Olkiewicz w środę #14 Piłkarz kontra klub. Walka coraz bardziej jednostronna…

Robert Lewandowski
PressFocus Na zdjęciu: Robert Lewandowski

Nie jest łatwo pisać o Robercie Lewandowskim. To uwaga natury ogólnej, odnosi się do całokształtu kariery naszego rodaka. Jakoś tak się trafiło, że jego najróżniejsze wyczyny trafiały pod moje pióro, czasem niczym zaszczyt spływający na najbardziej pilnego ucznia (jak wówczas gdy pisałem tekst po meczu Bayernu z Wolfsburgiem, nastawiony, że nic szczególnego się w nim nie wydarzy), czasem niczym gorący kartofel (gdy trzeba było skomentować jego dziwaczne zachowanie podczas mundialu w Rosji). Za każdym razem już w chwili stawiania ostatniej kropki ostatniego akapitu wiedziałem – to trochę za duże buty, trochę za duży kapelusz.

Oczywiście, z łatwością przychodziła mi krytyka Lionela Messiego, całej Barcelony, Pepa Guardioli, Jose Mourinho, nawet Maradony i Pelego, a z rodzimego podwórka – Tomaszewskiego czy Bońka. To były jednak trochę postacie z kosmosu, z innej galaktyki, albo na odwrót – gdzieś z najgłębiej ukrytej wystawy w nieco zapuszczonym muzeum. Jedni byli zdecydowanie zbyt daleko jeśli chodzi o geografię, siatkę kontaktów towarzyskich oraz zwykłą sympatię kibicowską. Drudzy – zbyt daleko w kwestii czysto czasowej. Kibice, którzy byli gotowi dać w łeb za Jana Tomaszewskiego już dzisiaj kiepsko stoją z wyprowadzaniem ciosów bez użycia maści rozgrzewających. 

Robert Lewandowski to coś zupełnie innego. I w pełni świadomie piszę: “coś”. Marka, brand, firma, przedsiębiorstwo, może nawet ten kultowy, przywołany przez Włodzimierza Szaranowicza, fenomen społeczny? Po pierwsze – Robert Lewandowski jest bliższy niż którykolwiek piłkarz z topu. Wciąż po boiskach niższych lig biegają ludzie, którzy wychowali się z nim na jednym placu, wciąż w kanciapach pod Warszawą są poukrywani nauczyciele, którzy z nim współpracowali. Wiemy o Robercie sto razy więcej, niż o Messim, i co najważniejsze – wiemy to od żywych ludzi, a nie z relacji prasowych przetłumaczonych z “Głosu Buenos Aires”. Po drugie – to piłkarz, jakiego w historii nie mieliśmy i którego pewnie wielu z nas już nie doczeka. Dwa razy z rzędu najlepszy na świecie, brak statuetki, która by to jakoś oficjalnie podkreśliła to tylko didaskalia. Zdobywca Ligi Mistrzów, król strzelców we wszystkich rozgrywkach, w których istnieje możliwość strzelania goli, wielokrotny mistrz Niemiec, zresztą, nie wiem w jakim celu po raz setny to wszystko podkreślać. Robertowi niby brakuje jakiegoś spektakularnego sukcesu z kadrą, ale dajmy już temu spokój, jeśli ktoś przed 2020 jeszcze zastanawiał się nad tym, czy umieścić go nad, czy jednak pod Lubańskim, Bońkiem i Deyną, dzisiaj już wątpliwości raczej nie ma. 

Te dwa elementy łącznie sprawiają, że nawet najbardziej obiektywny arbiter, nawet najbardziej sumienny dziennikarz, jednak ma z tyłu głowy – to postać wyjątkowa. Gdy ładuje pięć goli w dziewięć minut zostaje świadomość, że pewnie już nigdy w życiu takiego wyczynu Polaka nie będę miał okazji opisać. I że pewnie ten jeden raz, gdy akurat na mnie spadł zaszczyt opisania jak działa się historia, mogłem to zrobić lepiej. Ale co gorsza – gdy Robert Lewandowski gra źle, rozczarowuje w meczach reprezentacji Polski, albo pozwala sobie na kuriozalne wypowiedzi w mediach, które w ustach każdego innego piłkarza brzmiałyby groteskowo – w naturalny sposób rozpoczyna się szukanie usprawiedliwień. Pamiętam ten czas, gdy Robert dość nieładnie wypowiedział się o kolegach z drużyny, na tyle uderzający był jego ton oraz dobór słów, że wielu – w tym ja – pomyślało, że gość nie nadaje się na kapitana. Nie w drużynie, w której równocześnie biega taki tur jak Glik, urodzony lider. I wtedy znów, ta myśl, że może jednak nie warto? Że to przecież Polak-rodak, że to Robert Lewandowski, że będę opowiadał wnukom o tym, jak grał. 

