W ciemno z Marcinem Ryszką #10: Dziecięca radość, którą zgubiliśmy po drodze

Pamiętam, że pierwsze eliminacje polskiej reprezentacji, które przeżywałem z pełną świadomością, to te, w których walczyliśmy o awans na mistrzostwa świata do Korei i Japonii. Gdzieś z tyłu głowy majaczą mi jeszcze pojedyncze obrazki z meczów z Anglikami w drodze na Euro 2000, ale całej tamtej kampanii dokładnie nie pamiętam. Byłem na to po prostu jeszcze za mały. Zresztą ćwierć wieku temu rzeczywistość kibica wyglądała zupełnie inaczej. Nie było tak jak dziś, że w zasadzie każdego wieczoru możesz odpalić w telewizji czy internecie kilka meczów na wysokim poziomie. Nie było tego potężnego przesytu piłką nożną.

Marcin Ryszka
Obserwuj nas w
fot. Archiwum autora Na zdjęciu: Marcin Ryszka

Pamiętam za to doskonale te niesamowite emocje. To oczekiwanie, to napięcie przed telewizorem, gdy wiedziałeś, że dzisiaj grają biało-czerwoni. Piękne czasy. Człowiek jako dzieciak nie miał pojęcia, kto dokładnie gra w drużynie przeciwnika i czy nasi kadrowicze mają akurat udaną rundę w swoich zachodnich klubach. Najważniejsze było tu i teraz. Kiedy jesteś mały, nie interesuje cię to, że po drugiej stronie boiska biega David Beckham. Obchodzi cię tylko to, że gra twoja drużyna z orzełkiem na piersi.

Muszę niestety z pewnym smutkiem przyznać, że przez ostatnie lata człowiek kompletnie zatracił tę dziecięcą radość z kibicowania kadrze. Ostatni raz, kiedy tak na serio, bezwarunkowo emocjonowałem się meczami reprezentacji, to były mistrzostwa Europy we Francji. Kawał czasu temu, bo równe 10 lat. Wspominałem wam już kiedyś przy innej okazji, że w tamtym czasie nawet te krótkie vlogi na kanale „Łączy nas piłka” sprawiały, że człowiek czuł się bliżej tej drużyny. Później oczywiście zaliczyliśmy kolejne turnieje: mistrzostwa świata w Rosji, Euro 2020, mundial w Katarze czy wreszcie mistrzostwa w Niemczech w 2024 roku. Jednak śledząc tamte spotkania, wciąż miałem poczucie, że czegoś w tym wszystkim brakuje. Brakowało po prostu autentycznej radości z tego, że ta drużyna wychodzi na murawę.

To oczywiście moje całkowicie subiektywne odczucia. Myślę, że wielu z nas zakochało się w reprezentacji Adama Nawałki w tym jednym, historycznym momencie, kiedy na Narodowym pokonaliśmy Niemców 2:0. Nagle okazało się, że nasza ekipa potrafi bić się z mistrzami świata jak równy z równym. Potem przyszło wspomniane Euro we Francji, gdzie również nie odstawaliśmy od najlepszych. A potem? Potem z wielkich imprez zostawały nam głównie wielkie rozczarowania. Wyjątkiem był oczywiście mundial w Katarze, gdzie udało nam się wyjść z grupy, ale przecież wszyscy doskonale pamiętamy, w jakim stylu to zrobiliśmy. Umówmy się – grą Polaków na tamtym turnieju naprawdę ciężko było się elektryzować. W zasadzie to, co najmocniej utrwaliło mi się w pamięci z Kataru, to moment obrony rzutu karnego przez Wojtka Szczęsnego.

Przeklęta Szwecja i brutalna weryfikacja

A teraz wiemy już na pewno, że na kolejnych mistrzostwach świata nas zabraknie. I to mimo tego, że będzie to turniej gigantyczny, z rekordową liczbą 48 drużyn. Jasne, można rwać włosy z głowy, że przy tak szerokim formacie nie potrafimy wywalczyć awansu. Ale z drugiej strony – nie ma też co nadmiernie dramatyzować. Spójrzmy prawdzie w oczy: na tym mundialu nie wystąpią również takie potęgi jak Włosi czy Duńczycy, którzy podobnie jak my pożegnali się z marzeniami o wyjeździe za ocean. A czy ktoś o zdrowych zmysłach odważy się powiedzieć, że to są słabe reprezentacje? No właśnie. Europejskie eliminacje bywają bezlitosne. My odpadamy po starciu z tą naszą przeklętą Szwecją. Dlaczego przeklętą? Bo jak pewnie wiecie z setek przedmeczowych statystyk – ostatni raz wygraliśmy na ich terenie w 1930 roku. Kawał czasu, prawda?

