Reprezentanci Polski
Reprezentanci Polski fot. Grzegorz Wajda

Czy Jerzy Brzęczek był słusznie krytykowany i dlaczego kadra gra lepiej?

Jerzy Brzęczek rośnie. Nie chodzi tylko o wyniki, mówienie wyłącznie o nich byłoby myleniem skutku z przyczyną. Choć trener na konferencji po meczu z Bośnią i Hercegowiną powiedział w pewnym momencie “ja się nie zmieniam”, trudno się z tym zgodzić. Widzimy ewolucję, na jaką czekaliśmy. Ewolucję jednostki, która bezpośrednio wpływa na ewolucję grupy.

Czytaj dalej…

  • Polska wygrała z Bośnią i Hercegowiną 3:0, ale nawet tak dobry wynik jest tu kwestią trzeciorzędną. Ważniejszy jest kapitalny, długo wyczekiwany styl reprezentacji w październiku oraz wypracowanie przez Jerzego Brzęczka głębi składu, o jakiej poprzednicy, również z własnej winy, mogli tylko pomarzyć
  • Niemal na żywo obserwujemy zmianę, jaka zachodzi w Jerzym Brzęczku. Nie chodzi o kwestie osobowe, a o sposób pracy z reprezentacją
  • Czy zatem krytyka Jerzego Brzęczka w przeszłości była niezasłużona? Próbujemy rozstrzygnąć tę kwestię

Wiem dobrze, o co selekcjonerowi chodziło z tym “ja się nie zmieniam”. Tak naprawdę on wciąż jest tym Jerzym Brzęczkiem, który uparcie pracuje nad poprawą gry i który zastanawia się, kiedy lepiej dać zagrać Bartoszowi Bereszyńskiemu, a kiedy postawić na Macieja Rybusa. Wciąż w szatni krzyczy “panowie!”, gdy uzna, że trzeba i wciąż jest przekonany, że kierunek, jaki obrał dwa lata temu jest właściwy. Ale nie sposób zauważyć, że zmieniły się u niego kwestie wręcz fundamentalne, budujące zaufanie nie tylko w społeczeństwie, ale przede wszystkim wśród piłkarzy.

To nikt inny, jak Jerzy Brzęczek, w wątpliwość podawał potencjał swoich piłkarzy na tle Austrii (“kończyliśmy mecz trzema zawodnikami z Championship” – z czego jednym był Kamil Grosicki, od lat jedna z najważniejszych postaci w kadrze, która na zgrupowaniach dostaje skrzydeł, drugim Mateusz Klich, piłkarz – jak widzimy niedługo później – o potencjale wyróżniającego się zawodnika Premier League, w reprezentacji Brzęczka od początku osoba kluczowa). To z ust selekcjonera słyszeliśmy o przeskakiwaniu w głowie Piotra Zielińskiego (jakby to była przyczyna jego słabszych występów, a nie na przykład ustawienie na boisku na pozycji, na której w klubie nie gra od sześciu lat), o zadowoleniu po meczu, na który pojechaliśmy przegrać jak najniżej. To nie był wymysł złych dziennikarzy, w wywiadzie dla Goal.pl Brzęczka za kwestie pozasportowe krytykował Zbigniew Boniek.

Tak też działają media – trener dawał powody do gorzkich słów, to je słyszał. Jeśli słyszę teraz hasła “gdzie są krytycy?”, odpowiadam: naprawdę trudno było chwalić za zwycięstwo w Macedonii, gdy naszym jedynym celnym strzałem był przedziwny farfocel Krzysztofa Piątka, który chyba siłą woli wtoczył się do bramki. Albo nie zauważyć, że porażka w Słowenii była wypadkową tego, że w kilku wcześniejszych meczach mieliśmy furę szczęścia, które w Lublanie nas opuściło (bo czy gra się bardzo różniła?). Wbrew temu, co twierdził selekcjoner, nie dostawało mu się ani mniej, ani więcej, niż zebraliby (zebrali?) jego poprzednicy, a diastema i pochodzenie (sic!) nie miały z tym nic wspólnego.

