W ciemno z Marcinem Ryszką #3: Igrzyska z kanapy, czyli jak zniszczyć człowieka w piętnaście sekund

Zobaczcie sami, jak niewiele potrzeba, żeby z narodowego bohatera stać się wrogiem publicznym numer jeden. Przykładów, które teraz przychodzą mi do głowy, mam całe mnóstwo.

Marcin Ryszka
Obserwuj nas w
fot. Archiwum autora Na zdjęciu: Marcin Ryszka

Jako gość rocznik 90. znakomicie pamiętam czasy Adama Małysza, zresztą myślę, że ludzie dużo młodsi ode mnie, którzy interesują się sportem, na pewno znają Adama. Do dzisiaj na TikToku czy na YouTubie latają filmiki z jego najlepszych skoków z legendarnym komentarzem Włodzimierza Szaranowicza, a sam przed napisaniem tego tekstu znalazłem kilka z komentarzem Krzysztofa Miklasa, bo przecież właśnie ten dziennikarz zasiadał z nami do niedzielnego rosołku, przy którym całe polskie rodziny przeżywały pojedynki Małysza ze Schmittem czy Hannawaldem.

Przypomniał mi się właśnie znakomity suchar, jak to żona Małysza mówi do męża: „Adam, skocz na pocztę”. A na to Małysz: „Tak blisko? Niech Hannawald skoczy”. Wybaczcie ten przerywnik, ale nie potrafiłem sobie go odmówić.

Adam Małysz był fenomenem. Nie będę się tu rozpisywał o jego sukcesach, bo każdy czytelnik tego tekstu może sobie to odszukać dosłownie w kilka sekund. Chciałem wrócić do momentów kariery Małysza, kiedy spisywał się dużo słabiej. Kiedy nie wygrywał seryjnie zawodów, nie stawał na podium, a z największych imprez nie przywoził medali. Pamiętam doskonale, jak przy stole rodzinnym na różnych uroczystościach zaczynał się temat Małysza. „Adaś to się już skończył” – mówił jeden wujek. „Po co to dalej ciągnąć” – mówił drugi.

Czytaj również:

Gdzie jest granica?

Z perspektywy czasu zastanawiam się, co taki sportowiec musi zrobić, żeby zbudować sobie takie zaufanie, że co by się nie działo, kibice będą stać za takim zawodnikiem murem. Na szczęście pan Adam nie przejmował się takimi bzdurami i najczęściej zamykał usta krytykantom, wracając do wysokiej dyspozycji.

Wracając jednak do moich przemyśleń: czy sportowiec ma prawo do chwili słabości? Z drugiej strony, reprezentując nasz kraj, staje się on osobą publiczną, więc powinien się liczyć z tym, że będzie oceniany za swoje występy. Gdzie jednak jest ta granica? Na ile kibic może wyrazić swoje niezadowolenie? Czy jak Iga Świątek przegra jakiś mecz albo straci prowadzenie w światowym rankingu, od razu trzeba z nią jechać? Jak Lewandowski nie strzeli gola w reprezentacji, to od razu można pisać, że za euro w Barcelonie strzela, a w Polsce za darmo to już nie?

Trwają Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Święto sportu, festiwal ludzkich możliwości, antyczne ideały i… totalne bzdury, jeśli spojrzymy na to, co wyprawia się w internecie i mediach. Pretekstem do dzisiejszego tekstu jest to, co spotkało naszą reprezentantkę w skokach narciarskich. Dziewczyna jedzie na najważniejszą imprezę czterolecia, oddaje skok, coś idzie nie tak, wynik jest daleki od oczekiwań. Co dzieje się potem? Szambo wybija. Otwierasz internet i czytasz: „turystka za nasze podatki”, „pojechała na wycieczkę”, „wstyd i hańba”, „niech wraca lepić pierogi”. No i jak tu nie tracić wiary w ludzi? – można by zapytać.

Zderzenie dwóch światów: Kanapa kontra 15 lat harówki

Skok narciarski trwa kilkanaście sekund. Z perspektywy widza z pilotem w jednej ręce i paczką czipsów w drugiej – to ledwie mrugnięcie okiem. Siedzisz w ciepłym fotelu, popijasz coś chłodnego i w ciągu tych kilkunastu sekund wydajesz wyrok na człowieka.

A teraz odwróćmy perspektywę. Zanim ta dziewczyna usiadła na belce, zanim zapaliło się zielone światło, musiała oddać tysiące skoków w mrozie, deszczu i na igielicie. Musiała zrezygnować z normalnego dzieciństwa, imprez, wolnych weekendów. Znam to uczucie aż za dobrze. Spędziłem piętnaście lat jako pływak. Wiem doskonale, jak smakuje monotonia kafelków na dnie basenu i wieczny zapach chloru na skórze. Treningi? Harowałem często dwa razy dziennie, a w najcięższych okresach nawet częściej. Pobudka skoro świt, zimna woda i kilometry do przepłynięcia, kiedy twoi rówieśnicy dopiero przewracają się na drugi bok w ciepłym łóżku. Nikt, kto tego nie przeżył na własnej skórze, nie zrozumie, jak bardzo to obciąża organizm, a przede wszystkim – jak to ciężko wytrzymać psychicznie.

Sam startowałem dwa razy na igrzyskach i mimo że potrafiłem zdobywać medale mistrzostw Europy i świata, na tej najważniejszej imprezie dawałem ciała. Kiedyś rozgoryczony zapytałem mojego trenera, dlaczego tak się dzieje, że tyle pracy, tyle wyrzeczeń, a na koniec wszystko – jak mawiał klasyk – jak krew w piach. Odpowiedź, którą usłyszałem, zapisałem sobie na twardym dysku i często do niej wracam. Trener powiedział: „Pamiętaj, że sport to nie matematyka i tu dwa plus dwa nie zawsze się równa cztery”. Rozwijając tę myśl: może wynik końcowy się nie zgadza, co nie zmienia faktu, że praca, którą wykonałeś, może zaowocować w inny sposób.

