Rocznica, której nie pamiętamy. Jak mleczarz podbił Amerykę

Lula
Lula PressFocus/Twitter

Tego samego dnia Diego Maradona zagrał pierwszy mecz w barwach Boca Juniors. Piłkarskie media posługujące się językiem hiszpańskim przypomniały datę całemu światu. Dzień potem przypomniały rocznicę śmierci Telmo Zarry, którego rekordy bije Messi. Gdzieś mignęła mi informacja, że to już 21 lat minęło od śmierci angielskiej legendy, sir Stanleya Matthewsa. Lecz kto pamiętał o Luli?

Pewnie, że minęło w tym tygodniu 99 lat od jego urodzin. Ba, umarł młodo, w wieku 50 lat. Czyli tak jakby Mourinho nie żył już od 2013, Klopp od 2018 albo właśnie gruchnęłaby wiadomość o śmierci Simeone. Taki Alex Ferguson w wieku 50 lat wygrywał Puchar Zdobywców Pucharów z Manchesterem United, ale żadnego z 13. mistrzostw Anglii jeszcze nie miał na koncie. Sir Aleksa w tej wyliczance wspominam celowo, bo spośród znanych mi trenerów tylko on zdobył więcej trofeów niż Lula. Lula współczesnemu zjadaczowi chleba kojarzący się raczej z dwukrotnym prezydentem Brazylii a nie trenerem.

Od piekarza do trenera Pelego

Nie była to klasyczna kariera: najpierw wielki zawodnik, uczestnik mundiali a potem trener Flamengo czy innego Palmeirasu. Lula był graczem kiepskim, tak kiepskim, że musiał dorabiać. Jako młodzieniec w piekarni, potem taksówkarz, kiedy już trochę zarobił jako trener, ale najbardziej efektownie brzmiącym z jego zajęć był mleczarz. Bo Lula nim został przyjacielem Pabla Picassa (40 lat po śmierci trenera spadkobiercy procesowali się o obraz podarowany mu przez słynnego malarza, wart wówczas co najmniej 20 milionów dolarów) roznosił mleko w mieście Santos. Pierwszą robotę trenerską dostał w 1949, w amatorach jednego z lokalnych klubów w Santosie. Brazylia niedługo potem wygrała Copa America. Chociaż Lula nie miał z tym nic wspólnego.

Do Santosu (wtedy jeszcze nie był to TEN Santos) trafił w 1952, by trenować należących do klubu socios, czyli amatorów. A już dwa lata później, ledwie 32-letni Lula został tymczasowym trenerem pierwszego zespołu. Debiut na Maracanie przeciwko Botafogo z młodziutkim Garrinchą w składzie! Santos po dramatycznym meczu wygrywa, a młody szkoleniowiec zaczyna jedną z najbardziej zadziwiających karier w historii brazylijskiego sportu. Powiedzmy sobie otwarcie, w tymże 1954 roku Lula był poza Santosem kompletnie nieznanym człowiekiem w branży,  a i władze klubu wzięły go tylko na chwilę, bo był tani.

Były to czasy, kiedy nie rozgrywano jeszcze mistrzostw Brazylii (pierwszy turniej o takim charakterze przeprowadzono dopiero w 1959 roku), najważniejszymi dla klubów były zatem mistrzostwa stanowe. Tych Santos pod jego komendą wygrał od 1955 roku aż osiem. Innych krajowych pucharów i mistrzostw dorzucił jeszcze kilkanaście, najważniejsze były jednak trofea międzynarodowe: w 1962 i 1963 Copa Libertadores oraz Puchar Interkontynentalny w tych samych latach. Razem 38 trofeów! W ciągu ledwie dwunastu lat!

Kiedy opuszczał Santos miał na koncie kilka trenerskich rekordów, znany był jako promotor talentów mistrzów świata, debiutowali u niego: Pele, Pepe, Coutinho, Clodoaldo… Odchodząc z portowego klubu miał zaledwie 44 lata, Brazylia w trakcie jego pracy wygrała dwa mundiale, statystycznie powołując pięciu zawodników Santosu do składu.

Prowadził Santos w 957 meczach, z czego aż 628 było zwycięskich. Jego piłkarze wpakowali rywalom 2900 goli czyli średnio trzy na mecz! A jednak, historia obeszła się z nim szpetnie. Były to czasy kiedy Brazylia wygrywała dwa mundiale z rzędu a jej zawodnicy uważani byli za najlepszych na świecie. Dlatego, kiedy gruchnęła wiadomość o odejściu zasłużonego trenera, szybko pojawiła się teoria, iż “taki zespół” może prowadzić ktokolwiek bo to przecież samograj. Jak to pisano w Polsce po odejściu Guardioli z Barcy – “można grać na automacie”. 

Faktycznie, jeszcze przez dwa lata, dopóki grał w składzie Pele i kilku innych mistrzów świata, jeszcze kilka trofeów zdobyto za kadencji niedawnego asystenta Luli – Antoninha (w przeszłości świetnego zawodnika Santosu, również przedwcześnie zmarłego, w wieku 52 lat w wypadku samochodowym). Za to bohater niniejszego tekstu wylądował w nieodległej metropolii, Sao Paulo, gdzie przyszło mu trenować Corinthians. Z “Timao” sukcesów nie odniósł, chociaż w 1968 jego Corinthians przełamał 11-letnią niemoc w stosunku do najpotężniejszego klubu Brazylii, pokonując Santos 2-0.

Po odejściu z Corinthiansu na wiele miesięcy wyparował z brazylijskiego życia sportowego. W latach 1970 i 1971 miał jeszcze dwa, epizody trenerskie, oba niezbyt udane. Jak wspominał po latach jego syn – nie otrząsnął się nigdy po rozstaniu z Santosem, bo to był jego klub, jego miejsce.

Lula był cichym i raczej skrytym człowiekiem, nie dbającym o wizerunek w mediach. Podczas meczów rzadko zrywał się z ławki, niczym Walery Łobanowski twierdził, że co miał do powiedzenia o rywalu zrobił przed meczem. Brazylijczyk nie był innowatorem. Nie wymyślał skomplikowanych schematów taktycznych, wolał mieć w składzie perfekcyjnych technicznie zawodników prowadzących ofensywną grę. Najlepszy czas w historii jednego z najlepszych klubów Ameryki przypadł zatem na czasy mleczarza, którego cała filozofia sprowadzała się do prostych słów: nie dajemy im piłki i ciśniemy ile wlezie.

Bartłomiej Rabij

Komentarze