Mylą się ludzie, a nie system. Sędziów trzeba zrozumieć, ale i karać

Sędzia oglądający powtórkę
PressFocus Na zdjęciu: Sędzia oglądający powtórkę

A nie mówiłem, że VAR zabija futbol? Najgorsze co mogło spotkać ten sport – znajomy, z którym od lat sprzeczam się o system VAR zadzwonił w ten weekend w poczuciu ogromnego triumfu. Sędziowie we Włoszech rzeczywiście dostarczyli pożywki i i jemu, i ludziom o podobnym podejściu, ale trudno mi się oprzeć wrażeniu, że gdybym to ja miał do niego dzwonić po każdej sytuacji, gdy dzięki interwencji sędziów przed monitorem mecz skończył się zasłużonym wynikiem, rozmawiałbym z nim w ciągu tygodnia więcej niż z rodziną.

Dzisiejsze czasy lubią, gdy wszystko opisuje się obrazkowo, dlatego do kolejnej dyskusji o VAR najlepiej pasuje chyba zrzut ekranu z gry grand theft auto i tekst: „Ah shit, here we go again”. Nie spodziewałem się, że ten temat jeszcze wróci, choć w sumie spodziewać się powinienem – w dzisiejszych czasach dużo łatwiej przecież neguje się to, co wypracowali inni niż szuka samemu metod, by jednak było lepiej. Chyba więc warto więc pogodzić się z tym, że VAR będzie krytykowany jeszcze przez długie lata – tak jak wiele innowacji na bardzo różnych polach.

Z VAR jest trochę jak z demokracją – system nie jest idealny, ale lepszego nie wymyślono. Jeśli nie działa, mylą się ludzie, a nie on. Co weekend w całej Europie przynajmniej kilkadziesiąt meczów kończy się innym rozstrzygnięciem niż skończyłoby się, gdyby sędziom na boisku nie pomogli koledzy przed monitorem. A mam tu na myśli tylko różnicę między wygraną, a remisem lub porażką, bo takich, gdy wynik zmienia się o jedną bramkę lub detal na boisku z pewnością są już setki. Na koniec oczywiście mówi się o tych kilku spektakularnych wpadkach, bo słuszne korygowanie złych decyzji sędziego głównego i jego asystentów tak nam spowszedniało, że nawet my czasami pomijamy takie sytuacje robiąc skrót z meczu do Ligi+. Skoro gol padł z wyraźnego spalonego, po co go pokazywać? Tylko dlatego, że asystent nie podniósł chorągiewki w momencie, gdy znacznie wcześniej powinien przerwać grę?

Najbardziej VAR krytykowano w ostatnim czasie w Anglii, długo dyskutując choćby o nieuznanej bramce dla West Hamu w meczu z Chelsea, czy bramce dla Arsenalu w spotkaniu z Manchesterem United. Przyznaję, w tej ostatniej sytuacji nawet ja dałem się ponieść emocjom, wyrażając głośno wątpliwości, czy faul w środku pola na Eriksenie był rzeczywiście „clear and obvious”, czyli czy był przewinieniem z gatunku tych, przy których powinno się interweniować. Gdy emocje opadły uznałem rację arbitrów i nawet jeśli dziwię się brakowi reakcji sędziów w Nyonie na wtorkowe starcie Alphonso Daviesa z Ousmane’m Dembele w polu karnym Bayernu Monachium, jestem zdecydowanym zwolennikiem VAR.