Jan Urban ratuje tonący statek

Zanim jednak zaczniemy wieszać psy na piłkarzach za ten wtorkowy mecz, przypomnijmy sobie, w jakich bólach rodziły się te eliminacje. Po mistrzostwach Europy kadrę wciąż prowadził Michał Probierz. Styl gry, delikatnie mówiąc, nie rzucał na kolana. Ale prawdziwe dno osiągnęliśmy przed wyjazdowym meczem z Finlandią. Pamiętacie tę aferę? Robert Lewandowski rzekomo dogadał się z selekcjonerem, że nie przyjedzie na zgrupowanie, by odpocząć. W mediach rozpętała się burza, zorganizowano pamiętną, groteskową wręcz konferencję z Piotrkiem Zielińskim w roli kapitana, a na koniec, jak można się było tego spodziewać, gładko przegraliśmy w Helsinkach. Myślę, że wtedy wielu kibiców miało po prostu serdecznie dość tego ciągłego bałaganu wokół kadry.

I wtedy właśnie stery przejął Jan Urban. Człowiek z ogromnym doświadczeniem, zarówno trenerskim, jak i piłkarskim. Pamiętacie, jakie nastroje panowały przed jego debiutem w wyjazdowym starciu z Holandią? Główne pytanie brzmiało nie „czy przegramy”, ale „ile nam wbiją”. A skończyło się remisem. Jan Urban wziął tę rozbitą, pogubioną i skłóconą grupę zawodników i zdołał posklejać ją na nowo. Przyniosło to wygrane z Finlandią i Litwą, kolejny remis z Holendrami i w efekcie pozwoliło nam złapać tlen, rzutem na taśmę gwarantując miejsce w barażach.

W ostatnich dniach, przy okazji meczu z Albanią, nie raz słyszałem zdanie, że „piłka bywa brutalna”. Przed tamtym półfinałem Jan Urban wprost przyznał, że to najważniejszy mecz w jego trenerskiej karierze. Mimo że strasznie się męczyliśmy, popełnialiśmy błędy i rozdawaliśmy przeciwnikom prezenty, ostatecznie przepchnęliśmy ten awans.

Szczerze mówiąc, byłem święcie przekonany, że w finale tych baraży zagramy z Ukrainą. Zwłaszcza gdy przeanalizowałem sobie wyniki Szwedów w ich grupie eliminacyjnej. Przegrali tam praktycznie wszystko, co było do przegrania, a ich awans wisiał na włosku i opierał się wyłącznie na kole ratunkowym rzuconym przez ścieżkę Ligi Narodów. Byłem pewien, że zmotywowana Ukraina bez większych problemów sobie z nimi poradzi. Okazało się inaczej.

I tak historia zatoczyła koło. Dokładnie cztery lata temu na Stadionie Śląskim pod wodzą Czesława Michniewicza walczyliśmy ze Szwedami o bilety do Kataru. Teraz graliśmy o to samo, ale na trudnym, skandynawskim wyjeździe.

Bolesne wspomnienia i uciekający kibice

Jako kibic polskiej piłki od lat jestem przyzwyczajony do scenariuszy, w których nasze drużyny – czy to klubowe, czy reprezentacyjne – potrafią zagrać fantastyczne, porywające zawody, tylko po to, by na koniec w niewytłumaczalnych okolicznościach pozwolić rywalowi przechylić szalę zwycięstwa. Jako kibic Wisły Kraków doskonale pamiętam historyczny dwumecz z Barceloną i porażkę u siebie 3:4. Pamiętam też niesamowite spotkanie z Lazio czy ten nieszczęsny rewanż z Panathinaikosem. I wiecie co? Te wszystkie sportowe traumy wróciły do mnie właśnie w ten wtorkowy wieczór. Z jednej strony wspaniale było wreszcie usiąść przed telewizorem i znów, jak dawniej, poczuć te wielkie, szczere emocje. Z drugiej – ten brak happy endu potężnie boli. Cztery lata temu w finałowym barażu daliśmy radę. Dwa lata temu w drodze na Euro – również. Tym razem to Szwedzi okazali się lepsi.

