Leszek Ojrzyński po awansie: nauczyłem się po tym świecie poruszać z pewnym dystansem

Leszek Ojrzyński
PressFocus Na zdjęciu: Leszek Ojrzyński

Korona Kielce. Leszek Ojrzyński najpierw wywalczył awans do Ekstraklasy, a dwa dni później świętował urodziny. Właśnie w dniu urodzin trenera Korony Kielce porozmawialiśmy o ostatnich szalonych chwilach, ale też o planach na przyszłość, bo po krótkim odpoczynku, jego piłkarze rozpoczną przygotowania do nowego sezonu.

  • – Czy ryzykowałem wracając do Korony? Pewnie trochę tak, bo gdyby się nie udało, ten szacunek, o którym mówiłem, mógłby trochę ucierpieć – mówi Leszek Ojrzyński
  • – To, że gola na wagę awansu strzelił Jacek Kiełb, to coś pięknego. Ale ja tę historię jeszcze bym wzmocnił – dodaje szkoleniowiec Korony
  • W wywiadzie trener opowiada o emocjach związanych z ostatnimi dniami

Czas już myśleć o Ekstraklasie

Rozmawiamy w dniu pana 50. urodzin, więc przede wszystkim wszystkiego najlepszego, ale zrobił pan tylko problem bliskim, bo przecież ciężko będzie zrobić panu lepszy prezent, niż dostał pan w niedzielę wieczorem.

Dziękuję za życzenia. Fajnie się złożyło, że dwa dni przed pięćdziesiątką drużyna zrobiła mi prezent, choć dziś jeszcze jeden zawodnik ma urodziny i można powiedzieć, że razem świętujemy. Choć oczywiście trzeba na to patrzeć szerzej, bo przecież całe miasto Kielce ma powód do radości. Przeskoczyliśmy do nowej rzeczywistości. Teraz czas na przygotowania, bo feta była oczywiście potrzebna, ale ile można celebrować? W teorii mógłbym chwilę odpocząć, ale trener i dyrektor nigdy nie odpoczywają. Muszą planować, ustawiać sobie pewne rzeczy pod kątem Ekstraklasy.

Jaka jest estymacja jeśli chodzi o opadnięcie emocji? Długo pana będzie jeszcze trzymać?

Nie… Ja już swoje przeżyłem i pewne rzeczy mijają mi szybko z racji doświadczenia. Czasami się wygrywało w dramatycznych okolicznościach, czasami odpadało po ostatniej akcji meczu i trzeba było to przełknąć. Dzięki temu wszystkiemu, nauczyłem się po tym świecie poruszać z pewnym dystansem.

Jeszcze większy szacunek

Czuje pan, że całe Kielce są strefą Leszka Ojrzyńskiego? Przecież pan miał już szacunek w tym mieście podciągnięty pod sam sufit, a teraz pan ten sufit przebił.

Nie wiem, czy przebiłem. To praca zespołowa, a gdyby wskazać jednego bohatera, to Jacka Kiełba. Facet utożsamia się z klubem od lat, pracuje na szacunek od dawna, przechodził ciężki okres przez kontuzję, a teraz strzelił bramkę na wagę awansu. Co do mnie, wiem, że ryzykowałem wracając do Korony. Zdawałem sobie sprawę, że w Kielcach darzy się mnie respektem, niektórzy do dziś podziwiają pamiętną Bandę Świrów. Swoją drogą to też jest niezła historia, że we wrześniu mieliśmy jubileusz z okazji dziesięciolecia tamtej drużyny, a ja w grudniu znów tu pracowałem. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Tak wyszło, bo przede wszystkim Paweł Golański strasznie mnie namawiał i dlatego się zdecydowałem. Czy ryzykowałem? Pewnie trochę tak, bo gdyby się nie udało, ten szacunek, o którym mówiłem, mógłby trochę ucierpieć. Mogę tylko się cieszyć, że wszystko poszło w drugą stronę i go jeszcze podbiłem. Najważniejszym celem na teraz jest nie zawieść kibiców, ale za tym muszą iść pewne ruchy organizacyjno-sportowe. Póki co na spokojnie – nie było jeszcze na to czasu, odbyliśmy dopiero jedną rozmowę z dyrektorem sportowym, ale tu pion zarządzający klubem musi pewne rzeczy wyrazić i zaakcentować. Na razie czekamy, ale pewne ruchy już wykonujemy, żeby najlepiej przygotować się na Ekstraklasę.

