Krajobraz po triumfie. Zagrożenie dla Legii jest naprawdę realne

Legia Warszawa
Legia Warszawa PressFocus

Dwumecz ze Slavią nie pokazał, jak mocna w tym sezonie jest Legia, a jak dobrego ma trenera. Ale nawet on jest świadomy, że gdy kołdra okazuje się zbyt krótka, odsłania pewną część ciała i kwestią czasu jest, kiedy inni będą ją lać. Dlatego między szpilkami wbijanymi we właściciela klubu, da się dostrzec realny strach Czesława Michniewicza przed powtórzeniem losu Lecha Poznań z poprzedniego sezonu.

  • Legia Warszawa sensacyjnie wyeliminowała z Ligi Europy Slavię Praga, ale po euforii przychodzi czas na refleksję. Zwłaszcza, gdy od niej wcale nie jest daleko do klęski
  • Przed rokiem Lech Poznań w świetnym stylu awansował do tych samych rozgrywek, a później ciągnął się w ogonie Ekstraklasy. Cierpiał przez wąską kadrę – problem, który dotyczy dziś Legii
  • Czesław Michniewicz od początku sezonu kombinuje ze składem i wystawia piłkarzy na nieswoich pozycjach, by łatać dziury

Moment, który ostatecznie rozbił projekt pod nazwą „Lech Poznań Dariusza Żurawia” miał miejsce jeszcze jesienią, która przecież zaczęła się fantastycznie (cztery wygrane w czterech meczach eliminacji Ligi Europy, bramki 13:1). Nie były nim słabe wyniki w Ekstraklasie, choć one nie pomagały, ani niechęć kibiców do tego zespołu, bo kryzys sportowy nie jest niczym, czego nie dałoby się zwalczyć, a jeśli już się udaje, fani też zaczynają się uśmiechać. Chwila, po której nie było już czego zbierać, miała miejsce wtedy, gdy Żuraw postanowił zagrać w Lizbonie z Benfiką rezerwowymi, bo zbliżało się ligowe granie z Podbeskidziem. Piłkarze, którzy wywalczyli prawo do zaprezentowania się w Europie poczuli się oszukani, a niedługo później było już jasne, że Lech nie skończy sezonu w górnej połowie tabeli.

Żuraw oberwał za swoje wybory, choć wynikały one nie z jego działań. Lech miał tak wąską kadrę, że granie co trzy dni musiało się odbić. Brak logiki w piłce też ma swoje granice. Dziś patrząc na sukcesy Legii w eliminacjach budzi się wspomnienie z tego, co działo się 12 miesięcy wcześniej w Poznaniu. Nawet jeśli mistrzowie Polski mają silniejszą podstawową jedenastkę niż rok temu Kolejorz i lepszego trenera na ławce.

Awans pomimo braków

Czesław Michniewicz awansował do Ligi Europy pomimo polityki kadrowej Legii, a nie dzięki niej. Dariusz Mioduski jakiś czas temu przekonywał, że drużynę na lato buduje się zimą, ale najwidoczniej zapomniał wprowadzić tego planu w życie. Z Bodo/Glimt, rywalem, który potencjalnie miał na tyle dużą jakość, że mógł Legię wyrzucić z eliminacji już na ich starcie, koniecznością było granie Kacprem Skibickim na prawym wahadle, mimo iż nastolatek nigdy wcześniej nie grał na tej pozycji. Ze Slavią Michniewicz kombinował z Arturem Jędrzejczykiem, a gdy w lidze zawieszony był Filip Mladenović, jego miejsce zajął Mateusz Hołownia – piłkarz, który mógł dostać okazję do gry na pozycji Serba tylko w przypadku kadrowej ułomności Legii. Tej jest dużo więcej, choć tymczasowo udaje się ją leczyć szczęściem. Na przykład Maik Nawrocki w defensywie objawieniem stał się w sposób kompletnie nieoczekiwany i raczej nie był sprowadzany na Łazienkowską jako piłkarz pierwszego wyboru.