Zastanawiam się przy okazji, ilu młodych kibiców siedziało we wtorek z wypiekami na twarzy i dzięki temu spotkaniu na nowo zakochało się w polskiej reprezentacji? Gdzieś wyczytałem, że przed telewizorami na antenach TVP zebrało się 7 milionów widzów. Powiem szczerze: na mecz takiej wagi, mecz decydujący o wyjeździe na największą imprezę piłkarską na świecie, to nie jest wynik, który rzuca na kolana. Mam wręcz wrażenie, że to smutny dowód na to, że jako społeczeństwo coraz mniej interesujemy się wielkim sportem.

Jeśli szukać jakichkolwiek pozytywów po tej gorzkiej wtopie, to trzeba wskazać na szybką i stanowczą decyzję władz związku. Prezes PZPN Cezary Kulesza natychmiast uciął spekulacje i ogłosił, że Jan Urban pozostanie na swoim stanowisku. Uważam, że to doskonały ruch. Jeszcze raz przypomnę: selekcjoner przejął drużynę rozbitą, uwikłaną w mniejsze i większe afery, a potrafił sprawić, że ci sami zawodnicy wreszcie zaczęli grać tak, że ich oglądanie znów dawało kibicom autentyczną frajdę. Oczywiście, fatalnych błędów w defensywie nadal jest za dużo. Sam fakt, że w decydującym spotkaniu tracimy aż trzy bramki, jest brutal wymowny. Nie będę tutaj z perspektywy kanapy rozstrzygał, czy Piotr Zieliński z Sebastianem Szymańskim rzeczywiście mogą grać na poziomie międzynarodowym obok siebie jako dwie nominalne „szóstki”. Od takiej dogłębnej analizy taktycznej są w naszym kraju o wiele mądrzejsi ludzie. Ja po prostu mocno wierzę, że jeśli Jan Urban wreszcie dostanie odpowiednio dużo czasu na spokojną pracę, to i z naszą obroną będzie w stanie w końcu zrobić porządek.

Co dalej? Zmiana pokoleniowa i nadzieja w młodzieży

Jedno jest pewne: ta drużyna w najbliższych miesiącach na pewno mocno się zmieni. Po wtorkowym meczu gołym okiem widać, że Robert Lewandowski bije się z myślami, co dalej zrobić ze swoją przyszłością w reprezentacji. Czy nasz kapitan zdecyduje się ostatecznie powiedzieć „pas” i zakończyć grę z orzełkiem na piersi już teraz? A może jednak znajdzie w sobie jeszcze odrobinę tego sportowego ognia i zechce poprowadzić ten zespół w walce o awans na mistrzostwa Europy 2028? Czas pokaże. Oficjalne pożegnanie z kadrą ogłosił już za to Kamil Grosicki. Chociaż znając jego niespożytą energię, aż ciśnie się na usta złośliwe, kibicowskie pytanie: czy tym razem aby na pewno ostatecznie?

Ja z natury jestem dużym optymistą i mimo tego całego wtorkowego smutku, z ogromną ciekawością czekam na to, w którym kierunku pójdzie teraz kadra. Z jednej strony musimy brutalnie zderzyć się z faktem, że piłkarza takiego kalibru jak Robert Lewandowski prawdopodobnie bardzo długo w Polsce nie doczekamy. To pokoleniowy fenomen. Z drugiej strony wystarczy spojrzeć nieco szerzej. Młodzieżowa reprezentacja do lat 21, prowadzona obecnie przez Jerzego Brzęczka, wyraźnie udowadnia, że w naszej młodzieży drzemie naprawdę spory potencjał. Jest tam kim grać i kogo powoli wprowadzać do tej dorosłej, seniorskiej piłki.

Trzeba po prostu wziąć to na chłodno. Czas oswoić się z trudną świadomością, że zbliżające się wielkimi krokami mistrzostwa świata będziemy śledzić jedynie jako kibice innych reprezentacji. Mam jednak głęboką nadzieję, że trener Jan Urban i jego sztab szkoleniowy przekują tę gorycz porażki w dobrą energię i będą w stanie wreszcie zbudować wokół polskiej reprezentacji coś naprawdę trwałego i solidnego.

Kącik humorystyczny

Jako dzieciak uczyłem się w szkole dla niewidomych i niedowidzących w Krakowie. Kiedyś zorganizowano spotkanie z piłkarzami polskiej reprezentacji, którzy przekazali pieniądze na rzecz ośrodka. Spotkanie jak to spotkanie, pytania od dzieciaków, autografy itd. W pewnym momencie jeden z zawodników zadał pytanie:

– A wy, jaką przyśpiewkę na stadionie lubicie najbardziej?

Na to moja koleżanka, która piłką bardzo się nie interesowała:

– Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało.

Trzymajcie się i do następnego tygodnia.

Marcin Ryszka