych licząc straty musiał użyć niemal wszystkich palców swojej ręki.

  • Legia zagrała bardzo dobrą pierwszą połowę meczu z Napoli i kompletnie nie istniała w drugiej
  • Porażka – jeśli spojrzy się na zaangażowanie – jest zbyt wysoka, jednak jej rozmiar dokładnie określa różnicę między mistrzem Polski a liderem Serie A
  • Dla Legii priorytety już teraz powinny się zmienić. Nikt nie będzie płakał, jeśli przegra kolejne mecze w Lidze Europy, ale wpadka w Ekstraklasa spowoduje w Warszawie obrzydzenie tego zespołu

Był taki moment, trwał jakieś przez jakieś 15-20 minut w pierwszej połowie. Cała linia pomocy Legii stała 30 metrów przed własną bramką i ani myślała podejść wyżej. W sumie nic nowego, właściwie cały mecz w Neapolu tak wyglądał z tą różnicą, że nie przekładało się to właściwie na żadne groźne sytuacje gości, ściana legionistów wyglądała obiecująco. Ale później był też inny moment, dużo lepszy – Legia atakująca lidera Serie A na jego połowie, idąca do odważnego pressingu, nie zostawiająca miejsca na odwrócenie się z piłką i – od czasu do czasu – zmuszająca gości do kopania po autach. Była też taka akcja, zaraz po rozpoczęciu drugiej połowy, w której piłkarze mistrzów Polski wymienili kilkanaście podań zaczynając od własnej tercji defensywnej, a kończąc na niewykorzystanej stuprocentowej okazji.

I gdyby mecz mógł trwać dokładnie 47 minut, jego podsumowanie zmieściłoby się w tych momentach, a my mówilibyśmy o niezwykłej anomalii – Legia miałaby po czterech meczach Ligi Europy trzy zwycięstwa i dziewięć punktów, dokładnie tyle, co po 11 grach w Ekstraklasie. A tak możemy mówić o nieodpowiedzialności (kto to widział we własnym polu karnym wybijać piłkę przewrotką w niegroźnej sytuacji, gdy w zasięgu kończyn znajduje się rywal? Albo łapać w szesnastce za bark piłkarza, który wygrał z tobą walkę o pozycję?) i marzeniach roztrzaskujących się o bruk.

Po meczu trener Marek Gołębiewski i piłkarz Mateusz Wieteska w jednej kwestii mówili tym samym głosem – porażka jest zbyt wysoka w stosunku do zaangażowania. Bo nawet jeśli Legia przegrała 1:4, ani przez moment nie było poczucia, że nie gra tego, na co w tym konkretnym momencie ją stać. To pozytyw, bo akurat nawet tak z błahym aspektem – podchodzeniem z szacunkiem do wykonywanego zawodu – w tym sezonie dość regularnie miała problem.

Gdyby mecz skończył się w 47. minucie, mówilibyśmy o tym, jak mocno Legia wyciągnęła wnioski z ostatniej porażki z Pogonią Szczecin. Tam było pozorowanie gry, zwłaszcza w obronie. Był pressing, który nie był pressingiem, tutaj – wręcz odwrotnie. Było niekontrolowane zapraszanie rywali w najbardziej niebezpieczne sektory boiska, a w czwartek nie było wrażenia, poza jednym strzałem w poprzeczkę Piotra Zielińskiego, że kwestią czasu jest gol dla Napoli. Sędzia niestety ostatni raz gwizdnął po 90. minucie, więc wszystkie wnioski z wcześniej równie dobrze można wyrzucić do kosza.

Druga połowa była dokładnie tym, co wywindowało Napoli na pierwsze miejsce w Serie A: jakość, kombinacyjna gra z pierwszej piłki i przede wszystkim cierpliwość, która stała się znakiem rozpoznawczym Luciano Spallettiego. Każdy kto oglądał te najwyższe zwycięstwa Azzurich w obecnym sezonie – jak choćby 4:0 z Sampdorią w Genui – musiał zwrócić uwagę na to, że do pogromu nie doprowadzały serie zrywów, przyspieszenia na kilka minut, a spokojna gra na pełnym dystansie czasowym. Taka z przekonaniem, że zaraz coś wpadnie. I tak się składa, że zawsze wpada. Z Legią wyglądało to identycznie, choć nieoczekiwanie trzeba było wychodzić z małych kłopotów.

Porażka 1:4 z tym Napoli to żadna ujma, a zdarzenie wkalkulowane. Ale jednego przewidzieć się nie dało, zwłaszcza po zwycięstwie z Leicester. Przed meczem, gdy pełniący rolę spikera Łukasz Jurkowski wyczytywał skład Legii, publika niezbyt chętnie wyrzucała ze swoich ust nazwiska. Niby one padały, ale zupełnie bez werwy. W Warszawie widać zmęczenie obecną Legią i potrzeba przełożenia wajchy, jeśli chodzi o priorytety, jest tu odczuwalna bardziej niż kiedykolwiek. Porażki w Lidze Europy każdy tu wybaczy, kolejna wpadka w Ekstraklasie zmęczenie zmieni w obrzydzenie.

Komentarze