Szczęście kończy się jednak tam, gdzie zaczynają działać prawa fizyki. W tym wypadku: fizyczności. Jeśli Legia pokona w Pucharze Polski Wigry Suwałki, nawet zakładając porażkę w kolejnej rundzie, jesienią zagra 35 meczów. To średnio jedno spotkanie na 4,5 dnia, a całymi seriami granie dwa razy w tygodniu. Michniewicz to znakomity trener, ale nie cudotwórca, którego pomysł na zastąpienie wypadających podstawowych piłkarzy zawsze przyniesie owoce.

Złośliwi twierdzą, że trener Legii ma nieprawdopodobny komfort, bo wszystkie sukcesy idą na jego konto, podczas gdy za ewentualne porażki nie będzie obwiniany. Ale w tym wypadku to naprawdę sprawiedliwy układ.

Trudniej niż w Poznaniu

Sytuacja wspomnianego na wstępie Lecha od dzisiejszej Legii różni się znacząco w jednym szczególe. Żuraw pozwolił sobie na grę rezerwami z Benficą, gdy wiedział, że awans do kolejnej rundy nie jest możliwy. Michniewicz – choć wątpliwe, iż w analogicznej sytuacji wystawiłby najlepszych na Podbeskidzie – prawdopodobnie nie będzie miał takiego „komfortu”. Zasady tegorocznej Ligi Europy premiują także trzeci zespół w grupie (grą w Lidze Konferencji na wiosnę), więc można spodziewać się walki Legii do końca choćby o taki wynik. Nie ulegajmy czarnowidztwu, że w towarzystwie Napoli, Leicester i Spartaka to niemożliwe. Bodo/Glimt w oczach wielu było najtrudniejszym możliwym przeciwnikiem, a Slavia Praga to niedawny ćwierćfinalista Ligi Europy. Na osiem meczów w eliminacjach Legia przegrała jeden – w dodatku będąc w nim optycznie dużo lepszym zespołem od przeciwnika.

Straty duże, wzmocnienia niewiadomą

Po drugim meczu z Bodo/Glimt o kadrze Legii rozmawiałem z Bogusławem Leśnodorskim. Powątpiewał, by ona wystarczyła do osiągania dobrych wyników na dwóch frontach, ale przynajmniej trzykrotnie zaznaczył: poczekajmy do końca okienka transferowego. Być może Legię ktoś jeszcze wzmocni, ale od czasu tamtej rozmowy ubytki wyglądają na większe od wzmocnień. Przez kontuzję na długo wypadł Bartosz Kapustka. Po odejściu Josipa Juranovicia w kadrze nie ma ani jednego naturalnego prawego wahadłowego. Polaka i aktualnego reprezentanta Chorwacji w zespole zastąpili Portugalczyk z Championship (Yuri Ribeiro) oraz 20-letni Albańczyk nie występujący do tej pory nigdzie poza rodzimą ligą (Jurgen Celhaka). Trzeba być wielkim optymistą, by z góry zakładać, iż właśnie zbudowano drużynę mogącą z powodzeniem walczyć w lidze i w Europie.

Zwłaszcza, że skuteczność transferów Legii przed tym sezonem na razie jest połowiczna. Lindsay Rose wygląda bardzo słabo, Joel Abu Hanna wciąż jest niezweryfikowany (a jeśli już to negatywnie), Mattias Johansson potencjał ma na pewno, ale na razie nie zadebiutował w lidze. Duże plusy można za to stawiać przy Mahirze Emrelim, Josue i wspomnianym wcześniej Nawrockim.

Ważny ranking

Byłaby wielka szkoda, gdyby przez braki kadrowe Legia nie była w stanie wypracować w pucharach dobrego wyniku. Dobra postawa w eliminacjach mistrzów Polski i Rakowa Częstochowa, a do czasu także Śląska Wrocław, zapewniły nam 3,625 punktów do rankingu krajowego UEFA i awans z 32. na 28. miejsce. Do pobicia najlepszego w ostatnim pięcioleciu osiągnięcia sprzed roku (4,000) wystarczy już tylko jedno zwycięstwo w fazie grupowej LE. To pokazuje, jak blisko jesteśmy nie tylko najnowszego rekordu, ale wywindowania go na poziom nieosiągalny dla polskich drużyn przez długi czas. Wyższy współczynnik ligowy to łatwiejsze i krótsze eliminacje w kolejnych sezonach.

Komentarze