Kontrakt z Barcą i Realem jednocześnie, telefon niszczący karierę Casillasa. Pięć historii związanych z Clasico

Real - Barcelona
Real - Barcelona PressFocus

Każdy zna wagę El Clasico – nie tylko tegorocznego, ale i w ujęciu historycznym, więc darujemy sobie pisanie, jak ważny to mecz. Ale skoro już jesteśmy przy historii, przybliżymy kilka zdarzeń z przeszłości bezpośrednio związanych z rywalizacją Realu Madryt i Barcelony, a które są daleko od nazwania ich codziennością w piłce nożnej.

Alfredo di Stefano piłkarzem Realu i… jednocześnie Barcelony

W dzisiejszych czasach coś takiego zdarzyć by się nie mogło, bo nawet jeśli taki „dzielony” kontrakt czasem się trafia, to na pewno nie w przypadku dwóch odwiecznych rywali. Tymczasem w latach 50. Di Stefano przez zamieszanie stał się jednocześnie piłkarzem Realu i Barcelony, a spór musiała rozstrzygać FIFA.

Ale od początku. Wszystko zaczęło się od ogólnokrajowego strajku piłkarzy w Argentynie. Di Stefano grał wtedy w River Plate, ale nie mogąc tam kontynuować kariery, przeniósł się do kolumbijskiego Millonarios. Wtedy zainteresowały się nim dwa największe hiszpańskie kluby. Nie do końca było jasne, czy negocjacje toczyć z River, czy z Kolumbijczykami, ale FIFA zdecydowała, że ewentualne pieniądze za transfer należą się jednym i drugim. Blaugrana zapłaciła jednak tylko ekipie z Buenos Aires, opierając się na fakcie, że po zakończeniu strajku wszyscy zawodnicy mieli wrócić do swoich macierzystych drużyn. Po transakcji Barcelona zabrała Di Stefano do Europy, gdzie ten rozegrał kilka sparingów w barwach tego klubu. W tym samym czasie Santiago Bernabeu negocjował transfer Di Stefano z oboma klubami. Kolumbijczykom zapłacił, natomiast od Argentyńczyków usłyszał, że oni „swoją połowę” zawodnika sprzedali już do Barcelony. Z perspektywy Millonarios napastnik został zatem sprzedany do Królewskich, a z perspektywy River – do Dumy Katalonii.

Interweniowała FIFA, która ustami wyznaczonego przez nią mediatora Armando Munoza Calero, byłego prezesa Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, zdecydowała, że pierwsze dwa lata kontraktu Di Stefano wypełni w Kastylii, drugie – w Katalonii. Na ten układ Barcelona nie chciała się zgodzić i wybuchła kolejna afera. Ostatecznie Alferdo di Stefano nie najlepiej rozpoczął swoją przygodę w Realu, a w związku z tym Blaugrana uznała, że odsprzeda rywalowi swoją połowę karty piłkarza. Dość dobrze na tym zarobiła, bo Królewscy zapłacili ponad dwukrotność sumy, jaką Barca przelała do River Plate (4,4 mln peset przy 2 mln zapłaconych wcześniej przez Katalończyków). A Di Stefano rozpoczął swoją drogę do zostania jedną z największych legend Realu Madryt.

Telefon Casillasa do Xaviego i Puyola

Clasico zawsze było gorące, ale w 2011 nastąpiła prawdziwa eskalacja wzajemniej niechęci. Oczywiście swoją rolę odegrał znany prowokator i człowiek-wojna Jose Mourinho. W rewanżowym meczu o Superpuchar Hiszpanii, w którym Barcelona pokonała Real 3:2 (5:4 w dwumeczu), doszło do prawdziwej awantury na boisku. To wtedy Portugalczyk wsadził palec do oka Tito Vilanovy. Człowiekiem, który miał dość rozbudzania takich nastrojów, był Iker Casillas. – Zadzwoniłem do Xaviego i Puyola, prosząc, abyśmy zakończyli wszystkie te wojenki wokół meczów Realu z Barcą. Chciałem tylko, jako kapitan reprezentacji Hiszpanii, żeby stosunki pomiędzy naszymi klubami nie wpływały negatywnie na grę kadry. Tłumaczyłem im, że rozbijamy swoim zachowaniem hiszpański futbol. Mourinho sam tego nie przyznał otwarcie, ale wiedziałem, że mu to przeszkadzało.

Casillas to czuł, bo Mourinho zaczął traktować go jak „kreta” w szatni. Czuł, że został zdradzony. To, że Iker wylądował na ławce w meczu o Trofeo Santiago Bernabeu, miało być dla niego karą za kontaktowanie się z graczami Blaugrany. Lata po odejściu Mourinho z Realu, sam bramkarz opowiedział w jednym z wywiadów, że jego relacje z Portugalczykiem były fatalne. – W ciągu jego ostatniego roku w Madrycie nie rozmawialiśmy w ogóle. To była okropna sytuacja – móeił. – Potem, już przy Ancelottim, chciałem tylko oczyścić swoje imię. Wciąż nie czułem się jednak dobrze na poziomie relacji interpersonalnych. Odszedłem dla dobra swojego i Realu.

