Zastaw się, a postaw się. Słynne kluby mają problemy

Dani Alves (P) w barwach Sao Paulo FC
Dani Alves (P) w barwach Sao Paulo FC PressFocus

Miałem niedawno okazję zwiedzać to niewiele, które zostało z potęgi siedziby rodowej Lubomirskich w podkrakowskim Wiśniczu. Rezydenci zamku znani byli z szerokiego gestu. Panowała u nich zasada “zastaw się a postaw się”, toteż biesiady i polowania mogły trwać i dwa tygodnie, a gościom nie szczędzono prezentów. Wątpię by Lubomirscy mieli cokolwiek wspólnego z brazylijskim futbolem, ale ich zasada mocno wrosła w sposób funkcjonowania brazylijskich klubów piłkarskich. A te, im ciężej zdobywają pieniądze ze względu na sprzedaż zawodników do Europy czy Azji, im dłużej trwają targi ws nowych praw telewizyjnych i mimo kryzysu na rynku sprzedaży biletów (covidowe restrykcje) tym chętniej popisują się ściąganiem tej czy innej gwiazdy.

  • Brazylijskie kluby płacą ogromne kontrakty wracającym gwiazdom i mają przez to problemy finansowe
  • W ostatnich latach zrobiła się moda na powroty piłkarzy z uznanymi nazwiskami
  • Kolejne wielkie kluby mogą wkrótce słono zapłacić za nieroztropną politykę transferową

Oczywiście, że wracający biorą gaże mniejsze niż w Premier League czy Serie A. Oczywiście, że każdy z tych kontraktów jest w chytry sposób dzielony na pensję, prawa do wizerunku i pieniądze od sponsora. Ale też oczywiście, w prawie każdym przypadku wielka akcja powrotu kończy się wielkim fiaskiem.

Jak to działa?

Flamengo właśnie wita Davida Luiza. 34-letni stoper po blisko 15 latach gry w Benfice, Chelsea, PSG, ponownie Chelsea, a potem Arsenalu, wrócił do Rio de Janeiro. Był wolnym strzelcem, więc klub nie musiał płacić odstępnego. To sukces. David Luiz po prostu karierę zakończyć chciał w klubie, któremu kibicował od dziecka. Ma się rozumieć, jego pensja będzie niższa niż w Anglii. Klauzule pozwalają szybko rozwiązać umowę obowiązującą do końca 2022. To wszystko na wypadek, gdyby kolejny raz okazało się, że brazylijski klub porwał się z motyką na słońce. A porywają się często.

Nie będę wracał do czasów sprzed urodzin Waszych ojców, ale skupię się na czasach, kiedy brazylijskiego piłkarza chciał każdy klub na świecie, czyli przełomu XX i XXI wieku. Bayerny, Reale, Milany, Juventus nie wspominając nawet Szachtara, FC Porto, czy Deportivo budowały składy w oparciu o Brazylijczyków. Pięciu, siedmiu, ile tylko się dało! Kaka nawet brata dał radę wcisnąć do Serie A! Wielu z nich zrobiło wspaniałe kariery. Nawet ci, którzy nie łapali się do kadry na mundiale byli gwiazdami. Taki Sonny Anderson wymiatał w lidze francuskiej, przegrywając walkę o miejsce w reprezentacji. Podobnie jak szalejący w Stuttgarcie i Bayernie Giovane Elber, albo Marcio Amoroso, który był królem strzelców włoskiej Serie A i niemieckiej Bundesligi, ale w kadrze grał tylko ogony…

Po latach, kiedy Brazylijczycy wreszcie pogodzili się z faktem, że najlepszy klubowy futbol jest e Europie, a każdy młody piłkarz marzy o grze w ligach na zachód od Odry, zaczęła się fala powrotów. Wcześniej jej nie było, bo być nie mogło. Przed prawem Bosmana kluby miały po trzech obcokrajowców w składzie, a i Brazylijczyk grą w Grecji czy Turcji się nie hańbił (no, może jakiś drugoligowiec przed emeryturą), to samo ze Skandynawią, a już w krajach Bloku Wschodniego to kompletnie nie mieli czego szukać. 

W XXI wieku Brazylia eksportować zaczęła po 600-700 zawodników rocznie. Jej rozgrywki krajowe praktycznie się załamały, za to Europa i Azja miały kanarków do wyboru, do koloru. Jest jednak oczywiste, że po latach saksów chłopaki wracały do domów. Tych, co sobie zbudowali za euro, funty i dolary. Do kumpli, kuzynów, ciotek i wujków, bo Brazylijczycy to socjalny ludek i od świata odcinać się nie lubią. 