Dlatego kiedy czytam komentarze „ekspertów”, dla których szczytem sportowego wysiłku jest dojście do Żabki przed zamknięciem, to skacze mi ciśnienie. Ktoś, kto nie wylał litrów potu na treningu, nie ma moralnego prawa odzierać z godności zawodnika, któremu po prostu nie wyszło. Jeśli ktoś zajmuje przedostatnie miejsce, nie róbmy z niego mistrza świata, ale w krytyce pamiętajmy, że po drugiej stronie jest sportowiec, który mimo ciężkiej pracy zawalił najważniejszą imprezę.

Prawo do porażki, czyli igrzyska śmierci

Mam wrażenie, że doszliśmy do bardzo niebezpiecznego momentu. Igrzyska olimpijskie przestały być rywalizacją ludzi, a stały się współczesnymi igrzyskami z „Igrzysk Śmierci”. Wysyłamy tam gladiatorów, a rozszalały tłum na trybunach (i przed telewizorami) domaga się krwi. Albo wracasz z tarczą i ze złotem na szyi, albo zostaniesz zdeptany.

Gdzie w tym wszystkim podziało się prawo do porażki? Czy zawodnik to postać z gry wideo, której zawsze wychodzi wciśnięcie kombinacji klawiszy? Pamiętajmy o jednym: ten sportowiec, który właśnie zawalił swój najważniejszy start w karierze, cierpi sto razy bardziej niż ty, drogi kibicu. Ty za piętnaście minut przełączysz kanał na film akcji albo pójdziesz zrobić sobie kanapkę. A ten zawodnik zostanie ze swoimi myślami, ze łzami w oczach i z poczuciem, że właśnie rozbiło się w drobny mak marzenie, na które pracował od dziecka. Sama kwalifikacja na igrzyska to ogromna sprawa i sukces. Coś, co jest dane tak naprawdę malutkiemu ułamkowi osób, które trenują sport profesjonalnie. I w tym najtrudniejszym momencie, zamiast wsparcia, dostaje od swoich rodaków plaskacza w twarz.

Zimowe igrzyska to na szczęście też pozytywne historie. Kacper Tomasiak, młody polski skoczek, zdobył srebrny medal na skoczni normalnej. Dokonał tego, nie zajmując do tej pory ani razu miejsca na podium w konkursach Pucharu Świata. Wielkie emocje, czwarte miejsce po pierwszej serii, znakomity skok w drugiej i mogliśmy otwierać szampany.

Olimpijski konkurs śledziłem na kanałach Eurosportu. Bez zbędnej wazeliny – uwielbiam sposób, w jaki polska ekipa opakowuje właśnie skoki narciarskie. Teraz jest sukces, więc wielkiej radości nie brakowało, ale cały ten sezon – mówiąc delikatnie – w wykonaniu naszych skoczków nie rozpieszczał. Fajne było to, że dziennikarze i eksperci nie unikali ciężkich tematów i pytań. Pamiętam filmik sprzed kilku tygodni, gdzie Kacper Merk rozmawiał z Kamilem Stochem, a nasz skoczek dość sucho odpowiadał na zadawane pytania, co szybko podbijało internet. Fajnie, że z tak dużą klasą można rozmawiać o sporcie, bo żebyście mnie źle nie zrozumieli – to nie chodzi o to, że jeśli Kamil Stoch nie awansuje na igrzyskach do drugiej serii, to mamy wszystkich pogłaskać po głowie, tylko wypada po prostu zapytać, co się stało.

W passacie na Rajd Dakar

Igrzyska to oczywiście również konkurs na to, kto najbardziej może ogrzać się w cieple sukcesu. Nie wiem, jakie uczucie towarzyszyło mi bardziej, kiedy ludzie odpowiedzialni za polski sport nie byli w stanie zapamiętać nazwiska sportowca i w jednym wywiadzie kilka razy je przekręcali. Czy był to wstyd, a może po prostu zażenowanie? Pewne jest to, że kiedy usłyszałem o tym, że nasze dziewczyny startujące w saneczkarstwie jadą na sprzęcie, który ma już dziewięć lat, to po prostu spadłem z krzesła.

A po tym wszystkim ludzie zarządzający polskim sportem chwalą się w mediach wynikiem naszych zawodniczek. Ludzie, przecież to jest tak, jakbyśmy na Rajd Dakar jako Polska wysłali gościa w passacie, i to jeszcze w gazie, żeby było taniej.

Na koniec coś, co mam nadzieję, wywoła uśmiech na waszych twarzach. Pamiętam, jak byliśmy kiedyś na zgrupowaniu kadry w pływaniu. W niedzielę całą ekipą jechaliśmy do kościoła. Wśród nas nie brakowało różnych przypadków. Ktoś nie widział, ktoś nie miał ręki, a ktoś jechał na wózku. No i taką wesołą gromadką czekaliśmy na przystanku autobusowym. Nagle dialog:

– Andrzejku – mówi Basia, która nie miała dwóch przedramion – dlaczego ty jedziesz do kościoła, skoro nawet nie uklękniesz?

Jak możecie się spodziewać, cała grupa wybuchnęła śmiechem. Andrzej spokojnie poczekał, aż zapadnie cisza, i wtedy odpowiedział:

– Może ja nie uklęknę, ale ty to się nawet nie przeżegnasz.

Trzymajcie się i do następnego piątku.

Marcin Ryszka