O nich przez chwilkę jeszcze porozmawiamy, ale jest jedna rzecz, która przeszła niemal bez echa, a którą warto podpromować. Niemal bezpośrednio po meczu z Chrobrym podziękował pan Dominikowi Nowakowi, a więc trenerowi, po którym pan tę Koronę przejął.

Podobnie kiedyś zrobiłem z “Nitkiem” (Grzegorzem Nicińskim – przyp. red.), od którego przejąłem Arkę, z którą później zdobyłem Puchar Polski. Zawsze doceniam pracę swoich poprzedników, a “Domino” miał spory udział w naszym awansie. Zdobywał punkty, miał swoją serię zwycięstw. Dodatkowo jesteśmy kolegami, ale to akurat nie ma nic wspólnego z tymi podziękowaniami.

Gdzie pan na liście najlepszych momentów z kariery umieściłby ten awans?

Kariera to za duże słowo. Ja mam pracę. Nie chcę teraz się zastanawiać, które miejsce w moim rankingu zajmuje ten sukces. Bez względu na to wiem, jak ważny jest on dla Kielc. Dla mnie też, bo do tej pory dane mi było jedynie awansować z II ligi do I, natomiast do Ekstraklasy jeszcze nie wchodziłem. Wierzę, że to nie koniec tej drogi, a dobre czasy wciąż są przed nami. Trzeba w to wierzyć.

Szybka reakcja

Ile razy w meczu z Chrobrym zdążył pan przekląć między 38., a 39. minutą?

(śmiech) Eee, nie liczmy takich rzeczy. A tak na serio, to najważniejsze w takich chwilach jest podejmowanie właściwych decyzji, bo przecież tego, co się stało, już nie zmienię. Marcin (Szpakowski, autor pomyłek przy bramkach dla Chrobrego w 38. i 39. minucie – przyp. red.) to bardzo dobry zawodnik, który ma za sobą bardzo udany sezon. Z ważnymi momentami, bo na przykład z Polkowicami strzelił bramkę w doliczonym czasie. Szkoda, że taki błąd, jeden, drugi, mu się przytrafił, ale to będzie dla niego nauczka. A my szybko zareagowaliśmy, zmieniliśmy go w przerwie, bo czasem jest tak, że ktoś próbuje za wszelką cenę odrobić swój błąd i wychodzi odwrotnie. Przy okazji zmieniliśmy ustawienie i wyszliśmy z przesłaniem, by przede wszystkim nie dać sobie strzelić jeszcze jednej bramki, bo wtedy byśmy sobie bardzo skomplikowali zadanie.

Zmiany w przerwie – personalna i ustawienia – to jedno. Ale ostatecznie mecz pan wygrał dzięki wpuszczeniu wspomnianego wcześniej Jacka Kiełba. I gdy tak sobie o nim myślę, jest to facet, który spina obie Korony – tę sprzed 10 lat i obecną. Powiem panu, że gdyby to był film, mówilibyśmy, że scenariusz tak piękny, że aż nierealny.

Dokładnie… coś pięknego. A ja bym tę historię jeszcze wzmocnił, bo to, co na czołówkach to łatwo zauważyć, a w półfinałowym barażu Jacek wyprowadził drużynę jako kapitan pierwszy raz po kontuzji. Wprawdzie po drodze były jeszcze Tychy, ale tam planowane było z góry dla niego 45 minut. A tutaj pod jego wodzą po połówce mieliśmy 3:0. Przy dużym jego udziale, bo przecież po jego strzale była ręka w polu karnym, a przy innej z bramek wyłuskał piłkę. Dla mnie, jako trenera, to było bardzo widoczne. Strategia na finał była inna – że będzie kończył. A jak widzieliśmy, skończył perfekcyjnie. Ten ruch, który zrobił, wcale nie był jakiś bardzo naturalny. On zmienił kierunek biegu, dzięki czemu zrobił sobie miejsce na dołożenie nogi, a całe Kielce zadrżały w posadach.

Trzeba było dużo zmienić

Rozmawialiśmy ostatnio po bodajże trzech meczach rundy wiosennej i powiedziałbym, że był pan dość umiarkowany w prognozach. Mówił pan na przykład, że na obozie przygotowawczym wszystko hulało jak należy, a kiedy przyszła liga, pojawiła się presja, która niektórym plątała nogi. Jak pan te nogi rozplątał?