Wracał Ronaldo (mega sukces komercyjny Corinthiansu), wracał Roberto Carlos (powiedzmy, że wyszli na swoje), wracał Robinho (dwa razy, za pierwszym rewelacja, za drugim strata w klubowym bilansie), wracał Adriano (jak cała jego kariera, wańka-wstańka, ale królem strzelców i mistrzem Brazylii z Flamengo był za pierwszego powrotu), ale już powroty Kaki i Ronaldinho były fiaskiem.

Dlaczego? Piłkarze ciągle “mieli jeszcze nazwisko na rynku”, byli chętni z Azji czy MLS, gotowi płacić im miliony. Ale Flamengo i Sao Paulo zaryzykowały, zgodziły się płacić miliony dolarów, których nie miały, lecz liczyły, że magia nazwisk pozwoli je zarobić, a potem będzie z czego dzielić. Nie pykło! Kaka jeszcze rok po odejściu z klubu dostawał zaległe pensje, Ronaldinho z Flamengo procesował się bodaj dwa lata.

Kosmiczne gaże zwiastunem upadku

Wielki Tostao, mistrz świata z 1970, dzisiaj komentator dziennika Folha, napisał tekst, w którym krytykował powroty za wielkie pieniądze. Napisał wprost, że klubów na nie nie stać. A druga sprawa, to prezesi wpadli w prawdziwą manię wyciągania zawodników często wracających na tarczy. Podał przykłady piłkarzy, którzy po niezbyt udanych sezonach w Portugalii, Turcji, Holandii, wyjeżdżali na Bliski Wschód, grali w Japonii czy Chinach, a potem ich agenci domagali się horrendalnych pensji “bo to powrót po wieloletniej, udanej karierze zagranicznej”. Jakby Brazylijczycy zgłupieli na punkcie “zagranicy”, jakby wszystko co zagraniczne stało się lepsze. Anglia, Niemcy, Włochy, Hiszpania czy Francja – na pewno. Ale już średniaki Portugalii, Holandii, Szwajcarii czy Belgii niekoniecznie.

Płaci się 35-letniemu Diego Tardelliemu fortunę, jakby był gwiazdą pożądaną, bo jeśli Atletico Mineiro czy Flamengo nie dadzą mu dwóch milionów euro za sezon, to ucieknie do… gdzie? Borussi, Sevilli, Romy? Tam podstarzałemu Brazylijczykowi bez wielkich sukcesów nawet połowy tego nie zaoferują, o ile w ogóle braliby go pod uwagę.

Zastaw się a postaw się, przed paroma laty doprowadziło Sao Paulo FC na skraj bankructwa, kiedy to płacili fortunę Kace, Rivaldo, Rogerio Ceniemu i kilku innym graczom mającym za sobą grę w reprezentacji kraju. Klub przeżył podobny krach, doświadczany obecnie przez FC Barcelonę. Ledwie stanęli na nogi, sięgnęli po Daniela Alvesa. W minionym tygodniu Dani odszedł za darmo, w trakcie sezonu, bo zaległości Sampy wobec niego przekroczyły 20 mln złotych…

Corinthinas, który triumfalnie ogłosił powrót 33-letniego Williana, od dwóch lat zmaga się z problemami finansowymi. Kiedyś zarobili górę kasy na Ronaldo, ale Willian chociaż kapitalny gracz, to obok Fenomeno jedynie stał na zdjęciach. Gaża niższa niż w Arsenalu, ale i tak liczona w milionach reali (real mniej więcej tyle wart co złotówka). Za to ten David Luiz u boku Luisa Filipe i Diego, którym już płaci się “europejskie” wypłaty, to niemalże zapowiedź kolejnej klapy.

Sytuacja z COVID 19 uderzyła bowiem kluby bardzo po kieszeni, kibice wracają ale stopniowo, a prawa telewizyjne nie drożeją już w takim tempie jak dekadę temu, kiedy fala powrotów osiągała punkt kulminacyjny. Obym się mylił z tymi kasandrycznymi wizjami, ale wielkie Cruzeiro spadające aż do trzeciej ligi po tym jak okazało się, że ma długów na długie lata spłaty jest żywym dowodem, że nie tacy Lubomirscy z tych brazylijskich działaczy. 

Bartłomiej Rabij

Komentarze