Ale Brzęczek się zmienia, nie można być uczciwym człowiekiem i tego nie zauważać. Mam wrażenie, że czerpie garściami z zaufania, jakie publicznie tysiąc razy deklarował Zbigniew Boniek. Kiedyś symbolicznym meczem był ten towarzyski z Czechami w 2018 roku. Polacy byli akurat po serii słabych występów (Irlandia, Portugalia, Włochy – remis i dwie porażki, wszystko po trudnej do strawienia grze), więc Brzęczek zamiast korzystać z jedynego sparingu, jaki otrzymał w kalendarzu i szukać nowych rozwiązań, wystawił najmocniejszy skład, z Robertem Lewandowskim grającym przez 90 minut, wykorzystując w trakcie meczu tylko połowę zmian, jakie miał do dyspozycji. Szukał wyniku tam, bo od dwóch miesięcy nie mógł go znaleźć nigdzie indziej. Celem nadrzędnym było krzyknięcie do wszystkich: hej, ja też potrafię wygrywać! Dziś jest dzień po najtrudniejszym zgrupowaniu za swojej kadencji (trzy mecze w osiem dni, pandemia zatrzymująca w domu kluczowego zawodnika) i nie jest w stanie zapisać po nim ani jednego minusika. Ani jeden z powołanych piłkarzy nie zagrał w podstawowym składzie we wszystkich trzech meczach, dzięki czemu sam stworzył sobie głębię składu, o jakich poprzednicy mogli tylko pomarzyć (i jest to absolutnie jego zasługa). Ze świetnym efektem poszukał nowego miejsca dla Mateusza Klicha i dał sobie szansę, by przekonać się, czy Karol Linetty może z powodzeniem zastąpić Grzegorza Krychowiaka. Zbudował Jacka Góralskiego, jak kiedyś Adam Nawałka Krzysztofa Mączyńskiego. Gdy zobaczyliśmy wyjściową jedenastkę na Bośnię, nie było wątpliwości co do słuszności wystawienia kogokolwiek. A optymizm wzmocnił rzut oka na ławkę rezerwowych, gdzie absolutnie każdy również nadawałby się do wyjściowego składu. Jakże to było wszystko inne, niż wtedy w listopadzie 2018.

Na peany jest za wcześnie, nie zapominajmy, że selekcjoner wciąż jeszcze niczego nie wygrał. Ale skoro krytykowaliśmy, gdy dawał powody, nie bójmy się mówić o rzeczach dobrych i cieszyć się, gdy wreszcie optymizm nie jest wydumany. Jerzy Brzęczek solidnie na to zapracował. W październiku zagraliśmy trzy mecze i wszystkie spokojnie mogą się znaleźć w Top 5 najlepszych za kadencji tego trenera (będę się upierał, że również to 0:0 z Włochami, jeśli weźmiemy klasę rywala pod uwagę i pomysł Brzęczka na ten mecz, nie na jego przetrwanie. Tam nie dało się nic taktycznie poprawić w odniesieniu do tego, co zrobił selekcjoner, gdy rywal miał wyraźną przewagę jakości. My do końca walczyliśmy o zwycięstwo, nie błagaliśmy o jak najniższy wyrok. Łukasz Fabiański w “La Gazzetta dello Sport” był bez noty nie przez przypadek).

W swojej relacji po meczu z Bośnią i Hercegowiną pomeczowej pisałem tak: “W drużynie działały właściwie wszystkie kombinacje. Idealnie współpracował środek pola z Karolem Linettym i Jackiem Góralskim. Doskonale zazębiała się gra Mateusza Klicha z Robertem Lewandowskim. Nawet jeśli nie stawialiśmy w środę na skrzydła, Kamil Jóźwiak i tak w odpowiednim momencie znalazł się w polu karnym, by wystawić piłkę “Lewemu” jak na tacy. We Wrocławiu oglądaliśmy reprezentację w wersji premium, która w ciągu miesiąca potrafiła zmienić szyld z “Męczy nas piłka” na “Cieszy nas piłka”.

Trenerze, wbrew temu, co pan uważa, nam też dużo przyjemniej pisze się o kadrze w ten sposób. Nie jesteście żadnymi “Niekochanymi”, każdy tu chce iść z wami pod rękę. Fajnie, że wreszcie możemy, mam tylko jedno życzenie – nie zbaczajmy z tego kursu.

Komentarze