Oj, rozplątać to nie do końca rozplątałem, bo też było ciężko. Pewne rzeczy planowaliśmy inaczej, a nie do końca wychodziło. To długotrwały proces. Każdy mecz nas wzmaciał, każda porażka nas wzmacniała. Mówiłem chłopakom, że najgorsze, to się załamywać. W piłce nożnej najpiękniejsze jest to, że z każdym można wygrać i starałem się tę myśl zaszczepiać też w trudnych momentach. Dopisało nam też trochę szczęścia, bo graliśmy oba baraże u siebie, a doping kibiców parę procent dodaje. Paru pewnie usztywnił, ale całościowo energia skumulowała się po naszej stronie. Przed barażami były zapewne osoby, które w nas nie wierzyły, bo jak przegrywasz u siebie mecz z GKS-em Katowice, albo po bardzo słabej grze z Odrą Opole, w kibicach często pojawia się zwątpienie. A my na odwrót – wierzyliśmy w naszą siłę.

W marcu mówił pan też, że póki co nie widzi gryzienia trawy. A tu nagle wiosną sześć goli strzeliliście w doliczonym czasie gry. Czyli faktycznie jest charakter.

Tak, choć ja zauważyłbym jeszcze jedną rzecz – ile dawali nam zmiennicy. Jak się nie mylę, oni też zdobyli sześć bramek. Do tego dołożyli kolejnych sześć asyst. Albo nawet więcej. Z tego bardzo się cieszę, bo w pierwszej części sezonu zmiennicy dali tylko dwa gole, mimo że meczów przez trzy kolejki rozegrane awansem było więcej. Dzięki zmiennikom dociskaliśmy przeciwnika, po tym jak wcześniej było dużo rezerwy w zaangażowaniu czy odważnej grze.

Przepchnięcie tak wielu meczów kolanem na poziomie I ligi pokazuje też coś innego – że potrzeba wzmocnień. Wzmocnienia których pozycji potrzebuje pan najpilniej?

Myślę, że każdej formacji. Dodatkowo zawodnikami na poziomie Ekstraklasy, którzy w swoich zespołach odgrywali jakąś znaczącą rolę w przeciągu ostatnich dwóch lat. Jest dyrektor, z którym cały czas planujemy, ale to nie są łatwe rozmowy, bo wiadomo, że w grę wchodzą finanse, długości kontraktów i nie zawsze plany udaje się spełnić. Nikomu, kto przyjdzie, nie zagwarantuję gry, decydować będzie forma sportowa, ale pewne jest, że wzmocnienia być muszą.

Do Ekstraklasy wreszcie nie przychodzi pan jako strażak, a trener, który ma czas, by wprowadzać autorski projekt. Czuje się pan z tym komfortowo?

Autorski projekt to duże słowo. Mamy kadrę, którą odziedziczyłem, kontrakty są przedłużone u większości chłopaków. I na tym muszę bazować. A o autorskim projekcie można mówić, gdy ma się trzy-cztery okresy przygotowawcze i tyle też okienek transferowych. Wtedy można wdrożyć ośmiu-dziesięciu zawodników, ocenić, kto się nie sprawdził, tasować. Dopiero wtedy trener porusza się z dużą pewnością. Ja często nie mogłem działać według swojego planu czy wizji, tylko trzeba było robić wynik tu i teraz. Szyć na miarę możliwości.

Jaki nowy przydomek?

Wiem, że w Kielcach reagujecie trochę z kręceniem nosa na określenie Banda Świrów, bo tamtej Bandy Świrów nie da się odtworzyć, drużyna jest po prostu inna, ale może umie pan znaleźć odpowiednie określenie dla pana obecnej bandy?

Ciężko powiedzieć. Obecna ekipa napisała swoją historię – wywalczyła awans do Ekstraklasy. Dociskała mecze w końcówkach, nie odpuszczała walki do ostatniej minuty. Może w tym kierunku byśmy poszli? Do Bandy Świrów faktycznie bym nie wracał, bo teraz przejąłem zespół w trakcie sezonu, a w tamtym od początku miałem wpływ na wszystko i budować przez wiele okresów przygotowawczych. Teraz ktoś nas nazwał Watahą Ojrzyńskiego, co chyba nie do końca było trafne. Piłkarze niezbyt się z tego ucieszyli, niektórzy byli zdziwieni tym określeniem, więc ono zniknęło. Pewnie coś bardziej celnego pojawi się, gdy zbudujemy swoją tożsamość w Ekstraklasie.

Czego panu życzyć na koniec tej rozmowy, a przy okazji jeszcze raz na pięćdziesiątkę?

Zdrowia dla mnie i najbliższych. Rodziny, współpracowników, piłkarzy. I sukcesów, bo one zawsze dają satysfakcję, że nie zawiodłeś ludzi i podołałeś zadaniu.

Komentarze