Tak, mam problem z tym co, w jaki sposób i w jakim momencie mówi obecnie Robert Lewandowski. I problem polega przede wszystkim na tym, że ścierają się dwa potężne żywioły. Żywioł pierwszy już z grubsza opisałem – to trzymanie kciuków, by udało się jednemu z największych w naszej piłce. Jeśli Robert uważa, że najlepiej będzie mu w Barcelonie, to trzymam kciuki razem z całą Polską, by mu było dobrze w Barcelonie. Jeśli uważa, że jego przygoda z Bayernem dobiegła końca, to razem z całym narodem życzę wszystkiego dobrego już nie Bawarczykom, ale nowym pracodawcom “Lewego”. Gdyby stwierdził, że teraz chce się skupić na kadrze, a to w pełni zagwarantuje mu tylko Inter Miami, to może nawet zerknąłbym na ich mecz z Charlotte. 

Ale jest i drugi żywioł, wyjątkowo mocny, bo podsycany z dwóch źródeł. Football Manager to pierwsze z nich. Jako gość, który uwielbia dłubać sobie długie, kilkuletnie kariery w jednym klubie, każdy transfer wychodzący, który nie jest zrzuceniem z pokładu jakichś nieistotnych elementów, urasta do rangi tragedii. To nie hiperbola, dwa ostatnie dni biłem się z myślami, czy nie zacząć rozgrywki od nowa – bo w sezonie 2024/25, utraciłem po raz pierwszy gwiazdę drużyny, Mateusza Musiałowskiego. Prozaiczna przyczyna – zapomniałem, że przy podpisywaniu kontraktu zastrzegł sobie klauzulę odstępnego. AC Milan przelało 10 baniek, tyle po moim najlepszym skrzydłowym. Mam na tym punkcie fioła – przedłużam kontrakty, nasyłam na niezadowolonych zawodników całą watahę kolegów z drużyny, robię sztuczki z odrzucaniem ofert zainteresowanych klubów – ale gwiazd nie sprzedaję. Taka jest moja zasada, nawet jak mają się na mnie gniewać przez pół rundy. W końcu przestają się gniewać, przedłużają kontrakt, a ja mam ten komfort, że niektórych wonderkidów prowadzę przez całą ich karierę. Tak, w jednym klubie. 

Drugie źródło to już prywatne doświadczenia z piłką nożną. Z piłką nożną, która z każdym sezonem staje się coraz mniej klubowa, a coraz bardziej indywidualna. Nigdy nie miałem jakiegoś stałego zestawu idoli, oczywiście, wyjątkowe miejsce w sercu mają u mnie Saganowski czy Giggs, ale to wszystko “stare lata”. Z idoli bowiem dość skutecznie, a co ważniejsze – bardzo szybko wyleczył mnie tata. Jako hardy 10-latek, który posiadł już całą wiedzę o świecie, ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej, dość długo kłóciłem się z nim o jednego z wychowanków ŁKS-u, co dla ŁKS-u zawsze, nawet za darmo, nawet w II lidze. Ten wychowanek, skądinąd głośny medialnie w ostatnich tygodniach, też dla ŁKS-u zawsze, nawet za darmo, nawet w II lidze, ale pół roku po spadku z Ekstraklasy, właśnie w II lidze, gdy zaczęły się również problemy finansowe, wybrał kontynuowanie kariery w Ruchu Chorzów. Tata zatriumfował, ja się nauczyłem, że idole są na chwilę, kluby na zawsze. Dorastałem w tym przekonaniu i okopywałem się na tych pozycjach jako kibic klubu, który jakoś zawsze miał farta do wychowywania talentów, ale nigdy do działaczy, którzy byliby w stanie ich utrzymać. Trzymałem potem kciuki za tych naszych Saganowskich, Golańskich, Wieszczyckich czy nawet Marciniaków, ale cieszyć się ich występami w biało-czerwonej koszulce mogłem z rzadka. 

