Piłkarze Karabachu Agdam z symboliczną flagą Azerb
Piłkarze Karabachu Agdam z symboliczną flagą Azerb fot. PressFocus

Wokół latały rakiety, wybuchały bomby. Ostatni taki mecz Karabachu

Zanim padł gol, piłkarze zastanawiali się, czy w ogóle przeżyją. Nad stadionem w Karabachu latały rakiety, wystarczyłoby, że któraś z nich spadnie na boisko i doszłoby do masakry. Trudno oszacować, ilu kibiców by zginęło – na trybunach było ich około 8 tys. W takich okolicznościach Karabach Agdam walczył w 1993 roku o mistrzostwo Azerbejdżanu.

 
  • Karabach Agdam to klub-symbol dla Azerów. Cała nazwa jest historyczna, bo drużyna od lat jest bezdomna – swoich meczów nie gra przecież na terenach Karabachu
  • Wokół latały rakiety, zdarzało się, że lądowały tuż obok stadionu – przytaczamy kulisy ostatniego meczu Karabachu rozegranego na swoim obiekcie
  • – Piłkarze marzyli o powrocie z trofeum do domu, ale to okazało się już niemożliwe. Imarat został doszczętnie zniszczony, tak samo jak miasto – opowiada nam Rasim Movsumzadeh, azerski dziennikarz “Sportsman Magazine”, juror Złotej Piłki “France Football”

2020

Wszystko, o czym piszemy, związane jest z konfliktem na linii Armenia – Azerbejdżan, jednym z największych sporów we współczesnym świecie. Nie bez powodu UEFA nie dopuszcza do sytuacji, w której reprezentacje tych krajów musiałyby grać w jednej grupie. 

1993

W środę 12 maja 1993 roku pogoda sprzyjała grze w piłkę. Ciepło, choć nieupalnie, nieliczne chmury na niebie, trybuny wypełnione tysiącami kibiców. Stawka? Zachowując proporcje ogromna – półfinał mistrzostw Azerbejdżanu, dopiero drugiego sezonu w historii kraju. Gospodarze w fioletowych koszulkach, Turan Tovuz na niebiesko.

To był czas zintensyfikowanych działań wojennych, więc piłkarze Karabachu mieszkali w Mingeczaurze, mieście położonym około 100 km od Agdamu. Swój stadion odwiedzali tylko w dni meczowe. Nikt ich do tego nie zmuszał, wolą klubu była gra w miejscu, które mogli określić “u siebie”. Prawdopodobnie nie dopuszczali myśli, że mecz z Turanem jest ich ostatnim na Imaracie, jak nazywali ten obiekt.

“Jest mi strasznie źle, gdy myślę o tym stadionie. Tęsknię. Miałem szczęście, że sędziowałem w ostatnim meczu, jaki tam kiedykolwiek rozegrano. Pamiętam też, jak przed grą szedłem przez Agdam. Nigdy bym nie przypuszczał, że to ostatni raz, gdy widzę to miasto” – pisał w swojej autobiografii Rustam Rachimow, sędzia prowadzący tamto spotkanie.

Coś, do czego nie dopuszczał myśli, szykowało się już od dłuższego czasu. W jednym z wcześniejszych meczów w Agdamie, przeciwko Chazarowi Sumgait, rakieta spadła dosłownie 50 m od stadionu. Ludzie w popłochu uciekali instynktownie chowając się wśród drzew. Wcześniej kilka godzin przed innym meczem mały pocisk spadł na środek boiska. Dość regularnie zdarzało się, że przerwa trwała dłużej niż 15 minut, bo akurat było zbyt niebezpiecznie, by o czasie wrócić na murawę.

Rodziny niektórych piłkarzy tamtej drużyny wciąż mieszkały w Agdamie. Zawodnicy opowiadali, że po meczach szybko się pakowali, by zobaczyć, czy ich bliscy są bezpieczni. Nie zawsze kończyło się happy endem. Rodzice Wugara Dżafarowa zginęli podczas jednego z bombardowań. Dom Jaszara Husejnowa, dopiero co wybudowany, został zniszczony zanim spędził tam choć jeden dzień…

Trudno to zrozumieć, ale ligowi rywale Karabachu i tak przyjeżdżali do Agdamu. Dosłownie na dwie godziny – zagrać mecz i wsiąść w autobus bez wzięcia prysznica. Tym, co dla gospodarzy było chlebem powszednim, przyjezdnych przerażało. Nic więc dziwnego, że przewaga własnego boiska była tu widoczniejsza bardziej, niż gdziekolwiek indziej na świecie.

Nie inaczej było w pierwszym meczu półfinałowym z Turanem. Karabach miał sporą przewagę, z minuty na minutę narastającą, ale długo nikt nie strzelił gola. W końcu jedna z akcji prawą stroną zakończyła się dośrodkowaniem i wybiciem piłki przez obrońcę. Na tyle pechowym, że nabiegający ze środka pola Jaszar Husejnow miał sporo miejsca, by przymierzyć z dystansu i zapewnić radość kibicom.

– Nie wiedziałem, że mój gol będzie ostatnim w historii tego stadionu. Nie wiem, czy z tą wiedzą chciałbym go strzelić – mówił po latach jakby to ten strzał miał jakikolwiek związek z końcem Imaratu.

Imarat miał swój klimat. Wokół stadionu rosły potężne drzewa, zupełnie jakby to one wyznaczały plac gry. W słoneczne dni ich cień padał bezpośrednio na murawę. Brakowało tylko jednego, które oberwało kiedyś rakietą.

– Po meczu z Turanem piłkarze wrócili do Mingeczauru, a kilka dni później już poza Agdamem przypieczętowali tytuł mistrzostw Azerbejdżanu z Chazarem Sumgait. Wiem, że marzyli o powrocie z trofeum do domu, ale to okazało się już niemożliwe. Imarat został doszczętnie zniszczony, tak samo jak miasto. Dlatego pierwszy tytuł mistrzowski wcale nie smakował dobrze. Gdyby nie wojna, pewnie udałoby się im wygrać nawet dziesięć tytułów z rzędu, tak mocna była to drużyna. Jej piłkarze stanowili kręgosłup reprezentacji kraju – mówi nam Rasim Movsumzadeh, azerski dziennikarz, juror Złotej Piłki “France Football”. I dodaje: – Od czasu meczu z Turanem Tovuz i zrównania z ziemią Imaratu, Karabach już nigdy nie zagrał u siebie. Wszystkie spotkania są wyjazdowe.

W 2017 roku Karabach Agdam awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Niemiecki “Kicker” artykuł przedstawiający sylwetkę klubu zatytułował “Bezdomni bohaterowie”.

 

Komentarze