Kontrowersji w futbolu się nie uniknie – także dlatego budzi tak ogromne emocje. Gra jest zbyt szybka, zbyt kontaktowa, zbyt wiele jest w niej jednak sytuacji, które nawet stu ekspertów podzielą na dwie podobne liczebnie grupy twardo stojące przy swoich – przeciwstawnych rzecz jasna – zdaniach. I mówimy o ekspertach, a nie kibicach, bądź byłych piłkarzach, którzy nie zadają sobie trudu, by oglądać dziesiątki klipów, pokazujących, jak co pół roku zmieniają się drobne przepisy i ich interpretacje. W przepisach VAR znajduje się zapis, by sędziowie na wozie (jak w polskiej Ekstraklasie) lub centrum telewizyjnym interweniowali tylko, gdy są stuprocentowo pewni decyzji, ale… to tylko zapis. Wiadomo – spalony bez rysowania linii, uderzenie rywala, kosa w nogi w polu karnym, to sprawy najczęściej oczywiste. Ale już przy faulach bywają kontrowersje – tak jak we wtorek w Monachium. I o ile mnie też znacznie bliżej do karnego, to rozumiem (albo inaczej: staram się zrozumieć!) zawahanie sędziów VAR, patrząc na uginającą się przed kontaktem z nogą rywala nogę Dembele. Ale znów – czy powinniśmy aż tak szczegółowo to analizować? Co jest „jasne i oczywiste”? Panowie Pol van Boekel i Tomasz Kwiatkowski mieli w Nyonie mało czasu, by sobie na te pytania odpowiedzieć. Monetą nie rzucali, ale przypuszczam, że szanse na kontakt z arbitrem głównym były podobne, jak te z wyrzuceniem orła lub reszki.

Łatwiej mieli sędziowie VAR podczas meczu poprzedniego meczu Barcelony. Gdyby nie oni Viktoria Pilzno miałaby karnego na 1:1 a Katalończycy graliby w dziesiątkę bez uderzonego, a ukaranego pierwotnie czerwoną kartką Christensena. Warto wspominać też taki sytuacje, gdy rzucamy głośno pytanie, po co piłce nożnej VAR i czy aby jej nie niszczy.

Technologia nie tylko idzie, co gna o przodu, więc już podczas mistrzostw świata unikniemy (większych, bo nie wierzę, że jakichkolwiek – obym się mylił) kontrowersji związanych ze spalonymi. Ten system trafi z czasem i do naszej ligi, więc unikniemy tego denerwującego rysowania linii, przy którym nawet ja, będąc wielkim orędownikiem VAR jeszcze sprzed czasów jego wprowadzenia, mam spore wątpliwości, jak są rysowane. Dyskusji i kontrowersji po niektórych faulach i zagraniach ręką nie unikniemy. Rolą człowieka przed monitorem jest jednak sprawić, by było ich jak najmniej. By jak najrzadziej zdarzały się takie wynaturzenia i błędy kompromitujące sędziów VAR (ludzi, a nie sam system), jak w niedzielę w Turynie. A rolą sędziów, obserwatorów i komentatorów takie oto pomyłki piętnować.

Sędziowie na wozie VAR są tylko ludźmi, też się mylą i trzeba to zrozumieć. Ale również karać. Nie rozumiem pomyłki z Turynu, nie rozumiem też sędziów na wozie VAR podczas piątkowego meczu Widzewa z Cracovią. O ile z boiska sędzia mógł (nie powinien, ale mógł) nie zauważyć, jak agresywnie zaatakował Michał Rakoczy Fabio Nunesa, o tyle w powtórkach widać to było bardzo wyraźnie. I to są błędy trudne do wybaczenia. Wciąż jednak pomyłki ludzi, a nie technologii.

W innych sportach jest łatwiej. W tenisie Amerykanie już zrezygnowali z sędziów liniowych, teraz „Out” wykrzykuje komputer. Owszem, zawodnik może obejrzeć sobie na monitorze zbliżenie piłeczki, która ląduje milimetry obok linii, ale przecież to ten sam system, który nieprecyzyjne zagranie wywołał. Tam roli człowieka niemal nie ma (niemal, bo przecież system może, przynajmniej teoretycznie, być źle skalibrowany) i jest łatwiej. Dyskusji i kontrowersji też brak.

Jeszcze inaczej jest w siatkówce, gdzie przed laty sędziowie liniowi, zawsze z regionu gospodarza, często wypaczali wyniki meczów. Dziś też jest prościej i choć nie zawsze idealnie – gdy operatorzy systemu pokażą niewłaściwy moment akcji, albo najlepszą kamerę zasłoni akurat zawodnik  – bez porównania lepiej niż kiedyś. Ba, o tyle lepiej, że bez Challenge’u nikt już sobie gry na przyzwoitym poziomie nie wyobraża.

I mam nadzieję, że w futbolu też tak niebawem będzie z VAR. Nawet w sytuacji, w której kontrowersje i tak pozostaną.

Żelisław Żyżyński, Canal+Sport

Komentarze