Stracone marzenia o Mistrzostwach Świata
Mistrzostwa Świata, czyli największa piłkarska impreza, o której marzy każdy piłkarz i selekcjoner. Dlaczego tegoroczny mundial był tak ważny dla Polski i Polaków? Miał to być turniej, który zwieńczy reprezentacyjną karierę Roberta Lewandowskiego. Najwięcej występów w historii z orzełkiem na piersi. Najwięcej goli w Biało-Czerwonych barwach. Dla wielu najlepszy piłkarz w historii reprezentacji. Nie było i nie będzie lepszego momentu niż pożegnanie z kadrą na imprezie czterolecia. Nie dziwi więc reakcja 37-latka po meczu ze Szwecją. Wymowny obrazek, gdy sam stoi na środku boiska, do oczu napływają łzy, a kibice skandują jego nazwisko – ten widok po prostu musiał zaboleć każdego kibica.
O mundialu marzył nie tylko Lewandowski. Z kadrą mógł pożegnać się w USA również Kamil Grosicki. Te kilka minut ze Szwecją mogły być dla niego ostatnie z orzełkiem na piersi. Nie trudno oprzeć się wrażeniu, że blisko pożegnania z kadrą jest także Bartosz Bereszyński. Kto wie, czy za cztery lata w reprezentacji wciąż będzie grał 32-letni obecnie Piotr Zieliński albo 34-letni Łukasz Skorupski. To była szansa dla wielu kadrowiczów, żeby ostatni raz poczuć emocje związane z mundialem. Stracona szansa na spełnienie dziecięcych marzeń.
Nie jesteśmy gotowi, żeby pożegnać Lewandowskiego
165 meczów i 89 goli – historia, którą Robert Lewandowski pisze od września 2008 roku, gdy Leo Beenhakker dał mu zadebiutować w spotkaniu eliminacji Mistrzostw Świata 2010 z San Marino. Ta historia miewała wzloty i upadki. Zbyt szeroki jest to temat, żeby pokrótce go opisać. Ale wniosek jest jeden – czy to się kibicom podoba czy nie – polska piłka nie jest gotowa na odejście Roberta Lewandowskiego. I wcale nie chodzi o to, że jest jednym z najlepszych napastników w historii. Nie chodzi też o rekordy w kadrze ani rozpoznawalność i kwestie marketingowe. My po prostu nie mamy nikogo, kto go zastąpi. Co gorsza, jeszcze długo mieć nie będziemy. W skokach, gdy odchodził Adam Małysz, widzieliśmy symboliczne przekazanie pałeczki w sposób najbardziej romantyczny z możliwych. Upadek po skoku Adama Małysza, a chwilę później Kamil Stoch odnosi pierwsze zwycięstwo w karierze w Pucharze Świata. Symboliczny moment, gdy przejął rolę lidera i odpowiedzialność za polską kadrę, a jego mentor oddał mu scenę. W piłce takiego scenariusza nie doświadczymy. Raz, że nie mamy następcy Lewandowskiego. Dwa, że nikt z obecnych nie jest nawet tego blisko. Z całym szacunkiem do Krzysztofa Piątka, Karola Świderskiego, Adama Buksy czy Arka Milika, ale nikt z nich nie był, nie jest i nie będzie nawet w połowie drugim Lewandowskim, gdy ten zdecyduje się odejść. Można na niego psioczyć, można go nie lubić, można mieć o nim negatywną opinię. Trzeba jednak go szanować i doceniać za wszystko, co zrobił dla reprezentacji Polski. Oddał jej kawał życia.
Jan Urban, czyli prowadź nas Panie Janie
Do dziś jestem zdania, że selekcjonera reprezentacji Polski nie wybrał Cezary Kulesza, a opinia publiczna. Po chaosie, w który wplątał nas prezes PZPN, wybierając dwa lata wcześniej Michała Probierza, trzeba było pójść za głosem ludu. Lud, czyli naród Polski powiedział wprost: „Chcemy Jana Urbana na selekcjonera”. Kulesza nie miał wyjścia, ale musiał zachować pozory, udając, że w grze są inni kandydaci, żeby było widać, że wybór Urbana jest jego.