W naturalny sposób więc wnerwiała mnie rosnąca dysproporcja pomiędzy siłą negocjacyjną klubu, a siłą negocjacyjną zawodnika. Wszystkie karty były po stronie piłkarzy i ich menedżerów. Jak największa kwota podstawowa, jak najmniej do podniesienia z boiska. Jak najszersze możliwości odejścia w dowolnym momencie, gdy zapragnie tego zawodnik, a jednocześnie szereg zabezpieczeń, żeby czasem klub nie mógł skórokopa wykopać przed upływem ostatniego dnia kontraktu. Nie twierdzę, że piłkarze zawsze mieli z górki. Nie, wręcz przeciwnie, często latami ściągali należne im pieniądze, niekiedy po prostu godzili się z tym, że nigdy ich nie odzyskają. Latami kluby potrafiły wyczyniać cuda z niepokornymi, zsyłki do rezerw to tylko wierzchołek. Często zawodnicy musieli samodzielnie dbać o zaspokojenie najpilniejszych sportowych potrzeb, od boisk, po suplementację. Ale ta karta już dawno się odwróciła, ten rynek już dawno się zmienił. Ile obecnie znaczy piłkarz, a ile klub, w pełni pokazuje ten globalny trend. Erling Blaut Haaland wywalczył sobie w City takie warunki, że nadal to on trzyma w garści lejce swojej kariery, City jest tylko najemcą jego usług na czas, gdy Haaland zdecyduje się je świadczyć. Kylian Mbappe prawdopodobnie w nieujawnionych zapisach kontraktowych dostał tytuł księcia Kataru oraz sześć dzielnic Paryża. Sagi transferowe, które kiedyś były po prostu płaczliwym targowaniem się dwóch klubów, dziś są obyczajowymi telenowelami, gdzie politycy państw śledzą, jakie tweety lajkują matki zawodników. Brzmi jak hiperbola, ale czytałem dokładne opracowania o tym, jak prestiżowo Katar potraktował sprawę transferu Mbappe i czytałem też szczegółowe analizy, jakie tweety dodaje do ulubionych pani mama Kyliana. PSG i Real to prawdopodobnie ostatnie pozycje na liście firm, które budzą moje współczucie. Ale jednak sposób, w jaki środowisko Kyliana Mbappe rozegrało obie z nich, budzi jakiś rodzaj porozumienia z paryżanami i zdobywcami Ligi Mistrzów. Tu obie strony w jakiś sposób poniosły porażkę, czyli zbliżyły się do mojej, wiecznie przegranej, osoby. Wygrał tylko Mbappe, jego ludzie, jego rodzina, jego przyjaciele, jego sztaby, działy w jego firmach, piony w jego spółkach. 

O “tenisizacji” piłki nożnej często pisze się w kontekście szkolenia, wczesnej specjalizacji, dużego nacisku na rozwój od najmłodszych lat, często dużym kosztem dla psychiki dziecka. Ale ta “tenisizacja” to też rosnące marki piłkarzy, które coraz częściej są w stanie rzucić rękawice klubom. To zresztą nic wielkiego, to biznes – firma RL9 i firma Bayern mają sprzeczne interesy. Więc firma RL9 zaczyna do firmy Bayern strzelać, również za pomocą konferencji przed meczami reprezentacji Polski. 

Kibicuję Robertowi, by pod jego nogami zawsze kwitły najpiękniejsze róże, a nad głową wiecznie rozpościerało się błękitne niebo. Ale kurczę, to jednak piłkarz z wciąż ważnym kontraktem, który podpisał na określony czas. Domyślam się, że żaden z działaczy Bayernu nie trzymał go w kazamatach Allianz Areny, a dłuższy okres obowiązywania umowy wiązał się z wyższymi kwotami we wszystkich pozostałych rubrykach. Pobrałeś te wszystkie wyższe kwoty, więc teraz zmierz się z konsekwencjami tej ostatniej cyferki, w kafelku “okres obowiązywania umowy”. Co gorsza – jest w pełni jasne, że i Bayern, i Robert Lewandowski, i Pini Zahavi, i każdy, kto potrafi czytać, widzi: to tylko gra na zbicie ceny. To tylko szczerzenie kłów przez obie strony, po to, by jak najmocniej nastraszyć przeciwnika przed tym, jak spotkają się przy stole. I ugadają to, czego chce zawodnik – zostawiając Bayernowi jedynie trochę dolarów na otarcie łez. 

Chciałbym się po prostu cieszyć razem z Robertem z nowych wyzwań. Sprawdzić, jak prezentuje się w nowej koszulce, przeczytać, z kim będzie dzielić szatnię, jakie rekordy ma do pobicia i kto będzie mu najczęściej asystował. Chciałbym, by Robert pragnący transferu, ten swój transfer dostał. Ale nie wiem, czy faktycznie się ucieszę, jeśli to będzie coś bliższego ucieczki z domu, niż zwyczajnej rynkowej transakcji. Nie wiem, co Robert zrobił przed konferencją, ile rozmów z Bayernem odbył, jak mocno nad swoim transferem pracował. Być może te wypowiedzi to już jakiś krzyk rozpaczy po tygodniach bezowocnych negocjacji. Wiem jedno – obecnie wygląda to niespecjalnie elegancko. 

I tak jak Robertowi po prostu wypada kibicować we wszystkim, nawet gdy gra w szachy z córką, tak tutaj… Po prostu szkoda mi Bayernu. Oraz każdego innego klubu na świecie, z moim ŁKS-em włącznie. Już nigdy kluby nie odzyskają uprzywilejowanej pozycji w rozmowach z piłkarzami. Gdy od dziecka głęboko wierzysz, że idole są na chwilę, a kluby są wieczne – to dość niewesoła perspektywa. 

Komentarze