Sergio Ramos upuszcza puchar

Real Madryt jest najbardziej utytułowanym klubem w Lidze Mistrzów, ale był czas, że na Puchar Hiszpanii czekał długie 18 lat. W 2011 roku wreszcie zdobył to trofeum po pokonaniu w finale Barcelony (1:0). I wtedy stała się rzecz bez precedensu.

Około 4:15 rano odkryty autokar przemierzał Madryt, a zabawa była przednia. Ponieść się jej dał Sergio Ramos, który podbudowany aplauzem kibiców postawił sobie puchar na głowie. Trofeum spadło i wylądowało pod kołami autokaru. Kierowca się szybko zorientował, ale puchar i tak ucierpiał. – To, co się stało z pucharem to nieporozumienie. Nie upuściłem go. Sam wyskoczył mi z rąk gdy zobaczył jak bawią się nasi kibice – mówił śmiejąc się Ramos.

Standing ovation dla Ronaldinho

Tylko dwa razy zdarzyło się, by piłkarze Barcelony zebrali brawa na stojąco od kibiców Realu. W 2005 sztuki tej dokonał Ronaldinho, a dziesięć lat później Andres Iniesta. My wspominamy ten pierwszy raz, bo stanowił on przełom.

Brazylijczyk w tamtym czasie zachwycał cały świat, jednak nikt nie przypuszczał, że fani Królewskich okażą to w ten sposób. Zwłaszcza, że sytuacja w tabeli była napięta – Barcelona miała 22 punkty na koncie, Real 21. Ewentualne zwycięstwo gości na Bernabeu znacząco by ten dystans powiększyło. Real Madryt przystępował do meczu w składzie iście galaktycznym, z Ikerem Casillasem, Roberto Carlosem, Davidem Beckhamem, Raulem, Robinho, Zidane’em i brazylijskim Ronaldo na szpicy. To jednak Barcelona zmiażdżyła rywali 3:0, a dwa gole zdobył Ronaldinho.

– Nigdy nie zapomnę tego momentu. Myślę, że niewielu piłkarzy przeżyło coś podobnego. Czymś magicznym jest poczuć serdeczność kibiców na Santiago Bernabeu. Brawa po moim golu potwierdzają ich klasę – powiedział piłkarz.

Historia, której nie było

To dla odmiany coś, co się nie zdarzyło, choć w pewnym momencie w świadomości kibiców żyło w najlepsze. Na pewno wielu z was słyszało, jak przed laty Ronaldinho miał motywować swoich kolegów przed dokładnie tym El Clasico, które wspominamy w akapicie wyżej.

Według szeroko opowiadanej w mediach historii Brazylijczyk zadzwonił do Andresa Iniesty przed meczem z Realem, aby powiedzieć mu coś szokującego – w następnym sezonie przejdzie do Królewskich. Poprosił Iniestę, aby zachował to dla siebie i szybko się rozłączył. Następnego dnia Ronaldinho  zebrał wszystkich piłkarzy Barcelony, aby powiedzieć im, że prosząc o dyskrecję zadzwonił do nich wszystkich indywidualnie, by przekazać, że przenosi się do Realu. Dodał, że tak naprawdę wcale nie zamierza się ruszać do Madrytu, a w rzeczywistości był to sprawdzian. Widząc, że żaden gracz nie ujawnił informacji, wiedział, że może ufać każdemu graczowi w drużynie, a tym samym, że dadzą Los Blancos lekcję. Mecz zakończył się zwycięstwem Barcelony.

To świetna historia, tylko jest z nią jeden problem. Nic nie wskazuje, by się wydarzyła. Oczywiście jest cytowana właściwie do dziś, mimo iż została zdementowana. Jako źródło podawano autobiografię Iniesty, jednak Sid Lowe, tłumacz tej książki, przyznał, że się z nią nigdy nie spotkał. Co więcej, sam Ronaldinho zaprzecza tej historii w rozmowie z magazynem FourFourTwo. – To prawda, że ​​zawsze byłem dowcipnisiem. Często robiłem różne rzeczy, aby zmotywować kolegów z drużyny w szatni, zwłaszcza przeciwko Realowi Madryt, ale tego numeru nie pamiętam – mówił.

Prawdziwe źródło tej historii to jeden z użytkowników Twittera, którego konto dziś jest już zawieszone. To on zamieścił ją na swoim koncie, powołując się na książkę Iniesty, a reszta dokonała się sama. Ludzie podawali ją dalej, aż dotarła do dziennikarzy „Daily Mail”, „The Daily Mirror”, czy „The Independent”. „Bleacher Report” z kolei oznaczył prawdziwego autora, a ten… usunął opowieść z Twittera. Ta jednak żyła już swoim życiem i od czasu do czasu jest odświeżana…

Komentarze