Można śmiało założyć tezę, że komunikat prezesa po porażce ze Szwecją o przedłużeniu kontraktu z Janem Urbanem to była pierwsza i jak na razie jedyna w stu procentach dobra decyzja, jaką podjął w roli prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej. Zachował chłodną głowę i pozwolił kontynuować projekt, który rozpoczął się w lipcu ubiegłego roku. Miał on wyglądać nieco inaczej, bo każdy przecież zakładał, że zagramy na Mistrzostwach Świata. Niemniej jednak czas na rewolucję i zmianę pokoleniową przyszedł wcześniej. Misja EURO 2028 rozpoczyna się dziś, dzień po porażce ze Szwecją, dzień po straconych marzeniach, których nie odzyskamy, ale które możemy zamienić na inne. Brak awansu na jeden turniej to jeszcze nie koniec świata. Będę następne. Przynajmniej tego jestem pewien, bo na ławce trenerskiej siedzi osoba, która w końcu nie patrzy na własny interes, a myśli przede wszystkim o dobru reprezentacji, która dla wszystkich jest dobrem narodowym.
Idzie nowe – zmiana pokoleniowa w kadrze
„Nie płacz, że coś się skończyło, uśmiechnij się, że ci się to przytrafiło”. Cytat Gabriela Garcii Marqueza idealnie dziś podsumowuje ostatnie wydarzenia. Co więcej, można go użyć nawet w odniesieniu do wszystkich wcześniejszych lat, czyli momentu, gdy Robert Lewandowski zadebiutował w kadrze, a dziś zbliża się ku zakończeniu kariery reprezentacyjnej. Zmiana pokoleniowa jest nieunikniona. Po prawdzie ona już się zaczęła, gdy Jan Urban przejął ster. Jan Ziółkowski, Jakub Kamiński, Filip Rózga, Oskar Pietuszewski to tylko część nazwisk, które niebawem będą stanowić o sile reprezentacji. W kolejce czekają następni, bo przecież jest Kacper Potulski, Wojciech Mońka, Antoni Kozubal czy Sławomir Abramowicz. Gdzieś ta przyszłość wcale nie rysuje się w szarych kolorach, jak większość to przedstawia. Oczywiście nie są to jeszcze nazwiska tak znane i podziwiane jak Lewandowski, Zieliński, Błaszczykowski, Krychowiak czy Glik. Ale ich kiedyś też nikt nie znał albo znał, ale mało kto. Kto by pomyślał w 2008 roku, że wątpliwej budowy napastnik z Warszawy, którego odrzuciła Legia, prawie 20 lat później będzie jednym z najlepszych piłkarzy na świecie w XXI w. Pojedyncze jednostki są i one czekają, aż ktoś da im szansę. I kto wie, może kiedyś, może za dwadzieścia lat od dziś ktoś napisze, że piłkarz x to drugi po Lewandowskim najlepszy zawodnik reprezentacji.
Już tak na sam koniec, bo nie byłbym sobą, gdybym nie dodał czegoś od siebie, tak po ludzku, a nie po dziennikarsku. Porażki to część sportu. Nie ma gorszego uczucia niż te, które towarzyszy zawodnikowi dzień po porażce. Przeżyłem to, więc wiem. Pustka, poczucie bezsilności czy rozrywający duszę wewnętrzny krzyk. To dziś czują nasi piłkarze. Ale to właśnie w takich chwilach sportowiec przeobraża się w mitycznego feniksa i wstaje z popiołów. Wczoraj rozpadliśmy się na kawałki, ale za chwilę wstaniemy. I nawet jak dziś leżymy jeszcze na deskach przygnębieni po porażce i straconych marzeniach, to lepsze dni czekają tuż za rogiem. Trzeba tylko wstać i wyjść im naprzeciw.









